piątek, 25 stycznia 2013

Londyn, Paryż, Nowy Jork



Brałam wczoraj udział w pokazie mody. I tak jak niedźwiedź pociera się o korę drzew w lesie, tak i ja pocierałam się co i rusz o celebryckie wypukłości. Pławiłam się w świetle reflektorów, licząc po cichu, iż już w następnym sezonie, styl kloszardziany królować będzie na wybiegach Londynu, Paryża i Nowego Jorku. Póki co pozostaje mi jednak Taft na każdą pogodę.

Chyba nic już nie będzie takie samo. Ubierając się do pracy poczułam, że we wszystkim wyglądam tak jakoś przeciętnie. Buty nagle przestały pasować do spodni, a kątem oka dojrzałam wystającą z kardigana nitkę. Poranek trwał więc trzy razy dłużej niż zazwyczaj.

Tymczasem jest już grubo po północy, a ja - zamiast przemierzać niezliczone zastępy butików internetowych (zainspirowana tym, że należy przede wszystkim wyglądać), siedzę w wyciągniętych spodniach piżamowych i czekam, aż upiecze się chleb, który będę zresztą jeść - w zastępstwie wacików nasączonych sokiem. A zamiast szlifować ostatnie już elementy manicure, stukam zaniedbanymi paznokciami w klawiaturę laptopa, szemrając pod nosem być, nie mieć, być, nie mieć, być, nie mieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz