poniedziałek, 27 lipca 2015

What if

Już jakiś czas temu zaakceptowałam fakt, iż blog ma dla mnie bardziej rolę terapeutyczną, niż literacko-twórczą. Można by to odnieść do teorii, iż w czasie snu, kiedy śnią nam się dziwne rzeczy ubrane w napotkane przez nas w ostatnich dniach przedmioty, nasz mózg pozbywa się z pamięci krótkotrwałej tego, co nie znalazło się w którejś z długoterminowych szufladek i/lub/bądź nie jest nam już potrzebne.

Tak trochę jest i teraz. Bo bardzo długo zbiera mi się na pisanie, aż wtem i nagle muszę opisać co kłębi się w mojej głowie, bo inaczej zwariuje. Mam taką zabawną manierę, że często kiedy idę do pracy, słucham starej antysystemowej piosenki, o tej:





Maniera o tyle zabawna, że pracując od 4 lat w świecie wielkiej finansjery, coraz bardziej oddalam się od „jutro będę duży”, a co raz bardziej pozostaje w ramionach „dzisiaj jestem mały”. I nie ma w tym oczywiście nic złego – raz w czas się nad tym zastanowię, pomyślę że może trzeba coś zmienić, zacząć się realizować i żyć with arms wide open. Potem na trochę o tym zapominam, bo mimo wszystko bywa zabawnie, a trawa wszędzie jest przecież zieleńsza. Nie różnię się tu niczym od tysięcy osób czyniących podobnie. 

I siedzę w tym domu ze szkła, niczym Cezary Baryka na dorobku i słyszę pytanie „What if money was no object?”

No właśnie, co? Nie zrozumcie mnie źle – lubię pracę w marketingu i to bardzo. Co prawda nie jest tak, że jestem w 100% przekonana, że to jest właśnie to co chciałabym robić całe życie. Chciałabym na pewno pisać książki, ale posądzam się o brak talentu. Dodatkowo mam takie przeczucie, graniczące z pewnością, że marzenie to jest bardziej tęsknotą za intelektualnym wyzwaniem, freelance’m i wyobrażeniem na temat, niż realną perspektywą. 

Realnie, to uwielbiam naprawiać różne rzeczy - remontować, składać i malować (i tutaj ciepło myślę o Ukaszu – bo gdzieś podskórnie czuję, że on kocha to jeszcze bardziej niż ja i gdyby money was no object, pewnie nie miałby nic przeciwko temu, by się tym na co dzień zajmować). 

Kocham też gotować i gdybym mogła nie wychodziłabym z kuchni, ale.. (no tak, zawsze jest jakieś ale) nie stać mnie na własny lokal i karierę Magdy Gessler. Gdyby jednak money was no object, nie miałabym nic przeciwko temu aby gotować, remontować i urządzać. Czyżbym chciała zostać klasyczną kurą domową (miałam właśnie rozszczepić atom, ale zrobiłam lemoniadę)? Lata walki o emancypację kobiet, a Pani z banku chce gotować i wykonywać wszelakie prace DIY?! Widły w dłoń, płomień pal! (Btw - widziałam ostatnio Kazię Szczukę w pieleszach domowych programu „Ugotowani” i nie sprawiała wrażenia męczennicy kuchennej, kiedy gotowała dla wszystkich zupę). 

What if, what if? 

To teraz trochę backgroundu, backstage’u i wnętrzności. 
Męczy mnie (i to chyba najlepsze słowo) poczucie sprawiedliwości, lęk przez zależnością (tudzież byciem ciężarem) i zaskakująca potrzeba akceptacji, aprecjacji, otrzymywania złotych gwiazdek. 

Poczucie sprawiedliwości jest mega irytującą wadą (i wcale nie piszę o swoich wadach jak kandydat na rozmowie kwalifikacyjnej, który odpowiada na to pytanie per „jestem zbyt punktualny i zbyt pracowity”). Poczucie to sprawia, że bardzo często myślę kategoriami każdemu po równo, ty dajesz to i ja daję etc. Życie nie jest jednak tak jednowymiarowe i nigdy nie jest w tak sztywny sposób sprawiedliwe. 

Do tej pory pamiętam, jak mama kupowała w sklepie na rogu „U Pani Tereski” czekoladę alpejską (tą jeszcze taką starą, w białym papierku z górami) - teraz jest tam jakiś sklep rowerowy, ale to nieistotna dygresja. Dzieliła ją wtedy na porcje. Każdy dostawał 1,5 paska. Gdzieś w tej historii upatruje początków owej wewnętrznej, policzalnej na kostki czekolady sprawiedliwości. Myśląc o tym, konkluduję również , że najmłodsze dziecko zawsze czuje się niesprawiedliwie traktowane – idzie wcześniej spać, nie może wypić kawy jak starsze siostry, nie jest zapraszane do rodzinnej narady – dlatego też sprawiedliwość może nabierać dla niego większego znaczenia. Ciągle dąży do tego by mieć tyle samo co rodzeństwo. Tyle samo uwagi, tyle samo troski. 

Lęk przed zależnością, to słaba sprawa, mówię Wam! Szczególnie kiedy podpisujesz akt notarialny i wiążesz się z Bankiem na 30 lat. Zwłaszcza, gdy masz poczcie, że o tak wiele spraw musisz zadbać. Lęk przed tym, że podwinie mi się noga jest tak duży, że zabezpieczanie się na wszystkie sposoby stało się w którymś momencie sposobem na życie. Myśląc o zmianie pracy, w pierwszej kolejności myślę o warunkach finansowych, a nie o tym gdzie idę i co będę robić. Uderzyło mnie to dzisiaj ze zdwojoną mocą. Czemu mało, czemu więcej? Bo lubię poszaleć na answer.com i zalando? Bo mam stałą rezerwację w Atelier Amaro? A może lubię jazdę drogimi samochodami (z którymi mam zresztą tyle wspólnego co z aquareobikiem)? Nic z tych rzeczy.

Głupie to wszystko. Zwyczajnie boje się tego, że mogłabym mieć długi, że ktoś musiałby mi pomagać, że musiałabym o coś prosić. Boje się tego, że jeśli ktoś bliski będzie potrzebował mojej pomocy, to ja nie będę mogła nic zrobić. W tym wszystkim jest oczywiście drugie dno – udowadnianie potrzeby swojego istnienia (Spójrzcie na nią – jak ona sobie świetnie radzi. Lajków tysiąc!) 

Punkt trzeci – akceptacja. Szlag jasny mnie trafił, kiedy rzucając ostatnio zdanie „i co, niedobry ten chłodnik?”, zobaczyłam w sobie 100% mojej mamy. Nie…na pewno niedobry ten obiad (pochwal mnie!), ej, paczcie, znalazłam ten kluczyk (wow, jaka jesteś spostrzegawcza) etc.



In the land of gods and monsters I was an angel 
Living in the garden of evil 
Screwed up, scared, doing anything that I needed 
Shining like a fiery beacon 
 You got that medicine I need 
Fame, liquor, love, give it to me slowly 
Put your hands on my waist, do it softly
 Me and God, we don’t get along so now I sing 


No i what if, kurważ? 

Gdyby tak było, może nie próbowałabym niczym Elsa Mars walczyć o swój kawałek sławy, swoje 5 minut. Nie musiałabym ukrywać, że dwóch nóżek mam jakby mniej... Może nie próbowałabym się na każdym kroku zmieniać, zaczynać o nowa, zakładać chomąto. Może w takiej rzeczywistości spróbowałabym się polubić i zaakceptować fakt, że na Marsie jest życie, czego jestem koronnym dowodem. 

What if, to też dla mnie taka wersja „muszę vs. chcę”. Tymczasem za każdym wyborem stoją jego konsekwencje. Czasem ten wybór jest pozorny. W jednym z odcinków Six feet under, pierwsza scena pokazuje śmierć kolejnego klienta domu pogrzebowego Fisherów. 21 - letni chłopak znajduje się w obcej dzielnicy, gdzie psuje mu się samochód. Podchodzi do niego grupka gangsterów i pytają skąd tu się wziął. Bohater odpowiada butnie, że z brzucha swojej matki, dziwko (na potrzeby lekkiej cenzury pojawia się tu brzuch). Bohater ginie od strzału w głowę. Jego wyborem było zachowanie się jak mężczyzna, nieokazanie strachu. Konsekwencją jest natomiast śmierć. 

Na co dzień nie stoimy przed aż tak zerojedynkowymi wyborami, niemniej żadnego z nich nie można umniejszać i relatywizować. Dla każdego śmierć oznacza co innego. A i różne rzeczy jesteśmy w stanie zrobić w obrębie „musieć”, by obronić swoje status quo. 

Chcę powiedzieć osiedlowemu dozorcy, że jest głupim buraczanym chamem, muszę się jednak powstrzymywać (bynajmniej nie z poczucia kultury), aby on i jego koledzy z osiedla nie podpalili mi drzwi, albo nie zostawili psiej kupy na wycieraczce. 

Chcę powiedzieć całemu światu, że mam genialną dziewczynę, ale muszę się hamować bo boje się sprowadzania mojego życia do tego z kim śpię. Polska to nie Szwecja yoł. 

Chcę mieć prawo do mówienia tego co myślę in general, jest to jednak najmniej pożądana i oczekiwana przez społeczeństwo umiejętność, dlatego muszę robić to ostrożnie, niczym spacer po linie – some people just simply can’t handle the truth (by Always) 

Oglądam „what if” i chcę mi się płakać. Muszę wracać do pracy.

piątek, 6 marca 2015

Kiedy byliśmy młodzi o coś nam chodziło

Chyba nadszedł już ten czas, kiedy w kuluarowych rozmowach używam słów „dzisiejsza młodzież”, „dzisiejsze pokolenie nastolatków” czy „za moich czasów”. Aua. Boli. #PierwszaZmarszczka #WhenWeWereYoung

Tylko nie wiem w zasadzie, czy jest to wynikiem tego co wypada, czy realnego postawienia się  w gronie ludzi dorosłych.

Kiedy patrzę na siebie z boku, szczególnie kiedy w momentach stresu dworuje ze wszystkiego i wszystkich, nie czuje się dorosła. Hell no! Czuje jedynie, że jest to kolejna rola jaką muszę odegrać - widownia w komplecie, kurtyna w górę.

Rolę dorosłego pełnię w pracy – siedząc na dość nudnych spotkaniach biznesowych, wypowiadając zdania w stylu „zgadzam się, niemniej najnowsze badania pokazują, iż współczynnik…” aua

Pełnię ją robiąc zakupy w Auchan24, czy wybierając wreszcie kanapę w IKEI. Jestem dorosła także wtedy, kiedy pobierają mi z konta ratę kredytu, albo jak podpisuje umowę z RWE, PGNiG i Play.

Tymczasem ciągle mam w sobie to małe dziecko, które rozgląda się wokół kombinując co by tu jeszcze zbroić? To małe dziecko najchętniej kupiłoby sobie (tfu, poprosiłoby mamę o kupienie) słoik nutelli i śpiewając pod nosem „Księżyc raz odwiedził staw” snułoby zupełnie inne niż dzisiaj sny o potędze (może to była nasza – dzieciorów lat 80tych wersja dzisiejszego „baluję za hajs matki”?)

To małe dziecko wychodzi ze mnie w sytuacjach wymagających relacyjności. Wszelkie konferencje, czy spotkania biznesowe na stopie pół-formalnej są dla mnie prawdziwą koszulą Dejaniry. Palą mnie w ramiona i niczym metka nowego ubrania, wpijają mi się w kark aż do krwi. Próbując small talku czuje się jak John Rambo przypalany rozgrzanym prętem w azjatyckiej dżungli. Najczęściej chowam się więc przy jakiejś ścianie, sprawiając wrażenie, że bez mojego podparcia na pewno się zawali.

Nie umiem też patrzeć w oczy rozmówcy, który jednak oczywiście przyjdzie i uparcie mnie pod tą ścianą zagada.  Czuje się wtedy jakbym z osiedlowego sklepu ukradła śmiejżujkę i właśnie mnie złapano. Rosnąca panika zamienia się w przesadną otwartość i durne żarty. 

Z zazdrością patrzę na otaczające mnie lwy salonowe i podśpiewuje sobie pod nosem piosenkę przewodnią

I wish I was special.
But I am a creep, I am a weirdo
What the hell am I doing here?!
I don’t belong here.





piątek, 14 listopada 2014

piątek


Dzień zaczął się jakby zwyczajnie. Wstałam rano, umyłam się, ubrałam i wyszłam na przystanek – pilnując przy tym, by zupa dyniowa nie wylała się ze słoika prosto do mojej torebki. Jak zwykle pośmiałam się z ludzi i z ludźmi w pracy. Taka przecież jestem śmieszka.

Wysłuchałam kilku teorii na swój temat i poszłam spokojnie do biurka.

Następnie się popłakałam.

I niczym Truman Copote w „Z zimną krwią” siedzę pochylona nad sobą i metodą introspekcji tworzę studium zbrodni.

E jest ekstra(wertyczna)

E jest sarkastyczna

E nie zna granic

E jest zimną suką

E nie chce mieć dzieci

E jest..

Gówno wiecie wszyscy.












czwartek, 13 listopada 2014

czwartek, 13-tego

Kupiłam Tytusowi obrożę z feromonami za 56 złotych. Wcisnęłam mu też do pyska strzykawkę z syropem przeciwbólowym. Po raz pierwszy od miesiąca nie boję się iść spać.

Magda Gessler uczy ludzi jak prowadzić restaurację, jest to jednak jedynie przykrywka dla wielopoziomowej terapii psychologicznej. Magda uczy, Magda bawi, Magda łączy rodziny.
W Biedronce tymczasem mamy już jajka z wolnego wybiegu oraz tydzień włoski. MariPaz ostrzega, że wkrótce pójdziemy tam na wernisaż. 

Mam na ręcach odciski, co na długo wyklucza rajstopy o denimie mniejszym niż 20. Podciągam się na drążku trzy razy i w zasadzie jestem szczęśliwym człowiekiem.

Jest między nami tyle podobieństw, że czasami wydaje mi się, że naprawdę mam brata. 

Ale tak poza tym, ciągle czuje że jestem lekko złym człowiekiem.

piątek, 17 października 2014

sorry, taką mamy cywilizację

Media od kilku dni żyją głównie śmiercią Ani Przybylskiej. Wszyscy przeżywają fakt, że tak młoda osoba zwyczajnie umarła (uparcie nie napiszę, że „przegrała walkę z rakiem”, bo w gruncie rzeczy jest to idiotyczne zdanie). Zewsząd otacza mnie zbiorowa histeria, przekładająca się na tłumy Polaków w gabinetach lekarskich, którzy udadzą się tam z prośbą o diagnostykę, markery nowotworowe, tomografię i rezonans magnetyczny (czego ci o mniej wypchanym portfelu oczywiście nie otrzymają).

Nie jestem lepsza, gdyż od Przybylskiej sama zaczynam ten wpis. Też szeruje treść, czyli niosę temat dalej (chociaż, z drugiej strony pochlebiam sobie tym zdaniem, skoro czytelników tego bloga jest naprawdę niewiele).

Przyznaje z ręką na sercu, że kiedy o tym usłyszałam,  nie byłam w stanie przejść nad tym obojętnie. I to wcale nie ze względu na towarzyszące mi od kilku lat przerażenie związane z tym czymś, czego imienia się nie wymienia – RAKIEM.

Rak trzustki jest przebiegłym potworem, którego zdążyłam trochę poznać. W ciągu niespełna 3 miesięcy zabił mojego ojca i na spółkę z polską służbą zdrowia odarł go z godności i prawa do życia bez bólu.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, że ktoś z najbliższych mi osób mógłby znowu umrzeć, ba – nie jestem w stanie dopuścić do świadomości że mój kot ma 13 lat i kiedyś może go przecież zabraknąć!

I prawda jest taka, że jedynie na krótkie momenty przypominamy sobie, jak bardzo bliskie są nam osoby wokół nas i jak bardzo ważne jest by korzystać z carpe diem jak najpełniej ( tak wiem – jest to straszny banał).

Bardzo kocham moją rodzinę i moich przyjaciół. Kocham też życie (choć czasem nie jest między nami do końca różowo)

Kiedy zobaczyłam mojego 60-letniego ojczyma, który prawie popłakał się na materiale telewizyjnym o policyjnym psie, którego nikt nie chciał po wieloletniej służbie przygarnąć, autentycznie wzruszyłam się i uświadomiłam sobie jest bardzo jest mi bliski. Człowiek ten od kilku lat niejako zastępuje mi ojca.

Kiedy zobaczyłam w tym roku, jak bardzo moja własna matka zmieniła się pod wpływem wyciszenia, zmiany otoczenia, zakończenia pracy ( i właściwie dobranych leków  ;-))  poczułam,  że naprawdę bardzo ją kocham i żałuję, że przez tyle lat życie wyciągało z niej to co najgorsze, a ukrywało fajną, czułą i kochającą matkę, którą potrafi być teraz.

Kiedy patrzę na MariPaz, to mimo iż potrafi doprowadzić mnie do szału, bywa nieogarnięta i walczy z nałogami, nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek i jakkolwiek mogłaby jej się stać jakaś krzywda. Chcę ją chronić, bronić i sprawiać by nigdy nie dopadało jej zło tego świata.  Zwyczajnie bym tego nie zniosła.

W takie dni, kiedy ktoś lub coś przypomina ci o śmierci, zupełnie inaczej patrzysz na swoje problemy. Kolejny dzień w fabryce nie jest już taki irytujący,  nie czujesz potrzeby odmawiania sobie kolejnego paska czekolady i wysiadasz dwa przystanki wcześniej, by przejść się w ostatnim jesiennym słońcu. Wszystkie te codzienne, zupełnie powtarzalne czynności zyskują nagle na znaczeniu.

Nie jestem pewnie w stanie za wiele zrobić by żyć długo. Ilości chemii, które pochłaniamy w dzisiejszych czasach są nieporównywalnie większe iż 20, 30 czy 40 lat temu. Syrop glukozowo – fruktozowy w każdym serku, makaron z semoliny, glutaminiany sodu i inne ulepszacze, świeże warzywa i owoce pokryte cienką warstwą pestycydów. Oto oferta cywilizacyjnego postępu, który powoli, acz skutecznie nas zabija.

Chciałabym jednak każdy kolejny dzień wykorzystać jak najlepiej. Jestem w stanie żyć szczęśliwie, zapominając o pierdołach, które nie powinny mieć wpływu na moje nastroje, jeśliby tylko spojrzeć na wszystko z perspektywy szerszego obrazka. Chciałabym przestać odtwarzać codziennie rano sceny pod prysznicem, kiedy to na jednym z bezproduktywnych spotkań wstaję i mówię  co naprawdę myślę (w mało wybrednych słowach). Chciałabym teraz to mi to Lotto.

Jadąc do pracy autobusem linii 154 spotkałam moją ciocię. Okazało się, że wycięty kilkanaście dni temu guz był złośliwy. I mimo że staram się myśleć pozytywnie, to w tym jednym jedynym temacie tak dobrze wiem czym to pachnie, że nie potrafię. Kiedy patrzysz w oczy osoby, która szuka nadziei, chcesz jej ofiarować całą nadzieję świata i ciut więcej. Tymczasem na pierwszy plan wysuwa się wielki lęk przed tym gnojem i chęć ucieczki jak najdalej przed siebie.

Wracając do domu kupię różne przekąseczki. Przytulę Pazia. Chwile później uwali się na nas Tytus i będzie mruczał (przecież wiem, że tylko na to czeka).  I głęboko gdzieś będę miała wszystkie królowe zniszczenia otaczające mnie w godzinach 9-17-ta. Nie będą na mnie mieli wpływu wszyscy Dementorzy świata i ci, którzy myślą że pieniądze dają im władze nad życiem innych ludzi.

czwartek, 28 sierpnia 2014

boję się ogórków gruntowych

I wracamy znowu do najlepszego okresu mojego życia, czyli wesołej trzydziechy.

Wesoła trzydziecha objawia się skurczami w pachwinie, które skutecznie uniemożliwiły mi powstanie zza biurka. Zabawna trzydziecha to taka, kiedy przez 4 tygodnie chodzisz po lekarzach różnej maści i nie możesz uzyskać prostej informacji – dla-cze-go cię bo-li!

Z radości owej zastanawiasz się już całkowicie na poważnie nad wizytą u weterynarza…

W tle tej historii jest jak zawsze amerykański wokalista, który śpiewa sobie radosnym głosem 30-latka „Everything what kills me, makes me feel alive

Nie zesraj się.

Nic to, postanowiłam użalać się nad sobą jedynie w pierwszych akapitach tego wpisu.  Dalej będę zarażać optymizmem.

Optymizm przyjął w tym miesiącu postać ogórków gruntowych, kilo dwadzieścia!
UWAGA! Nie 1,20 kg, tylko 20kg (słownie: dwadzieścia kilogramów)
Optymizm przejawił się w idei, iż słoików wystarczy dwadzieścia, a osób dwie. Optymizm przepoczwarzył się w huraoptymizm wtedy, gdy uznałam, że kolejne 20 słoików starczy i do wieczora się „uwiniemy”. Skończyło się na 50 słoikach, 2 wizytach w kerfurze po nie, 3 dniach pracy i psychopatycznym lękiem przed ogórkiem gruntowym.

Wszystko to uświadomiło mi jednak, że jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Kupując od pierwszej z brzegu babci chrzan i czosnek do zaprawy, zrozumiałam że wręczone owej 12,5 zł chyba dużo dla niej znaczy, podczas gdy ja wydaje tyle na piwo w knajpie. Obserwując zgromadzonych wokół Hali Banacha różnej maści ludzi, dotarło do mnie, że jest cała masa spraw, o które nie muszę się martwić.

I tak jak Amerykanie vs Afryka


Tak i ja, w kontekście zwyczajnego życia, często zapominam o proporcjach i zwykłej przyzwoitości w konsumpcji  dóbr.

Jechałam dzisiaj autobusem, notowałam w notesiku wszystkie rzeczy „to do” i „must be”, kiedy moje zajęte zupełnie niczym ucho, dosłyszało przedziwną dyskusję toczącą się tuż przede mną. Długo nie mogłam wyłapać jej sensu, lecz gdy dotarło do mnie, o co tak naprawdę kaman – zatkało kakao..

Otóż wyobraźcie sobie, iż Stara Baba Z Kulą i wtórująca jej Ruska Torba zaczęły głośno komentować pewną Bogu ducha winną panią, że ma na sobie spódnice i nie założyła nogi na nogę, tylko siedzi normalnie i zdaniem owych pań „gorszy innych” tudzież okazuje kompletny brak kultury!

I jęły się owe baby przekrzykiwać skandalami, chamstwem i szkorbutem, jedna przez drugą gratulując sobie między wierszami moralnej wzniosłości. Obserwując z rosnącym zdziwieniem zaistniałą sytuację, rzuciłam szybko okiem na obiekt zgorszenia. Ku mej rozpaczy nic widać nie było (przynajmniej na moim poziomie wzroku).
Zwróciwszy delikatnie uwagę paniom, iż skoro tak je ten widok razi, to po co nieustannie wgapiają się w uda pani w spódnicy i że chyba rosnąca fascynacja gołą nogą spać im po nocach nie daje.

Brak kultury wrócił do mnie niczym bumerang! Tadam!

Co się wtrąca?! Kto ją pytał? Brak kultury! Ach ta młodzież.

Postanowiłam przyjąć na powrót taktykę spódniczanej degeneratki i przestałam po prostu reagować na pobieżne oceny mojej skromnej osoby, czując jednakowoż jakiś  taki wewnętrzny żal nad Polakiem Cebulakiem i nad tym, że podobnie jak w opisywanej wyżej bazarkowej sytuacji, zbyt często zapominam, że ja i wy nie jesteśmy średnią społeczną i może nie do końca wiemy jak wygląda pewna smutna rzeczywistość wokół nas. Na co dzień jebiemnieto, że płaca minimalna w tym kraju to 1680 zł brutto, a zaściankowość i próba mówienia innym jak żyć mają (pod osłoną chrześcijańskiego miłosierdzia) mają się świetnie.

Kiedy ogarnia mnie smutek na to wszystko, przypominam sobie jednak, że powinnam się cieszyć z tego co mam (i cieszę się!), bo tak naprawdę nie muszę się martwić czy starczy mi do pierwszego, a jeśli mam ochotę mogę zjeść obiad w knajpie i pójść na piwo ze znajomymi. A przede wszystkim mam coś, czego większości ludzi brakuje najbardziej – swoistą wolność. Wolność do zmiany poglądu na dany temat (a tego już Polak beton nigdy się nie nauczy), wolność do spakowania walizki i wyjazdu gdziekolwiek chce (no, może poza Szwecją, która wydaje się być niebotycznie droga), i przede wszystkim wolność do podejmowania swoich decyzji, bez konieczności konsultowania ich z osobami, którym jestem coś winna. I może dlatego całe życie bardzo uważam na to, by długów u kogoś nie posiadać – czy to pieniężnych, czy to wdzięczności.

środa, 16 lipca 2014

cudowne lata, to taki serial

Ktoś powiedział mi kiedyś, że palę za sobą wszystkie mosty. Stwierdzenie to padło co prawda ze strony osoby, która zna mnie tak dobrze, jak ja znam Jarosława Kuźniara – ot, widzę go co rano w TVN24, słucham jednym uchem pijąc kawę i głaszcząc Tytusa. Niemniej jednak, wraca to do mnie czasami, kiedy to zastanawiam się jak bardzo zero jedynkowe są czasami moje reakcje.

Ostatnie kilka dni dały mi trochę do myślenia. Kumulacja zdarzeń, wypadków i emocji, uświadomiły mi, że świat wcale nie oczekuje od ciebie tego, abyś był szczery. Świat oczekuje od ciebie barkowych konceptów, drogi naokoło albo milczenia.

Zawsze miałam spory problem z mówieniem wprost. A już największy w tym, aby robić to co chce i kiedy chce. Nie wiem czy to kwestia wychowania, ale mówienie „nie”, nie należy do moich najmocniejszych stron. Robię to, co wypada zrobić i to, czego się ode mnie wymaga.

No, może poza składaniem urodzinowych życzeń na fejsie, bo wtedy seriously, I don’t give a fuck.

Czasem wydaje mi się, że jestem jak chodząca bomba zegarowa, która wybucha w najmniej spodziewanym momencie. Jestem też chodzącą pewnością siebie, która chwilę później potyka się o własną tarczę i wypierdala na samo dno poczucia winy i braku pewności.

ja składam się z części niespójnych, przeczących sobie nawzajem
Jedna mówi chce stąd wyjść druga mówi ja zostaje 
Wiem że to jest męczące nie tylko dla mnie lecz dla tych, którzy ze mną przebywają

Zauważyłam też, że mam duży problem z patrzeniem ludziom w oczy. Kiedy ktoś próbuje złapać mój wzrok na dłużej niż mgnienie, najczęściej nie wytrzymuje spojrzenia. I feel so raped. Być może, wbrew temu co gada Jaczesko – nie mam azjatyckich genów, tylko lata ewolucji wykształciły we mnie zdolność do chowania oczu, poprzez przystosowawcze wytworzenie mongolskiej fałdy, dzięki której moje oczy mogą pozostać szeroko zamknięte.

To są podobno moje najlepsze lata. Widełki 30-40, to prawdopodobnie kwiecie życia. Zaczynam dzisiaj rozumiem swoją babcie, która opowiadając mi kiedyś syberyjskie historie rodu, zatrzymała się na chwilę i westchnąwszy powiedziała: „w pewnym momencie, to wszystko tak jakoś wystrzeliło i nim się obejrzałam jestem tu gdzie jestem teraz”.

Mam 30 lat i nadal mam w sobie tego samego dzieciaka co zawsze. Czynie durne żarty, gram w gry planszowe, skaczę w kałuże i nie nabieram respektu. Mam w sobie też część –nazwijmy ją mr Hyde’em, która jest śmiertelnie odpowiedzialna – myśli o bezpieczeństwie, planuje, rozważa i dba o porządek. Nie jest ona jednak, wbrew wszelkim pozorom dominująca.

Gdyby można było zakrzywiać czasoprzestrzeń, bardzo bym chciała poznać swoich rodziców. Chciałabym poznać ich jako ludzi, a nie jako wtłoczone w rolę postacie, które odegrały swoją rolę (w mniejszym lub większym stopniu/ lepiej lub gorzej) i powoli odsuwają się w cień (lub tak jak ojciec – całkowicie zeszły ze sceny). To trochę tak, jak w Powrocie do przyszłości, kiedy Marty poznaje swoją młodziutką matkę, (która się w nim zresztą zadurza) oraz całkowicie odbiegającego od tego co zna na co dzień ojca.

Kiedy chodziłam jeszcze do liceum, a nawet na studiach – marzyłam o tym momencie, kiedy jedynym moim obowiązkiem będzie po prostu praca. Marzyłam o dorosłości, w której nie będę musiała się już uczyć, pisać wypracowań – więc cały czas po 17tej będzie mój. Zresztą to samo usłyszałam ostatnio od Domicza – że mam dobrze, bo nie muszę się uczyć i mam tyle wolnego czasu.

Prawda jest taka, że na nic nie mam kurważ czasu, a listy rzeczy do załatwienia mogę aktualnie notować na rolkach papieru toaletowego. Ciągle w biegu – gdzieś, coś, szybko. Najbardziej widoczne było to podczas spożywania pizzy, którą zamówiłam w przerwie malowania przedpokoju – rzuciłam się na nią jak Reksio na szynkę – i wcale nie dlatego, że byłam taka głodna, tylko po to, by mieć to jak najszybciej za sobą i przejść do kolejnej zaplanowanej czynności. Taka sytuacja.

Nie wiem, może tak naprawdę się usprawiedliwiam, a wszystko jest kwestią priorytetów, które sobie nadaje. Bo przecież kosz na pranie nigdy nie będzie pusty, lodówka za to nigdy nie będzie pełna – prawda? A przypomnę – to najlepsze lata mojego życia, yolo.

Tytusowi z kolei odwala, cały czas próbuje strzelić ciepłym moczem poza kuwetę – w czym mu usilnie przeszkadzam zasadzając się na niego po kątach i pilnując porządku. Czeka nas wyprawa do weta, poprzedzona polowaniem z chochelką na pobranie materiału badawczego. A wszystko to na półmetku zawieszania kociej siatki dla małych futrzastych samobójców, która ma mu umożliwić bezstresowe (dla mnie) wylegiwanie się na balkonie i gruchanie z ptaszkami (albo ptaszki).

Ech, chyba dopiero dzisiaj zdałam sobie tak naprawdę sprawę, że Tytus ma już 13 lat i nie młodnieje (co najwyżej – lnieje) i ta perspektywa jest dla mnie wielce dołująca. Tak jak pewna Pani, którą spotkałam na przejściu dla pieszych na Rakowcu, a która zwróciła moją uwagę tym, że lata świetności miała już dawno za sobą.