Już jakiś czas temu zaakceptowałam fakt, iż blog ma dla mnie bardziej rolę terapeutyczną, niż literacko-twórczą. Można by to odnieść do teorii, iż w czasie snu, kiedy śnią nam się dziwne rzeczy ubrane w napotkane przez nas w ostatnich dniach przedmioty, nasz mózg pozbywa się z pamięci krótkotrwałej tego, co nie znalazło się w którejś z długoterminowych szufladek i/lub/bądź nie jest nam już potrzebne.
Tak trochę jest i teraz. Bo bardzo długo zbiera mi się na pisanie, aż wtem i nagle muszę opisać co kłębi się w mojej głowie, bo inaczej zwariuje.
Mam taką zabawną manierę, że często kiedy idę do pracy, słucham starej antysystemowej piosenki,
o tej:
Maniera o tyle zabawna, że pracując od 4 lat w świecie wielkiej finansjery, coraz bardziej oddalam się od „jutro będę duży”, a co raz bardziej pozostaje w ramionach „dzisiaj jestem mały”. I nie ma w tym oczywiście nic złego – raz w czas się nad tym zastanowię, pomyślę że może trzeba coś zmienić, zacząć się realizować i żyć with arms wide open. Potem na trochę o tym zapominam, bo mimo wszystko bywa zabawnie, a trawa wszędzie jest przecież zieleńsza. Nie różnię się tu niczym od tysięcy osób czyniących podobnie.
I siedzę w tym domu ze szkła, niczym Cezary Baryka na dorobku i słyszę pytanie „What if money was no object?”
I siedzę w tym domu ze szkła, niczym Cezary Baryka na dorobku i słyszę pytanie „What if money was no object?”
No właśnie, co?
Nie zrozumcie mnie źle – lubię pracę w marketingu i to bardzo. Co prawda nie jest tak, że jestem w 100% przekonana, że to jest właśnie to co chciałabym robić całe życie.
Chciałabym na pewno pisać książki, ale posądzam się o brak talentu. Dodatkowo mam takie przeczucie, graniczące z pewnością, że marzenie to jest bardziej tęsknotą za intelektualnym wyzwaniem, freelance’m i wyobrażeniem na temat, niż realną perspektywą.
Realnie, to uwielbiam naprawiać różne rzeczy - remontować, składać i malować (i tutaj ciepło myślę o Ukaszu – bo gdzieś podskórnie czuję, że on kocha to jeszcze bardziej niż ja i gdyby money was no object, pewnie nie miałby nic przeciwko temu, by się tym na co dzień zajmować).
Kocham też gotować i gdybym mogła nie wychodziłabym z kuchni, ale.. (no tak, zawsze jest jakieś ale) nie stać mnie na własny lokal i karierę Magdy Gessler. Gdyby jednak money was no object, nie miałabym nic przeciwko temu aby gotować, remontować i urządzać. Czyżbym chciała zostać klasyczną kurą domową (miałam właśnie rozszczepić atom, ale zrobiłam lemoniadę)? Lata walki o emancypację kobiet, a Pani z banku chce gotować i wykonywać wszelakie prace DIY?! Widły w dłoń, płomień pal! (Btw - widziałam ostatnio Kazię Szczukę w pieleszach domowych programu „Ugotowani” i nie sprawiała wrażenia męczennicy kuchennej, kiedy gotowała dla wszystkich zupę).
Kocham też gotować i gdybym mogła nie wychodziłabym z kuchni, ale.. (no tak, zawsze jest jakieś ale) nie stać mnie na własny lokal i karierę Magdy Gessler. Gdyby jednak money was no object, nie miałabym nic przeciwko temu aby gotować, remontować i urządzać. Czyżbym chciała zostać klasyczną kurą domową (miałam właśnie rozszczepić atom, ale zrobiłam lemoniadę)? Lata walki o emancypację kobiet, a Pani z banku chce gotować i wykonywać wszelakie prace DIY?! Widły w dłoń, płomień pal! (Btw - widziałam ostatnio Kazię Szczukę w pieleszach domowych programu „Ugotowani” i nie sprawiała wrażenia męczennicy kuchennej, kiedy gotowała dla wszystkich zupę).
What if, what if?
To teraz trochę backgroundu, backstage’u i wnętrzności.
Męczy mnie (i to chyba najlepsze słowo) poczucie sprawiedliwości, lęk przez zależnością (tudzież byciem ciężarem) i zaskakująca potrzeba akceptacji, aprecjacji, otrzymywania złotych gwiazdek.
