Poniedziałkowy wieczór spędziłam u mojej ulubionej pracownicy fabryki gwoździ - Gfiasdy. Atrakcji co niemiara. Było gotowanie. Było też jedzenie. Było wino i rozmowy do późnej nocy. Okazało się, że nie przewidziałam jednak tzw. atrakcji dodatkowych, w postaci dość pokaźnego zwierzyńca znajdującego się w aktualnie okupowanym przez Pau mieszkaniu...
Pierwszy objawił się Kulfon ( od urodzenia zwany podobno Kuflem). Kot ten idealnie nadawałby się do związku. Ile razy bym go złosliwie nie trykała w tyłek, ile razy bym go nie zrzuciła z łóżka, zawsze wracał w przeciągu niecałej minuty i ponownie zaczynał procedurę moszczenia się na mojej, bądź Pau szyi.
Wszystko było by pięknie, gdyby nie fakt, iż Kulfon waży jakieś 15 kilo. Kiedy więc obudziłam się w środku nocy, zdziwiona faktem, iż nie mogę oddychać, zobaczyłam to:
Kulfon nie potrafi spędzić bez towarzystwa człowieka nawet minuty. Dlatego też ile razy by go z łóżka nie zrzucać, wracał niczym bumerang i przyjmował coraz to ciekawsze pozycje na moich plecach, nogach, głowie, klatce piersiowej, czy brzuchu. Rano natomiast, wyglądał na wypoczętego i zadowolonego, czego ja powiedzieć nie mogę :-)
Sen nocy bródnowskiej okazał się niespokojny również ze względu na magiczną świetlną poświatę, wydobywającą się z królestwa jaszczurki/legwana/czegoś chropowatego. Roboczo nazwałam go Stefan.
Nie było to jednak niczym nadzwyczajnym, w kontekście wielkiego truchła spoczywającego na umiejscowionym w salonie telewizorze...
I w całym tym tłumie rozbawionych zwierzaków - opiekun zwierzyńca, który co i rusz dostarczał mi rozrywek z gatunku intelektualno- plotkarskich.
Dostarczył mi też kawy. Dostarczył banana. Poczułam się jak prawdziwa niegramatyczna Krulova. Nie przeszkadzało mi, że suszarka suszy włosy średnio 3 dni, że kapcie są fluorescencyjno zielone i że jestem na Bródnie. Z naciskiem na to ostatnie.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz