czwartek, 16 grudnia 2010

żółte narty

Nie pamiętam ile miałam wtedy lat - chyba około 5-u. Mój tata wymarzył sobie, że wobec braku syna,  uczyni ze mnie świetnego sportowca i członka zespołu "ojciec-syn" ( w tym wypadku ojciec-córka). 

Mieszkaliśmy wtedy na Powiślu i jedynym miejscem odpowiednim do uprawiania zimowych sportów, była niewielka górka umiejscowiona przy starej fabryce cukierków na Drewnianej. Kiedy dzisiaj zdarza mi się koło niej przejść, uśmiecham się pod nosem, albowiem wzniesienie to przypomina mi teraz bardziej śpiącego policjanta, aniżeli alpejskie stoki, z którymi kojarzyło mi się wówczas.

Kiedy znalazłam się na szczycie wzniesienia, szalenie bałam się zjechać na dół. Na nogach miałam wtedy żółte dziecięce narty i mogłam jedynie tęsknym wzrokiem spoglądać na zjeżdżającą na wymarzonych sankach siostrę. Tata uparł się, że muszę nauczyć się jeździć na nartach. Ja za nic nie chciałam puścić się drzewa i zjechać na dół. W końcu,  zirytowany moją tchórzliwą postawą, zwyczajnie zepchnął mnie z tej górki, co doprowadziło do bardzo bolesnych konsekwencji.

Wiele lat później nauczyłam się jeździć na nartach, aczkolwiek pamiętam, iż pierwsze odbywające się już w dorosłym życiu próby, przypominały te z wieku dziecięcego. Mimo niekłamanej zazdrości odczuwanej podczas obserwacji zjeżdżających na głupim jabłuszku dzieci, wiedziałam że muszę się w końcu tego nauczyć.

Tata nie lubił przegrywać, dlatego też wszystkie toczone między nim a kolegami pojedynki, musiały się skończyć zwycięstwem naszej "drużyny". Kiedy okazywało się, że jestem za mała, aby uderzyć w umiejscowioną w głębi  stołu bilę, ojciec bezceremonialnie kładł mnie na powyższym i kazał uderzać ku naszej wspólnej chwale.

Wydaje mi się, że w pewnym momencie naprawdę uwierzył, że z małej dziewczynki da się zrobić wymarzonego syna :-)

Na gwiazdkę nie dostawałam więc lalki Barbie, tylko GJ Joe, a wieczorem nie oglądałam wieczorynki, tylko mecze ligi angielskiej. Zresztą do niedawna całkiem dobrze znałam się na futboolu -> takie zboczenie z dzieciństwa.

Zabiegi te wcale mi za bardzo nie przeszkadzały. Z całych sił starałam się być wymarzonym synem. Nie zbierałam wycinków Majkela Dżaksona (lejm), nie  malowałam paznokci na różowo (bardziej lejm) i nie rozpływałam się nad kolejnym egzemplarzem Bravo Girl (ohh so very lejm).

Jeździłam natomiast z chłopakami na rolkach, skakałam przez kartony i darłam kolejne pary spodni, czym doprowadzałam mamę do szewskiej pasji. Ponadto, irytowałam się faktem, iż chłopcy mają zajęcia techniczne, a dziewczynki uczą się w tym czasie dziergać, szyć i gotować. Narastał we mnie bunt, który przeprowadził mnie przez fazę grunge, skate, rozrabiaka i nerd w zaledwie 2 lata. Potem zostałam kujonem, a w międzyczasie okazało się, że mimo usilnych starań jestem jednak dziewczynką (ahh to dojrzewanie). Wpajany od dzieciństwa lęk przed spódnicą i sukienką, ustąpił nieśmiałemu zaciekawieniu i późniejszym eksperymentom. Ale to już zupełnie inna historia :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz