Na Szczęśliwickiej słychać sąsiadów "Fińczyków", gdy kąpią się w łazience. Natomiast gdy pod kamienicę podjeżdża autobus, w uszach drga mi cała gama odgłosów silnika. Wcale mi to jednak nie przeszkadza - bo mimo obecności osiedlowych wariatek - wózkarek, atmosfera jest tu niesamowita. Nawet Tytus zdążył już pokochać swoje nowe miejsca.
Miałam ostatnio dużo przemyśleń na tematy wszelakie i byłam pewna, że pisanie o tym przyjdzie mi łatwo. Ale coraz trudniej mi dobrać odpowiednie słowa i zachować chronologię zdarzeń. Moja nad wyraz ekshibicjonistyczna natura jakby zbledła i nie ma już większej ochoty na regularne opisywanie stanów emocjonalnych jamniczka.
Mam zresztą trochę dosyć tego wszechobecnego przeżywania i statusowania. Dzięki terapii trochę zobojętniałam na dramat i emocjonalne szantaże.
Swoje intelektualne zajęcia odłożyłam trochę na bok i szlifuje powoli mebelki, maluje ściany, meble skręcam. I wbrew pozorom daje mi to nie tylko stałą dostawę zakwasów, ale też i całkiem dużo frajdy. Przez chwilę miałam nawet poczucie winy, że tak bardzo oddaliłam się od "kultury wysokiej". Ale podobnie jak Masłowska - mam ostatnio alergię na wszystko to co trzeba przeczytać, obejrzeć czy posłuchać. Być może to taki moment życia. Taka faza, że nie "chadzam" i nie "bywam".
Odstawiłam na jakiś czas pisanie i robienie zdjęć. Piekę natomiast chleb na zakwasie i eksperymentuje w kuchni. A kiedy nie wykonuje tych wszystkich czynności zrównujących mnie w zasadzie z kurą domową - zamieniam się w Boba Budowniczego i godzinami mogłabym chodzić po Castoramie czy Leroy Meriln.
Idąc dzisiaj do roboty, zobaczyłam pięknie usianą jesiennymi liśćmi drogę, którą zazwyczaj zmierzam do swojej szklanej puszki. Niezwłocznie zrobiłam więc zdjęcie i nim się obejrzałam - próbowałam wrzucić je na fejsbuczka. Problemy z zasięgiem sprawiły, że zamiast cieszyć się tym pięknym widokiem, zdążyłam przez ową alejkę przejść - tak bardzo "wciągnęło mnie" postowanie. Zdałam sobie sprawę z tego, że mimo iż nie jestem jakimś super aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych - poranek zaczynam od czytania tego co inni piszą na swoich ścianach. Dzień kończę mniej więcej tak samo - z tą różnicą, że czasem po zaktualizowaniu "newsów" poczytam jeszcze książkę.
Kiedyś musiałam w tym celu włączyć komputer - dzisiaj wystarczy mi już sam telefon, więc nawet lenistwo nie jest w stanie uchronić mnie przed tym płytkim "let's stay in touch". Smutna to jest konkluzja, tym bardziej że większość tego co czytam, niespecjalnie poszerza moje horyzonty (nie Moniczka - to nie o Twoje wpisy chodzi).
Gdzieś w tym wszystkim faktycznie gubimy siebie, a zaczynamy karmić się news-feedem innych ludzi (nieprzypadkowo zbieżność). Złoszcząc się na kogoś myślimy "wywalę go z fejsa!". Żegnając się mówimy "napiszę ci na fejsie", a kiedy przyjaciółka zbyt długo się nie odzywa - fejsbuczkowy czat daje nam znać, że jest i że żyję. Dwa, czy trzy wklepane na klawiaturze zdania i można odetchnąć z ulgą.
O tym co myśli większość moich znajomych także dowiaduje się z fejsa. Wiem kto cierpi po rozstaniu, komu urodziła się córka (i tam też gratulację składam), a kto zjadł właśnie makaron z tuńczykiem. Na fejsie widzę też, że Agnieszka po raz kolejny przebiegła 10 km używając endomond sports tracker i że jeśli nie wezmę się za siebie, to będzie miała lepszy czas ode mnie.
A tak na dłuższą metę zastanawia mnie jedno. Ile osób złoży mi życzenia, kiedy na fejsbuku uczynię datę urodzin niewidoczną? A ilu osobom ja złożę życzenia? No więc właśnie.
Ewelino, mam nie cierpiące zwłoki pytanie: czy mili dla oka są ci Fińczycy? ;)
OdpowiedzUsuńKasieńka - obawiam się że nie..to małżeństwo mieszkające z babcią. I ten Fin wygląda mi na zboczeńca!
OdpowiedzUsuń