Uwielbiam patrzeć na ludzi na przystankach wtedy, kiedy sie żegnaja. Jest w tym coś intymnego i rozczulającego, kiedy on patrzy na nią, ona na niego ( dla politycznej poprawności dodam: on na niego i ona na nią). I nie ma w tym falszu. Nie ma udawania. Jest radość ze wspólnie spędzonego czasu. Coś jak lotniskowa scena w Love Actually. Niezmiennie wzrusza moje obgryzione z romantyzmu serduszko. Jest ona jak piękne zdjęcie obrobione w photoshopie. Wszystko na nim wydaje się być idealne.
Analizowałam dzisiaj wszystkie swoje ogólnożyciowe "happy endings". I dotarło do mnie, że mam jakąś niesamowitą zdolność do robienia z siebie idioty. Coś jak patrzenie na kogoś pełnym skupienia i namiętności wzrokiem i oblewanie się w tym samym momencie gorącą herbatą. Coś jak machanie na pożegnanie, po czym wywinięcie eleganckiego orła tuż pod drzwiami autobusu. Coś jak nagły napad onomatopei, zamiast poprawnej składni gramatyki polskiej i wybuch neologistycznego kaszlu, który za każdym razem niezmiernie mnie dziwi.
Niewiadomo jakim sposobem ciągle pakuje się w jakieś kłopoty. Nie wiem czy jest to wynik braku myślenia perspektywistycznego, czy donkiszoterii charakterystycznej dla mnie niemalże od szczeniaka. Zawsze mi się wydawało, że do obrony kogoś wystarczy sama chęć i wola walki. Nie raz okazywało się, że nie. Dlatego też wykształciłam w sobie coś na kształt poczucia humoru, które zastąpić miało deficyty sił fizycznych.
Od maleńkiego byłam więc atrakcją wszelkich rodzinnych imprez. Dziecko "powiedz kawał". Kiedy tylko pojawiały się sytuację zbliżające wszystkich do wielkiego wybuchu, interweniowałam, robiąc z siebie kompletnego klowna. Zostało mi to niestety do dzisiaj. Trudne tematy obracam w żart. Kiedy nie chcę o czymś rozmawiać, tym bardziej żartuje. Smieje się z raka, przeszczepów wątroby, czy złamanych kończyn.
Myślę, że bycie komediantem nieuchronnie sprawia, iż nie przestaje ci być obcy także dramat. Ktoś mi powiedział, że powinnam mieć swoją skałę do cyklicznego rzucania się w dowód miłości :] Tymczasem w którymś momencie dochodzisz do takiego punktu przegięcia, w którym tą swoją skałę opchniesz w komisie za jedno piwo. Kiedy zaczyna do Ciebie docierać, że swoimi staraniami nie przykryjesz tych wszystkich wad, które w Tobie siedzą, a innym jest coraz łatwiej je dostrzegać i rozkładać na części pierwsze. Więc może faktycznie warto zwyczajnie odpuścić. Zdjęcie poprawione z photoshopie jest ładne i smaczne, ale nie oddaje rzeczywistości. Nie ufam więc osobowościom cyfrowym. wolę te analogowe. W dodatku na czarno białej kliszy.
Ha-ha
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz