wtorek, 7 stycznia 2014

objects in the mirror might be more fucked up than they appear

Kolejna niezbyt przespana noc – pomyślałam przed powrotem do pracy po świętach. Noc podczas której bez zmrużenia oka rozszarpałabym swojego kota, gdyż każde liźnięcie czy zamruczenie futerka doprowadza w takich momentach do furii.

#mlask #mrumru #miau (po raz pierwszy hasztaguje!!)

Czytając fejsbukowe statusy wiem jednak, że nie jestem odosobniona. Wszyscy cierpimy chyba na syndrom pełni księżyca, co utożsamiam jednak z syndromem poświątecznego odstawienia alkoholu.

Nie wszyscy ten alkohol odstawić potrafią – jesteśmy wszak narodem alkoholików, o czym przypomni wkrótce Smarzowski (bardzom tego ciekawa), a tymczasem przypomina promocja noworoczna państwa polskiego, w której mogłabym  wsiąść za kierownicę samochodu i zabić po pijaku 6 osób  w cenie jedynych  15 lat pudła. Maksymalnie. Wychodzi 2,5 roku za osobę. W czasie takiej wyprzedaży nieco ostrożniej wypada się chyba poruszać po wymarłych na święta ulicach Warszawy.

I choose to listen to my inner voice not the random opinion of others – patrzę na stojącą na biurku kartkę, którą otrzymałam wraz z gwiazdkowym prezentem i myślę sobie sralalala. Mam wrażenie, że tak naprawdę i ja i Wy nie wnikamy za bardzo w siebie i otaczającą nas rzeczywistość.  Zadowalamy się pozorami, patrzeniem na żony ze Stepford, status quo i poczuciem, że wszystko jest takie jak być powinno. Taka refleksja na okoliczność wydarzeń minionych 3 miesięcy, kiedy to poczułam się niczym aspergerowiec, który nie rozpoznaje ludzkich emocji i trzeba mu  to wszystko rozrysować na kartce.

Poproszę o kartkę: objects in the mirror might be more fucked up than they appear. Bo nic nagle nie jest tym czym się wydawało.  Pod maską uśmiechu, pod przyjaznym dźwiękiem i pod ogólnie pozorem - kryje się długa lista niewypowiedzianej pretensji i  emocji nie do ogarnięcia.

Dzięki temu zdałam sobie sprawę, że zdecydowanie za mało uwagi poświęcam analizie otoczenia, a za dużo przyjmuję bez refleksji i w oparciu o moje ulubione heurystyki. Zresztą, większość z nas tak robi. Dlatego pewnie słychać potem w wiadomościach: „to była normalna rodzina, nic nie zwiastowało tej makabrycznej zbrodni! I może sobie Natalia Lesz już tylko fantazjować o mocy swojego uścisku.  

Zakotwiczanie się ma jednak swoje plusy. Dzięki niemu jestem przecież tą wiecznie żartującą dziewczynką, która ubiera się jak hipster. Świetnie sobie ze wszystkim radzę i w zasadzie nie mam problemów.

I nikt nawet nie podejrzewa, że prawda jest nico inna. Nikt też nie wie (no, poza tymi którzy czytają moją prozę konfesyjną), że leżąc w łóżku potrafię ułożyć szesnaście scenariuszy tego co stanie się w określonej sytuacji, przy wyborze określonych ścieżek. Przewiduje ludzkie reakcje na to co robię i osobiście wystawiam sobie ocenę z zachowania danego dnia (mostly, negatywną). Uprawiając dialog we własnej głowie, nie muszę go odbywać w realnym świecie.  

Moje „zajęcia dodatkowe” niestety nie rozwiązują za mnie tego i innych problemów. Sprawiają natomiast, że przynajmniej podejmuje trud (tak jak dzisiaj) zastanawiania się na tym, że:

a) może mam z czymś problem
b) z on z czegoś chyba wynika
c) chyba trzeba go rozwiązać

I tak oto, na tapetę trafiła kwestia mojego psychopatycznego wręcz lęku przed tym, że Tytus kot ucieknie przez niezamknięte drzwi wejściowe lub spadnie z balkonu, jeśli ktokolwiek zostawi drzwi choć na chwilę uchylone.  Łażę więc za wszystkimi domownikami i sprawdzam, czy na pewno te drzwi zamknęli i czy na pewno nie zapomną ich zamknąć, kiedy mnie nie będzie. Zawsze pilnuje zamykania drzwi, wyłączam listwy kontaktowe oraz oglądam kuchenkę gazową. Droga Filipinko, przyjaciółko ma najlepsza, pomóż! Co jest ze mną nie tak?

Na kwestię kota znalazłam już odpowiedź: na moich oczach spadł z parapetu kot mojej koleżanki, która ledwo co wprowadziła się do mojego mieszkania. Pacjent nie przeżył. I chociaż wiem, że przecież niecelowo – poczułam bardzo wyraźnie emocjonalny przekaz: WINNA.  Od tej pory robię wszystko, by nigdy więcej nie czuć się tak okropnie jak wtedy. Dodając do tego moją wielką miłość do tego grubasa – mamy receptę na paranoję.

Skąd jednak mania zamykania drzwi, sprawdzania kontaktów, prostownicy (czy na pewno nie zaprószy ona ognia poprzez łazienkowy chodniczek, kiedy podczas mojej nieobecności nagrzana spadnie z szafki?!), kuchenki gazowej etc? Do tego jakoś dojść nie mogę. Tym bardziej, że nikt nigdy mnie nie okradł, nigdy nic się nie spaliło , a dwutlenek węgla nigdy nawet nie próbował zaszkodzić mojej rodzinie. Czy jest na to jakieś logiczne wyjaśnienie? Bo ja go nie znajduje. 

3 komentarze:

  1. Każdy desperacko szuka i potrzebuje poczucia kontroli, że ma na wszystko/większość w ogóle jakiś wpływ. I kiedy czujesz, że świat jednak wypada Ci z rąk- dzieje się tragedia. A potem lądujesz jak Adaś Miauczyński w "Dniu Świra" i liczysz okrążenia łyżeczki w herbacie, 1,2,3,4,5,6,7. Moja rada: Pan Tyler Durden i "Stop trying to control everything and just let go".

    OdpowiedzUsuń