Poczucie sprawiedliwości jest mega irytującą wadą (i wcale nie piszę o swoich wadach jak kandydat na rozmowie kwalifikacyjnej, który odpowiada na to pytanie per „jestem zbyt punktualny i zbyt pracowity”). Poczucie to sprawia, że bardzo często myślę kategoriami każdemu po równo, ty dajesz to i ja daję etc. Życie nie jest jednak tak jednowymiarowe i nigdy nie jest w tak sztywny sposób sprawiedliwe.
Do tej pory pamiętam, jak mama kupowała w sklepie na rogu „U Pani Tereski” czekoladę alpejską (tą jeszcze taką starą, w białym papierku z górami) - teraz jest tam jakiś sklep rowerowy, ale to nieistotna dygresja. Dzieliła ją wtedy na porcje. Każdy dostawał 1,5 paska. Gdzieś w tej historii upatruje początków owej wewnętrznej, policzalnej na kostki czekolady sprawiedliwości. Myśląc o tym, konkluduję również , że najmłodsze dziecko zawsze czuje się niesprawiedliwie traktowane – idzie wcześniej spać, nie może wypić kawy jak starsze siostry, nie jest zapraszane do rodzinnej narady – dlatego też sprawiedliwość może nabierać dla niego większego znaczenia. Ciągle dąży do tego by mieć tyle samo co rodzeństwo. Tyle samo uwagi, tyle samo troski.
Lęk przed zależnością, to słaba sprawa, mówię Wam! Szczególnie kiedy podpisujesz akt notarialny i wiążesz się z Bankiem na 30 lat. Zwłaszcza, gdy masz poczcie, że o tak wiele spraw musisz zadbać. Lęk przed tym, że podwinie mi się noga jest tak duży, że zabezpieczanie się na wszystkie sposoby stało się w którymś momencie sposobem na życie. Myśląc o zmianie pracy, w pierwszej kolejności myślę o warunkach finansowych, a nie o tym gdzie idę i co będę robić. Uderzyło mnie to dzisiaj ze zdwojoną mocą. Czemu mało, czemu więcej? Bo lubię poszaleć na answer.com i zalando? Bo mam stałą rezerwację w Atelier Amaro? A może lubię jazdę drogimi samochodami (z którymi mam zresztą tyle wspólnego co z aquareobikiem)? Nic z tych rzeczy.
Głupie to wszystko. Zwyczajnie boje się tego, że mogłabym mieć długi, że ktoś musiałby mi pomagać, że musiałabym o coś prosić. Boje się tego, że jeśli ktoś bliski będzie potrzebował mojej pomocy, to ja nie będę mogła nic zrobić. W tym wszystkim jest oczywiście drugie dno – udowadnianie potrzeby swojego istnienia (Spójrzcie na nią – jak ona sobie świetnie radzi. Lajków tysiąc!)
Punkt trzeci – akceptacja. Szlag jasny mnie trafił, kiedy rzucając ostatnio zdanie „i co, niedobry ten chłodnik?”, zobaczyłam w sobie 100% mojej mamy. Nie…na pewno niedobry ten obiad (pochwal mnie!), ej, paczcie, znalazłam ten kluczyk (wow, jaka jesteś spostrzegawcza) etc.
To teraz trochę backgroundu, backstage’u i wnętrzności.
Męczy mnie (i to chyba najlepsze słowo) poczucie sprawiedliwości, lęk przez zależnością (tudzież byciem ciężarem) i zaskakująca potrzeba akceptacji, aprecjacji, otrzymywania złotych gwiazdek.
Poczucie sprawiedliwości jest mega irytującą wadą (i wcale nie piszę o swoich wadach jak kandydat na rozmowie kwalifikacyjnej, który odpowiada na to pytanie per „jestem zbyt punktualny i zbyt pracowity”). Poczucie to sprawia, że bardzo często myślę kategoriami każdemu po równo, ty dajesz to i ja daję etc. Życie nie jest jednak tak jednowymiarowe i nigdy nie jest w tak sztywny sposób sprawiedliwe.
Do tej pory pamiętam, jak mama kupowała w sklepie na rogu „U Pani Tereski” czekoladę alpejską (tą jeszcze taką starą, w białym papierku z górami) - teraz jest tam jakiś sklep rowerowy, ale to nieistotna dygresja. Dzieliła ją wtedy na porcje. Każdy dostawał 1,5 paska. Gdzieś w tej historii upatruje początków owej wewnętrznej, policzalnej na kostki czekolady sprawiedliwości. Myśląc o tym, konkluduję również , że najmłodsze dziecko zawsze czuje się niesprawiedliwie traktowane – idzie wcześniej spać, nie może wypić kawy jak starsze siostry, nie jest zapraszane do rodzinnej narady – dlatego też sprawiedliwość może nabierać dla niego większego znaczenia. Ciągle dąży do tego by mieć tyle samo co rodzeństwo. Tyle samo uwagi, tyle samo troski.
Lęk przed zależnością, to słaba sprawa, mówię Wam! Szczególnie kiedy podpisujesz akt notarialny i wiążesz się z Bankiem na 30 lat. Zwłaszcza, gdy masz poczcie, że o tak wiele spraw musisz zadbać. Lęk przed tym, że podwinie mi się noga jest tak duży, że zabezpieczanie się na wszystkie sposoby stało się w którymś momencie sposobem na życie. Myśląc o zmianie pracy, w pierwszej kolejności myślę o warunkach finansowych, a nie o tym gdzie idę i co będę robić. Uderzyło mnie to dzisiaj ze zdwojoną mocą. Czemu mało, czemu więcej? Bo lubię poszaleć na answer.com i zalando? Bo mam stałą rezerwację w Atelier Amaro? A może lubię jazdę drogimi samochodami (z którymi mam zresztą tyle wspólnego co z aquareobikiem)? Nic z tych rzeczy.
Głupie to wszystko. Zwyczajnie boje się tego, że mogłabym mieć długi, że ktoś musiałby mi pomagać, że musiałabym o coś prosić. Boje się tego, że jeśli ktoś bliski będzie potrzebował mojej pomocy, to ja nie będę mogła nic zrobić. W tym wszystkim jest oczywiście drugie dno – udowadnianie potrzeby swojego istnienia (Spójrzcie na nią – jak ona sobie świetnie radzi. Lajków tysiąc!)
Punkt trzeci – akceptacja. Szlag jasny mnie trafił, kiedy rzucając ostatnio zdanie „i co, niedobry ten chłodnik?”, zobaczyłam w sobie 100% mojej mamy. Nie…na pewno niedobry ten obiad (pochwal mnie!), ej, paczcie, znalazłam ten kluczyk (wow, jaka jesteś spostrzegawcza) etc.
In the land of gods and monsters I was an angel
Living in the garden of evil
Screwed up, scared, doing anything that I needed
Shining like a fiery beacon
You got that medicine I need
Fame, liquor, love, give it to me slowly
Put your hands on my waist, do it softly
Me and God, we don’t get along so now I sing
No i what if, kurważ?
Gdyby tak było, może nie próbowałabym niczym Elsa Mars walczyć o swój kawałek sławy, swoje 5 minut. Nie musiałabym ukrywać, że dwóch nóżek mam jakby mniej... Może nie próbowałabym się na każdym kroku zmieniać, zaczynać o nowa, zakładać chomąto. Może w takiej rzeczywistości spróbowałabym się polubić i zaakceptować fakt, że na Marsie jest życie, czego jestem koronnym dowodem.
What if, to też dla mnie taka wersja „muszę vs. chcę”. Tymczasem za każdym wyborem stoją jego konsekwencje. Czasem ten wybór jest pozorny. W jednym z odcinków Six feet under, pierwsza scena pokazuje śmierć kolejnego klienta domu pogrzebowego Fisherów. 21 - letni chłopak znajduje się w obcej dzielnicy, gdzie psuje mu się samochód. Podchodzi do niego grupka gangsterów i pytają skąd tu się wziął. Bohater odpowiada butnie, że z brzucha swojej matki, dziwko (na potrzeby lekkiej cenzury pojawia się tu brzuch). Bohater ginie od strzału w głowę. Jego wyborem było zachowanie się jak mężczyzna, nieokazanie strachu. Konsekwencją jest natomiast śmierć.
Na co dzień nie stoimy przed aż tak zerojedynkowymi wyborami, niemniej żadnego z nich nie można umniejszać i relatywizować. Dla każdego śmierć oznacza co innego. A i różne rzeczy jesteśmy w stanie zrobić w obrębie „musieć”, by obronić swoje status quo.
Chcę powiedzieć osiedlowemu dozorcy, że jest głupim buraczanym chamem, muszę się jednak powstrzymywać (bynajmniej nie z poczucia kultury), aby on i jego koledzy z osiedla nie podpalili mi drzwi, albo nie zostawili psiej kupy na wycieraczce.
Chcę powiedzieć całemu światu, że mam genialną dziewczynę, ale muszę się hamować bo boje się sprowadzania mojego życia do tego z kim śpię. Polska to nie Szwecja yoł.
Chcę mieć prawo do mówienia tego co myślę in general, jest to jednak najmniej pożądana i oczekiwana przez społeczeństwo umiejętność, dlatego muszę robić to ostrożnie, niczym spacer po linie – some people just simply can’t handle the truth (by Always)
Oglądam „what if” i chcę mi się płakać. Muszę wracać do pracy.

