czwartek, 17 stycznia 2013

Bridgestone

Jadę zatłoczonymi ulicami Warszawy i cichutko mówię: kocham Cię miasto.  Kocham cię z tymi brzydkimi post-peerelowskimi budynkami cezexu. Kocham cię także, z  wystrzelonymi w kosmos biurowcami, które śmieją się w twarz Sewerynowi Baryce, co w bakijskich rejonach marzył o szklanych domach nowej Polski.

Kocham cię miasto z jedną linią metra, która nie będzie już jeździć w nocy, gdyż byłoby to zbytkiem, na który nie pozwala sobie nawet wyspiarski Londyn. Polska też jest wyspą – zieloną w dodatku. Luksusów więc tym bardziej nie będzie.

Wszystko płynie, ale w tym mieście po każdej ze stron jakby inaczej. Na praskim brzegu czuję się zawsze jak sarna pośród stada wilków. Rozglądam się spłoszona i odczuwam stan permanentnego zagrożenia. To chyba dziecięcy kompleks Powiśla. W dzieciństwie nie przeprawiałam się na „tereny dzikich” prawie wcale. Mimo to kocham Cię Szpitalu Praski, Niekłańsko i Stadionie Narodowy.

Jestem jakby na skrzyżowaniu trzech dzielnic – administracyjnie Woli, transportowo – Ochoty, a w praktyce – Śródmieścia. Prawdziwy obywatel Warszawy. Dzielnicowy.

Kocham Cię miasto, za te wszystkie poranki, kiedy nie chce mi się wyjść z domu i za te wszystkie wieczory, kiedy nie chce mi się do niego wracać. A kiedy już o poranku wychodzę, a wieczorem wracam, deklamuje pod nosem Panią z Asa: "Bri-dge-stone, bri-dge-stone".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz