piątek, 17 października 2014

sorry, taką mamy cywilizację

Media od kilku dni żyją głównie śmiercią Ani Przybylskiej. Wszyscy przeżywają fakt, że tak młoda osoba zwyczajnie umarła (uparcie nie napiszę, że „przegrała walkę z rakiem”, bo w gruncie rzeczy jest to idiotyczne zdanie). Zewsząd otacza mnie zbiorowa histeria, przekładająca się na tłumy Polaków w gabinetach lekarskich, którzy udadzą się tam z prośbą o diagnostykę, markery nowotworowe, tomografię i rezonans magnetyczny (czego ci o mniej wypchanym portfelu oczywiście nie otrzymają).

Nie jestem lepsza, gdyż od Przybylskiej sama zaczynam ten wpis. Też szeruje treść, czyli niosę temat dalej (chociaż, z drugiej strony pochlebiam sobie tym zdaniem, skoro czytelników tego bloga jest naprawdę niewiele).

Przyznaje z ręką na sercu, że kiedy o tym usłyszałam,  nie byłam w stanie przejść nad tym obojętnie. I to wcale nie ze względu na towarzyszące mi od kilku lat przerażenie związane z tym czymś, czego imienia się nie wymienia – RAKIEM.

Rak trzustki jest przebiegłym potworem, którego zdążyłam trochę poznać. W ciągu niespełna 3 miesięcy zabił mojego ojca i na spółkę z polską służbą zdrowia odarł go z godności i prawa do życia bez bólu.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, że ktoś z najbliższych mi osób mógłby znowu umrzeć, ba – nie jestem w stanie dopuścić do świadomości że mój kot ma 13 lat i kiedyś może go przecież zabraknąć!

I prawda jest taka, że jedynie na krótkie momenty przypominamy sobie, jak bardzo bliskie są nam osoby wokół nas i jak bardzo ważne jest by korzystać z carpe diem jak najpełniej ( tak wiem – jest to straszny banał).

Bardzo kocham moją rodzinę i moich przyjaciół. Kocham też życie (choć czasem nie jest między nami do końca różowo)

Kiedy zobaczyłam mojego 60-letniego ojczyma, który prawie popłakał się na materiale telewizyjnym o policyjnym psie, którego nikt nie chciał po wieloletniej służbie przygarnąć, autentycznie wzruszyłam się i uświadomiłam sobie jest bardzo jest mi bliski. Człowiek ten od kilku lat niejako zastępuje mi ojca.

Kiedy zobaczyłam w tym roku, jak bardzo moja własna matka zmieniła się pod wpływem wyciszenia, zmiany otoczenia, zakończenia pracy ( i właściwie dobranych leków  ;-))  poczułam,  że naprawdę bardzo ją kocham i żałuję, że przez tyle lat życie wyciągało z niej to co najgorsze, a ukrywało fajną, czułą i kochającą matkę, którą potrafi być teraz.

Kiedy patrzę na MariPaz, to mimo iż potrafi doprowadzić mnie do szału, bywa nieogarnięta i walczy z nałogami, nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek i jakkolwiek mogłaby jej się stać jakaś krzywda. Chcę ją chronić, bronić i sprawiać by nigdy nie dopadało jej zło tego świata.  Zwyczajnie bym tego nie zniosła.

W takie dni, kiedy ktoś lub coś przypomina ci o śmierci, zupełnie inaczej patrzysz na swoje problemy. Kolejny dzień w fabryce nie jest już taki irytujący,  nie czujesz potrzeby odmawiania sobie kolejnego paska czekolady i wysiadasz dwa przystanki wcześniej, by przejść się w ostatnim jesiennym słońcu. Wszystkie te codzienne, zupełnie powtarzalne czynności zyskują nagle na znaczeniu.

Nie jestem pewnie w stanie za wiele zrobić by żyć długo. Ilości chemii, które pochłaniamy w dzisiejszych czasach są nieporównywalnie większe iż 20, 30 czy 40 lat temu. Syrop glukozowo – fruktozowy w każdym serku, makaron z semoliny, glutaminiany sodu i inne ulepszacze, świeże warzywa i owoce pokryte cienką warstwą pestycydów. Oto oferta cywilizacyjnego postępu, który powoli, acz skutecznie nas zabija.

Chciałabym jednak każdy kolejny dzień wykorzystać jak najlepiej. Jestem w stanie żyć szczęśliwie, zapominając o pierdołach, które nie powinny mieć wpływu na moje nastroje, jeśliby tylko spojrzeć na wszystko z perspektywy szerszego obrazka. Chciałabym przestać odtwarzać codziennie rano sceny pod prysznicem, kiedy to na jednym z bezproduktywnych spotkań wstaję i mówię  co naprawdę myślę (w mało wybrednych słowach). Chciałabym teraz to mi to Lotto.

Jadąc do pracy autobusem linii 154 spotkałam moją ciocię. Okazało się, że wycięty kilkanaście dni temu guz był złośliwy. I mimo że staram się myśleć pozytywnie, to w tym jednym jedynym temacie tak dobrze wiem czym to pachnie, że nie potrafię. Kiedy patrzysz w oczy osoby, która szuka nadziei, chcesz jej ofiarować całą nadzieję świata i ciut więcej. Tymczasem na pierwszy plan wysuwa się wielki lęk przed tym gnojem i chęć ucieczki jak najdalej przed siebie.

Wracając do domu kupię różne przekąseczki. Przytulę Pazia. Chwile później uwali się na nas Tytus i będzie mruczał (przecież wiem, że tylko na to czeka).  I głęboko gdzieś będę miała wszystkie królowe zniszczenia otaczające mnie w godzinach 9-17-ta. Nie będą na mnie mieli wpływu wszyscy Dementorzy świata i ci, którzy myślą że pieniądze dają im władze nad życiem innych ludzi.

czwartek, 28 sierpnia 2014

boję się ogórków gruntowych

I wracamy znowu do najlepszego okresu mojego życia, czyli wesołej trzydziechy.

Wesoła trzydziecha objawia się skurczami w pachwinie, które skutecznie uniemożliwiły mi powstanie zza biurka. Zabawna trzydziecha to taka, kiedy przez 4 tygodnie chodzisz po lekarzach różnej maści i nie możesz uzyskać prostej informacji – dla-cze-go cię bo-li!

Z radości owej zastanawiasz się już całkowicie na poważnie nad wizytą u weterynarza…

W tle tej historii jest jak zawsze amerykański wokalista, który śpiewa sobie radosnym głosem 30-latka „Everything what kills me, makes me feel alive

Nie zesraj się.

Nic to, postanowiłam użalać się nad sobą jedynie w pierwszych akapitach tego wpisu.  Dalej będę zarażać optymizmem.

Optymizm przyjął w tym miesiącu postać ogórków gruntowych, kilo dwadzieścia!
UWAGA! Nie 1,20 kg, tylko 20kg (słownie: dwadzieścia kilogramów)
Optymizm przejawił się w idei, iż słoików wystarczy dwadzieścia, a osób dwie. Optymizm przepoczwarzył się w huraoptymizm wtedy, gdy uznałam, że kolejne 20 słoików starczy i do wieczora się „uwiniemy”. Skończyło się na 50 słoikach, 2 wizytach w kerfurze po nie, 3 dniach pracy i psychopatycznym lękiem przed ogórkiem gruntowym.

Wszystko to uświadomiło mi jednak, że jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Kupując od pierwszej z brzegu babci chrzan i czosnek do zaprawy, zrozumiałam że wręczone owej 12,5 zł chyba dużo dla niej znaczy, podczas gdy ja wydaje tyle na piwo w knajpie. Obserwując zgromadzonych wokół Hali Banacha różnej maści ludzi, dotarło do mnie, że jest cała masa spraw, o które nie muszę się martwić.

I tak jak Amerykanie vs Afryka


Tak i ja, w kontekście zwyczajnego życia, często zapominam o proporcjach i zwykłej przyzwoitości w konsumpcji  dóbr.

Jechałam dzisiaj autobusem, notowałam w notesiku wszystkie rzeczy „to do” i „must be”, kiedy moje zajęte zupełnie niczym ucho, dosłyszało przedziwną dyskusję toczącą się tuż przede mną. Długo nie mogłam wyłapać jej sensu, lecz gdy dotarło do mnie, o co tak naprawdę kaman – zatkało kakao..

Otóż wyobraźcie sobie, iż Stara Baba Z Kulą i wtórująca jej Ruska Torba zaczęły głośno komentować pewną Bogu ducha winną panią, że ma na sobie spódnice i nie założyła nogi na nogę, tylko siedzi normalnie i zdaniem owych pań „gorszy innych” tudzież okazuje kompletny brak kultury!

I jęły się owe baby przekrzykiwać skandalami, chamstwem i szkorbutem, jedna przez drugą gratulując sobie między wierszami moralnej wzniosłości. Obserwując z rosnącym zdziwieniem zaistniałą sytuację, rzuciłam szybko okiem na obiekt zgorszenia. Ku mej rozpaczy nic widać nie było (przynajmniej na moim poziomie wzroku).
Zwróciwszy delikatnie uwagę paniom, iż skoro tak je ten widok razi, to po co nieustannie wgapiają się w uda pani w spódnicy i że chyba rosnąca fascynacja gołą nogą spać im po nocach nie daje.

Brak kultury wrócił do mnie niczym bumerang! Tadam!

Co się wtrąca?! Kto ją pytał? Brak kultury! Ach ta młodzież.

Postanowiłam przyjąć na powrót taktykę spódniczanej degeneratki i przestałam po prostu reagować na pobieżne oceny mojej skromnej osoby, czując jednakowoż jakiś  taki wewnętrzny żal nad Polakiem Cebulakiem i nad tym, że podobnie jak w opisywanej wyżej bazarkowej sytuacji, zbyt często zapominam, że ja i wy nie jesteśmy średnią społeczną i może nie do końca wiemy jak wygląda pewna smutna rzeczywistość wokół nas. Na co dzień jebiemnieto, że płaca minimalna w tym kraju to 1680 zł brutto, a zaściankowość i próba mówienia innym jak żyć mają (pod osłoną chrześcijańskiego miłosierdzia) mają się świetnie.

Kiedy ogarnia mnie smutek na to wszystko, przypominam sobie jednak, że powinnam się cieszyć z tego co mam (i cieszę się!), bo tak naprawdę nie muszę się martwić czy starczy mi do pierwszego, a jeśli mam ochotę mogę zjeść obiad w knajpie i pójść na piwo ze znajomymi. A przede wszystkim mam coś, czego większości ludzi brakuje najbardziej – swoistą wolność. Wolność do zmiany poglądu na dany temat (a tego już Polak beton nigdy się nie nauczy), wolność do spakowania walizki i wyjazdu gdziekolwiek chce (no, może poza Szwecją, która wydaje się być niebotycznie droga), i przede wszystkim wolność do podejmowania swoich decyzji, bez konieczności konsultowania ich z osobami, którym jestem coś winna. I może dlatego całe życie bardzo uważam na to, by długów u kogoś nie posiadać – czy to pieniężnych, czy to wdzięczności.

środa, 16 lipca 2014

cudowne lata, to taki serial

Ktoś powiedział mi kiedyś, że palę za sobą wszystkie mosty. Stwierdzenie to padło co prawda ze strony osoby, która zna mnie tak dobrze, jak ja znam Jarosława Kuźniara – ot, widzę go co rano w TVN24, słucham jednym uchem pijąc kawę i głaszcząc Tytusa. Niemniej jednak, wraca to do mnie czasami, kiedy to zastanawiam się jak bardzo zero jedynkowe są czasami moje reakcje.

Ostatnie kilka dni dały mi trochę do myślenia. Kumulacja zdarzeń, wypadków i emocji, uświadomiły mi, że świat wcale nie oczekuje od ciebie tego, abyś był szczery. Świat oczekuje od ciebie barkowych konceptów, drogi naokoło albo milczenia.

Zawsze miałam spory problem z mówieniem wprost. A już największy w tym, aby robić to co chce i kiedy chce. Nie wiem czy to kwestia wychowania, ale mówienie „nie”, nie należy do moich najmocniejszych stron. Robię to, co wypada zrobić i to, czego się ode mnie wymaga.

No, może poza składaniem urodzinowych życzeń na fejsie, bo wtedy seriously, I don’t give a fuck.

Czasem wydaje mi się, że jestem jak chodząca bomba zegarowa, która wybucha w najmniej spodziewanym momencie. Jestem też chodzącą pewnością siebie, która chwilę później potyka się o własną tarczę i wypierdala na samo dno poczucia winy i braku pewności.

ja składam się z części niespójnych, przeczących sobie nawzajem
Jedna mówi chce stąd wyjść druga mówi ja zostaje 
Wiem że to jest męczące nie tylko dla mnie lecz dla tych, którzy ze mną przebywają

Zauważyłam też, że mam duży problem z patrzeniem ludziom w oczy. Kiedy ktoś próbuje złapać mój wzrok na dłużej niż mgnienie, najczęściej nie wytrzymuje spojrzenia. I feel so raped. Być może, wbrew temu co gada Jaczesko – nie mam azjatyckich genów, tylko lata ewolucji wykształciły we mnie zdolność do chowania oczu, poprzez przystosowawcze wytworzenie mongolskiej fałdy, dzięki której moje oczy mogą pozostać szeroko zamknięte.

To są podobno moje najlepsze lata. Widełki 30-40, to prawdopodobnie kwiecie życia. Zaczynam dzisiaj rozumiem swoją babcie, która opowiadając mi kiedyś syberyjskie historie rodu, zatrzymała się na chwilę i westchnąwszy powiedziała: „w pewnym momencie, to wszystko tak jakoś wystrzeliło i nim się obejrzałam jestem tu gdzie jestem teraz”.

Mam 30 lat i nadal mam w sobie tego samego dzieciaka co zawsze. Czynie durne żarty, gram w gry planszowe, skaczę w kałuże i nie nabieram respektu. Mam w sobie też część –nazwijmy ją mr Hyde’em, która jest śmiertelnie odpowiedzialna – myśli o bezpieczeństwie, planuje, rozważa i dba o porządek. Nie jest ona jednak, wbrew wszelkim pozorom dominująca.

Gdyby można było zakrzywiać czasoprzestrzeń, bardzo bym chciała poznać swoich rodziców. Chciałabym poznać ich jako ludzi, a nie jako wtłoczone w rolę postacie, które odegrały swoją rolę (w mniejszym lub większym stopniu/ lepiej lub gorzej) i powoli odsuwają się w cień (lub tak jak ojciec – całkowicie zeszły ze sceny). To trochę tak, jak w Powrocie do przyszłości, kiedy Marty poznaje swoją młodziutką matkę, (która się w nim zresztą zadurza) oraz całkowicie odbiegającego od tego co zna na co dzień ojca.

Kiedy chodziłam jeszcze do liceum, a nawet na studiach – marzyłam o tym momencie, kiedy jedynym moim obowiązkiem będzie po prostu praca. Marzyłam o dorosłości, w której nie będę musiała się już uczyć, pisać wypracowań – więc cały czas po 17tej będzie mój. Zresztą to samo usłyszałam ostatnio od Domicza – że mam dobrze, bo nie muszę się uczyć i mam tyle wolnego czasu.

Prawda jest taka, że na nic nie mam kurważ czasu, a listy rzeczy do załatwienia mogę aktualnie notować na rolkach papieru toaletowego. Ciągle w biegu – gdzieś, coś, szybko. Najbardziej widoczne było to podczas spożywania pizzy, którą zamówiłam w przerwie malowania przedpokoju – rzuciłam się na nią jak Reksio na szynkę – i wcale nie dlatego, że byłam taka głodna, tylko po to, by mieć to jak najszybciej za sobą i przejść do kolejnej zaplanowanej czynności. Taka sytuacja.

Nie wiem, może tak naprawdę się usprawiedliwiam, a wszystko jest kwestią priorytetów, które sobie nadaje. Bo przecież kosz na pranie nigdy nie będzie pusty, lodówka za to nigdy nie będzie pełna – prawda? A przypomnę – to najlepsze lata mojego życia, yolo.

Tytusowi z kolei odwala, cały czas próbuje strzelić ciepłym moczem poza kuwetę – w czym mu usilnie przeszkadzam zasadzając się na niego po kątach i pilnując porządku. Czeka nas wyprawa do weta, poprzedzona polowaniem z chochelką na pobranie materiału badawczego. A wszystko to na półmetku zawieszania kociej siatki dla małych futrzastych samobójców, która ma mu umożliwić bezstresowe (dla mnie) wylegiwanie się na balkonie i gruchanie z ptaszkami (albo ptaszki).

Ech, chyba dopiero dzisiaj zdałam sobie tak naprawdę sprawę, że Tytus ma już 13 lat i nie młodnieje (co najwyżej – lnieje) i ta perspektywa jest dla mnie wielce dołująca. Tak jak pewna Pani, którą spotkałam na przejściu dla pieszych na Rakowcu, a która zwróciła moją uwagę tym, że lata świetności miała już dawno za sobą.

czwartek, 15 maja 2014


Siedzę i myślę. Jestem jakby Beatą Kozidrak poniedziałku. Mam w sobie dni wrażliwości, co szczęśliwie często się nie zdarza. Jestem też jakby Anthonym and the Johnsons, wszystko mnie wzrusza. To takie momenty, kiedy jedziesz autobusem i chce ci się płakać do jakiejś piosenki, albo gdy widzisz staruszkę, która opiera się sile ciążenia, bądź brakowi gotówki.

Kiedyś całymi dniami potrafiłam zalewać się strumieniami łez (wewnętrznie ofkors) – wystarczyło jedynie skupić się za bardzo na myśleniu i otaczającej rzeczywistości. Dzisiaj wzrusza mnie głownie skurwysyństwo Franka Gallaghera i wysokość rachunku za prąd. 

Every morning I walk towards the edge
and throw little things off

Widziałam dzisiaj w tramwaju pana z bukietem długich czerwonych róż. Dresa, mówiąc krótko (i to prawdopodobnie wciętego wczorajszym jeszcze alkoholem). Dokąd zmierzasz Romeo? – pomyślałam. I wstyd przyznać, ale pierwszą rzeczą o której pomyślałam, było to, że zmierza on do swojej dziewczyny z meliny i za ten bukiet będzie miał z nią miłe chwile.

It's become a habit
A way to start the day

Był to wstęp do głębszej refleksji na temat transakcji kupna – sprzedaży z jakimi mamy na co dzień do czynienia. Bo czymże w zasadzie różni się od prostytucji sytuacja, gdy ktoś przynosi ci kwiaty licząc na seks (i go dostaje)? Gdzie tkwi różnica między tym, kto robi to za pieniądze, a tym kto robi to by zapewnić sobie odpowiedni poziom życia np. w małżeństwie? I w końcu, czy praca w miejscu, którego się nie lubi, ale które przynosi dobry dochód, nie jest współczesną formą najstarszego zawodu świata?

Tak, źle myślę o ludziach. Oburzająco rzadko mam do ludzi stosunek dobry. IdźPanwChuj, gdyż reality killed a video star.

I go through all this
Before you wake up

Mam dzisiaj dystans do wszystkich i wszystkiego (Jaczu, wiesz o czym mówię), zamknęłabym się najchętniej w malutkim, byleby oddzielnym pokoju i nie przebywała z ludźmi. Stukałabym systematycznie w klawiaturę komputera, wypluwając kolejne nieistotne dla funkcjonowania ludzkości materiały ppt, co wbrew pozorom doprowadziłoby mnie o jeden krok bliżej w stronę tytułu pracownika miesiąca i dwa kroki bliżej ku przepaści.


I Imagine what my body would sound like
Slamming against those rocks

Nie myślałam, że ten moment nastąpi, ale brakuje mi cotygodniowych spotkań grupowych. Pierwsza radość z powodu wolnego piątku, okazała się złudna. Nadawanie znikomej wagi wydarzeniu – również. Ostatnimi czasy było to jedno z niewielu miejsc, gdzie robiłam coś absolutnie dla siebie. Gdzie mogłam na chwilę odsapnąć od tego co wokół, mówiąc „wk****a” mnie to. Jedynym substytutem jest już tylko bieganie i ten moment kiedy nie możesz oddychać, ale biegniesz dalej i wszystko inne traci na chwilę znaczenie.

And When it lands
Will my eyes
Be closed or open?

sobota, 5 kwietnia 2014

społeczeństwo jest niemiłe, bo tak nas wychowano

Samokrytyka. Minęło jakieś milion lat od kiedy udało mi się znaleźć chwilę na prozę konfesyjną mojego blogaska. Blame Canada. Kurzy się już nie tylko pianinko.  Kurzą się aparaty, kurzą się buty do biegania i mikser nieistniejący!

Właśnie miałam pomyśleć o czymś inspirującym, ale zamiast tego zadałam sobie w głowie pytanie o to, dlaczego obcinanie paznokci u rąk jest czynnością tak bardzo intymną i dla osób postronnych wręcz odrażającą? I dlaczego zawsze kiedy piję wodę z butelki lub jem banana, czuje się jakaś taka skrępowana sznurem oralnej fiksacji otaczających mnie wokół osobników płci męskiej? <koniec dygresji>

Ostatnie kilka miesięcy nie należały chyba do najlepszych, aczkolwiek w moim przypadku sezon zimowy nigdy nie należał do udanych. Sorry, taki mam(y) klimat.

Kilka pojęć z ostatnich tygodni:

Refleksologia – nie jest to bynajmniej nauka o refleksie! Jest to dosyć interesująca dziedzina wiedzy, zakładająca, że poprzez dotykanie stóp/dłoni, można uleczyć różne choroby, o których jeszcze nawet nie wiemy (sic!) Whatever – dodatkowy masaż stóp, jakkolwiek nazwany chętnie przyjmę!

Amarant – nie jest to kolor będący wersją zielonego.

Masłowska Dorota – nie jest to polska pisarka. Jest to polska pisarka i/lub wokalistka zespołu Mister D, autorka diagnozy społecznej pt. „społeczeństwo jest niemiłe”

Asertywność – pojęcie wbrew pozorom całkowicie dla mnie nowe. I również wbrew pozorom, nie jest to ładnie opakowane „nie”.

Gender (czyt: Dżender) – twór słowny, rozumiany przez większość ludzkiego gatunku jako nachalna propaganda, dla mnie natomiast coraz bardziej fascynująca dziedzina nauki – o czym dalej.

Nigdy się tak naprawdę nie zastanawiałam nad tym, co definiuje nas jako ludzi –  istoty społeczne wchodzące w różne relacje z innymi osobnikami. Co definiuje nasze „zauroczenia”, „zakochania” i „miłości”? Czy faktycznie zakochujemy się w osobie, czy tylko w płci? Co też sprawia, że jednych pociąga silikonowanie umywalki, a inni wolą iść z wiklinowym koszyczkiem po maliny? Gender, ach ten dżender.

Temat fascynujący i chyba trudny to zeksplorowania. Kilka lat temu byłam zupełne innym człowiekiem – myślę że nie tylko ograniczonym konwenansami, ale wręcz lekko zaściankowym. Prawdziwe znaczenie słowa tolerancja było mi raczej obce. Nabijałam się ze zniewieściałych panów i męskich kobiet. I może nawet byłabym gotowa rzucać w takie osobniki kamieniami. Nie, nie jestem złym człowiekiem -  Tak mnie po prostu wychowano. Jedyne wspomnienie z wieku młodzieńczego, kiedy moja matka używa słowa „L” – to moment kiedy używa go w zestawieniu z najbardziej negatywnie nacechowanymi przymiotnikami, jakie można sobie wyobrazić. Trudno się więc chyba dziwić, że mój rodzący się w bólach światopogląd miewał swoje wahania w bardzo dziwnych kierunkach.

Dzisiaj, jestem wręcz zafascynowana tym, jak bardzo ograniczają nas nasze socjalizacje – czyli to wszystko, czego uczą nas otoczenie, znajomi i rodzice. Szczególnie rodzice, którzy na naszych oczach przeobrażają się czasem w zgorzkniałe karykatury nas samych.

Koniuszki ust ludzi starszych są zawsze skierowane w dół. Ta smutna konstatacja dopadła mnie w autobusie numer 136 kierunek Natolin. 

wtorek, 7 stycznia 2014

objects in the mirror might be more fucked up than they appear

Kolejna niezbyt przespana noc – pomyślałam przed powrotem do pracy po świętach. Noc podczas której bez zmrużenia oka rozszarpałabym swojego kota, gdyż każde liźnięcie czy zamruczenie futerka doprowadza w takich momentach do furii.

#mlask #mrumru #miau (po raz pierwszy hasztaguje!!)

Czytając fejsbukowe statusy wiem jednak, że nie jestem odosobniona. Wszyscy cierpimy chyba na syndrom pełni księżyca, co utożsamiam jednak z syndromem poświątecznego odstawienia alkoholu.

Nie wszyscy ten alkohol odstawić potrafią – jesteśmy wszak narodem alkoholików, o czym przypomni wkrótce Smarzowski (bardzom tego ciekawa), a tymczasem przypomina promocja noworoczna państwa polskiego, w której mogłabym  wsiąść za kierownicę samochodu i zabić po pijaku 6 osób  w cenie jedynych  15 lat pudła. Maksymalnie. Wychodzi 2,5 roku za osobę. W czasie takiej wyprzedaży nieco ostrożniej wypada się chyba poruszać po wymarłych na święta ulicach Warszawy.

I choose to listen to my inner voice not the random opinion of others – patrzę na stojącą na biurku kartkę, którą otrzymałam wraz z gwiazdkowym prezentem i myślę sobie sralalala. Mam wrażenie, że tak naprawdę i ja i Wy nie wnikamy za bardzo w siebie i otaczającą nas rzeczywistość.  Zadowalamy się pozorami, patrzeniem na żony ze Stepford, status quo i poczuciem, że wszystko jest takie jak być powinno. Taka refleksja na okoliczność wydarzeń minionych 3 miesięcy, kiedy to poczułam się niczym aspergerowiec, który nie rozpoznaje ludzkich emocji i trzeba mu  to wszystko rozrysować na kartce.

Poproszę o kartkę: objects in the mirror might be more fucked up than they appear. Bo nic nagle nie jest tym czym się wydawało.  Pod maską uśmiechu, pod przyjaznym dźwiękiem i pod ogólnie pozorem - kryje się długa lista niewypowiedzianej pretensji i  emocji nie do ogarnięcia.

Dzięki temu zdałam sobie sprawę, że zdecydowanie za mało uwagi poświęcam analizie otoczenia, a za dużo przyjmuję bez refleksji i w oparciu o moje ulubione heurystyki. Zresztą, większość z nas tak robi. Dlatego pewnie słychać potem w wiadomościach: „to była normalna rodzina, nic nie zwiastowało tej makabrycznej zbrodni! I może sobie Natalia Lesz już tylko fantazjować o mocy swojego uścisku.  

Zakotwiczanie się ma jednak swoje plusy. Dzięki niemu jestem przecież tą wiecznie żartującą dziewczynką, która ubiera się jak hipster. Świetnie sobie ze wszystkim radzę i w zasadzie nie mam problemów.

I nikt nawet nie podejrzewa, że prawda jest nico inna. Nikt też nie wie (no, poza tymi którzy czytają moją prozę konfesyjną), że leżąc w łóżku potrafię ułożyć szesnaście scenariuszy tego co stanie się w określonej sytuacji, przy wyborze określonych ścieżek. Przewiduje ludzkie reakcje na to co robię i osobiście wystawiam sobie ocenę z zachowania danego dnia (mostly, negatywną). Uprawiając dialog we własnej głowie, nie muszę go odbywać w realnym świecie.  

Moje „zajęcia dodatkowe” niestety nie rozwiązują za mnie tego i innych problemów. Sprawiają natomiast, że przynajmniej podejmuje trud (tak jak dzisiaj) zastanawiania się na tym, że:

a) może mam z czymś problem
b) z on z czegoś chyba wynika
c) chyba trzeba go rozwiązać

I tak oto, na tapetę trafiła kwestia mojego psychopatycznego wręcz lęku przed tym, że Tytus kot ucieknie przez niezamknięte drzwi wejściowe lub spadnie z balkonu, jeśli ktokolwiek zostawi drzwi choć na chwilę uchylone.  Łażę więc za wszystkimi domownikami i sprawdzam, czy na pewno te drzwi zamknęli i czy na pewno nie zapomną ich zamknąć, kiedy mnie nie będzie. Zawsze pilnuje zamykania drzwi, wyłączam listwy kontaktowe oraz oglądam kuchenkę gazową. Droga Filipinko, przyjaciółko ma najlepsza, pomóż! Co jest ze mną nie tak?

Na kwestię kota znalazłam już odpowiedź: na moich oczach spadł z parapetu kot mojej koleżanki, która ledwo co wprowadziła się do mojego mieszkania. Pacjent nie przeżył. I chociaż wiem, że przecież niecelowo – poczułam bardzo wyraźnie emocjonalny przekaz: WINNA.  Od tej pory robię wszystko, by nigdy więcej nie czuć się tak okropnie jak wtedy. Dodając do tego moją wielką miłość do tego grubasa – mamy receptę na paranoję.

Skąd jednak mania zamykania drzwi, sprawdzania kontaktów, prostownicy (czy na pewno nie zaprószy ona ognia poprzez łazienkowy chodniczek, kiedy podczas mojej nieobecności nagrzana spadnie z szafki?!), kuchenki gazowej etc? Do tego jakoś dojść nie mogę. Tym bardziej, że nikt nigdy mnie nie okradł, nigdy nic się nie spaliło , a dwutlenek węgla nigdy nawet nie próbował zaszkodzić mojej rodzinie. Czy jest na to jakieś logiczne wyjaśnienie? Bo ja go nie znajduje. 

czwartek, 12 grudnia 2013

Nie uczmy świata jak żyć

Mój dziadek całe życie był narcyzem - wierzył w siebie i w swoją zajebistość. Jeździł też po świecie i otaczał się tabunami kochanek -> Zmarł „ze starości” w wieku niespełna 90 lat.

Moja babcia wiecznie się czymś przejmowała. Dziadek zostawił ją z dzieckiem (moją mamą) i ożenił się z dziewczyną w wieku mojej matki. Babcia była typową matką polką i wspomnienia z nią związane oscylują głównie wokół robienia pierogów i wnoszenia na 4-te piętro siat pełnych zakupów ->  Zmarła na wylew w wieku niespełna lat 60-u.

Czasem myślę, że receptą na długie życie jest nie tyle twarda dupa i krótka pamięć – co posiadanie wszystkich i wszystkiego w owej.

„Nie uczmy świata jak żyć” – powiedziała wczoraj całkiem sympatyczna babeczka od psychologii, a ja zdałam sobie sprawę, że od dłuższego czasu robię staż bezpłatny w ZNP - rozwiązuję nie swoje krzyżówki  i odpowiadam na nie swoje pytania.  

Żałuje, że moi rodzice nie umacniali we mnie poczucia własnej wartości i dopiero ciężką pracą próbuje ją w sobie zbudować. Żałuję, że moi rodzice nie szanowali mnie jako dziecka – za to ja winna im była szacunek tylko z racji tego, że są rodzicami. Żałuje też, że zostałam wychowana w kulturze obrażania, kłótni i braku dotyku. W kulturze, która sprawia, że po powrocie do domu nie umiem się zwyczajnie położyć na łóżku i nie robić nic (bo zaraz wpędzam się w poczucie winny, że jestem leniwa).

Zawsze miałam poczucie, że w jakiś sposób muszę udowodnić racjonalność swojego istnienia. Moje siostry dobrze się uczyły – więc ja musiałam uczyć się lepiej.  Zgarniałam wszystkie możliwe stypendia naukowe i czerwone paski. Moje siostry skończyły studia – ja skończyłam dwa kierunki, w tym jeden z wyróżnieniem. Prawo jazdy? Wyłącznie za pierwszym razem! Pierwsza praca i wyprowadzka z domu – na asapie.  

Sama wpędzam się w lęk przed różnymi sytuacjami, ponieważ na drugim etacie życia, nieustannie próbuje uczyć innych jak żyć. Martwię się, tworze scenariusze, przejmuje cudzą odpowiedzialność (i to wcale nie dlatego, że ktoś mnie o to prosi).

Nie jestem poetką i nie piszę ładnych wierszy. Nie statusuje się na fejsbuku – bo nie mam nic zabawnego do powiedzenia. Nie mówię o sobie: ładna. Nie mówię: inteligentna. Nauczono mnie, że mówienie o sobie dobrze, to oznaka pychy, chamstwa i egoizmu.

Dziadka nazwałam narcyzem, bo kochał przede wszystkim siebie. I prawda jest taka, że koniec końców umarł  w samotności. Umarł w tej samotności jednak dobre 30 lat później, niż otoczona wnukami babcia.  Patrzę więc na tych wszystkich ludzi wokół, którzy nie merdają ogonem do byle kogo i nie zachowują się jak byle chłop pańszczyźniany co poleruje srebra Panicza. I zazdroszczę.