Jadę zatłoczonymi ulicami Warszawy i cichutko mówię: kocham Cię
miasto. Kocham cię z tymi brzydkimi post-peerelowskimi budynkami cezexu.
Kocham cię także, z wystrzelonymi w kosmos biurowcami, które śmieją się w
twarz Sewerynowi Baryce, co w bakijskich rejonach marzył o szklanych domach
nowej Polski.
Kocham cię miasto z jedną linią metra, która nie będzie już jeździć w nocy,
gdyż byłoby to zbytkiem, na który nie pozwala sobie nawet wyspiarski Londyn.
Polska też jest wyspą – zieloną w dodatku. Luksusów więc tym bardziej nie
będzie.
Wszystko płynie, ale w tym mieście po każdej ze stron jakby inaczej. Na
praskim brzegu czuję się zawsze jak sarna pośród stada wilków. Rozglądam się
spłoszona i odczuwam stan permanentnego zagrożenia. To chyba dziecięcy kompleks
Powiśla. W dzieciństwie nie przeprawiałam się na „tereny dzikich” prawie wcale.
Mimo to kocham Cię Szpitalu Praski, Niekłańsko i Stadionie Narodowy.
Jestem jakby na skrzyżowaniu trzech dzielnic – administracyjnie Woli,
transportowo – Ochoty, a w praktyce – Śródmieścia. Prawdziwy obywatel Warszawy.
Dzielnicowy.
Kocham Cię miasto, za te wszystkie poranki, kiedy nie chce mi się wyjść z
domu i za te wszystkie wieczory, kiedy nie chce mi się do niego wracać. A kiedy już o poranku wychodzę, a wieczorem wracam, deklamuje pod nosem Panią z Asa: "Bri-dge-stone, bri-dge-stone".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz