środa, 19 stycznia 2011

szklany klosz

Skąd mogłam wiedzieć, czy kiedyś, w przyszłości, w Europie czy gdzie indziej – szklany klosz znowu na mnie nie spadnie, nie nakryje mnie, zniekształcając moje widzenie świata - tyle o kloszu od Sylwii Plath.

Tymczasem skąd mogłam wiedzieć, że pewnego letniego poranka, przeciągając się rozkosznie w kuchni, podczas przygotowań do porannej kawy, oberwę szklanym kloszem prosto w głowę? Nie mogłam. Stało się. Był to zamach idealny - sprowokowany posuwistym ruchem własnej ręki, która to dzierżyła wówczas wielki kubek, który to z kolei w zetknięciu z gigantycznym szklanym kloszem wywołał wielkie "bum". Szklany klosz rozprysnął się nad moją głową na drobniutkie kawałeczki, mi samej nie czyniąc na szczęście większej krzywdy.

Wkrótce okazało się jednak, iż radosny fakt przeżycia przeze mnie tego jakże groźnego wypadku, nikogo z grubsza nie interesował. Punktem centralnym stała się natomiast wartość klosza. Oceniona wstępnie na 750 pln brutto ( słownie: siedemset pięćdziesiąt złotych polskich brutto), wywołała na mojej twarzy szok większy, niż w momencie jego spadania na moją głowę. Otrzymawszy rachunek strat i zysków od właścicieli klosza ( zysków brak, straty duże) pomyslałam, że korzystniej dla mnie byłoby, gdyby jego fragmenty wbiły mi się np. w szyję, przecinając aortę lub raniąc inne ważne organy. Wtedy przynajmniej pies z kulawą nogą by się o mnie zatroszczył, zamiast rozważać wartość faktyczną i sentymantalną KLOSZA ( słownie : k-l-o-s-z-a)

Otrzymawszy dzisiaj rachunek za powyższy, w dodatku nieco zawyżony, usłyszałam w swojej głowie Sylwię. Parafrazując powyższą, powiem : Destroying  is an art, like everything else. I do it exceptionally well.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz