Media od kilku dni żyją głównie śmiercią Ani Przybylskiej. Wszyscy przeżywają fakt, że tak młoda osoba zwyczajnie umarła (uparcie nie napiszę, że „przegrała walkę z rakiem”, bo w gruncie rzeczy jest to idiotyczne zdanie). Zewsząd otacza mnie zbiorowa histeria, przekładająca się na tłumy Polaków w gabinetach lekarskich, którzy udadzą się tam z prośbą o diagnostykę, markery nowotworowe, tomografię i rezonans magnetyczny (czego ci o mniej wypchanym portfelu oczywiście nie otrzymają).
Nie jestem lepsza, gdyż od Przybylskiej sama zaczynam ten wpis. Też szeruje treść, czyli niosę temat dalej (chociaż, z drugiej strony pochlebiam sobie tym zdaniem, skoro czytelników tego bloga jest naprawdę niewiele).
Przyznaje z ręką na sercu, że kiedy o tym usłyszałam, nie byłam w stanie przejść nad tym obojętnie. I to wcale nie ze względu na towarzyszące mi od kilku lat przerażenie związane z tym czymś, czego imienia się nie wymienia – RAKIEM.
Rak trzustki jest przebiegłym potworem, którego zdążyłam trochę poznać. W ciągu niespełna 3 miesięcy zabił mojego ojca i na spółkę z polską służbą zdrowia odarł go z godności i prawa do życia bez bólu.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, że ktoś z najbliższych mi osób mógłby znowu umrzeć, ba – nie jestem w stanie dopuścić do świadomości że mój kot ma 13 lat i kiedyś może go przecież zabraknąć!
I prawda jest taka, że jedynie na krótkie momenty przypominamy sobie, jak bardzo bliskie są nam osoby wokół nas i jak bardzo ważne jest by korzystać z carpe diem jak najpełniej ( tak wiem – jest to straszny banał).
Bardzo kocham moją rodzinę i moich przyjaciół. Kocham też życie (choć czasem nie jest między nami do końca różowo)
Kiedy zobaczyłam mojego 60-letniego ojczyma, który prawie popłakał się na materiale telewizyjnym o policyjnym psie, którego nikt nie chciał po wieloletniej służbie przygarnąć, autentycznie wzruszyłam się i uświadomiłam sobie jest bardzo jest mi bliski. Człowiek ten od kilku lat niejako zastępuje mi ojca.
Kiedy zobaczyłam w tym roku, jak bardzo moja własna matka zmieniła się pod wpływem wyciszenia, zmiany otoczenia, zakończenia pracy ( i właściwie dobranych leków ;-)) poczułam, że naprawdę bardzo ją kocham i żałuję, że przez tyle lat życie wyciągało z niej to co najgorsze, a ukrywało fajną, czułą i kochającą matkę, którą potrafi być teraz.
Kiedy patrzę na MariPaz, to mimo iż potrafi doprowadzić mnie do szału, bywa nieogarnięta i walczy z nałogami, nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek i jakkolwiek mogłaby jej się stać jakaś krzywda. Chcę ją chronić, bronić i sprawiać by nigdy nie dopadało jej zło tego świata. Zwyczajnie bym tego nie zniosła.
W takie dni, kiedy ktoś lub coś przypomina ci o śmierci, zupełnie inaczej patrzysz na swoje problemy. Kolejny dzień w fabryce nie jest już taki irytujący, nie czujesz potrzeby odmawiania sobie kolejnego paska czekolady i wysiadasz dwa przystanki wcześniej, by przejść się w ostatnim jesiennym słońcu. Wszystkie te codzienne, zupełnie powtarzalne czynności zyskują nagle na znaczeniu.
Nie jestem pewnie w stanie za wiele zrobić by żyć długo. Ilości chemii, które pochłaniamy w dzisiejszych czasach są nieporównywalnie większe iż 20, 30 czy 40 lat temu. Syrop glukozowo – fruktozowy w każdym serku, makaron z semoliny, glutaminiany sodu i inne ulepszacze, świeże warzywa i owoce pokryte cienką warstwą pestycydów. Oto oferta cywilizacyjnego postępu, który powoli, acz skutecznie nas zabija.
Chciałabym jednak każdy kolejny dzień wykorzystać jak najlepiej. Jestem w stanie żyć szczęśliwie, zapominając o pierdołach, które nie powinny mieć wpływu na moje nastroje, jeśliby tylko spojrzeć na wszystko z perspektywy szerszego obrazka. Chciałabym przestać odtwarzać codziennie rano sceny pod prysznicem, kiedy to na jednym z bezproduktywnych spotkań wstaję i mówię co naprawdę myślę (w mało wybrednych słowach). Chciałabym teraz to mi to Lotto.
Jadąc do pracy autobusem linii 154 spotkałam moją ciocię. Okazało się, że wycięty kilkanaście dni temu guz był złośliwy. I mimo że staram się myśleć pozytywnie, to w tym jednym jedynym temacie tak dobrze wiem czym to pachnie, że nie potrafię. Kiedy patrzysz w oczy osoby, która szuka nadziei, chcesz jej ofiarować całą nadzieję świata i ciut więcej. Tymczasem na pierwszy plan wysuwa się wielki lęk przed tym gnojem i chęć ucieczki jak najdalej przed siebie.
Wracając do domu kupię różne przekąseczki. Przytulę Pazia. Chwile później uwali się na nas Tytus i będzie mruczał (przecież wiem, że tylko na to czeka). I głęboko gdzieś będę miała wszystkie królowe zniszczenia otaczające mnie w godzinach 9-17-ta. Nie będą na mnie mieli wpływu wszyscy Dementorzy świata i ci, którzy myślą że pieniądze dają im władze nad życiem innych ludzi.
