sobota, 28 listopada 2015

Tylko koty przetrwają nadchodzącą apokalipsę.

Dziewczęta "mojego pokroju" nie mają nigdy chusteczek do nosa. Widać to szczególnie zimą, kiedy to statystyczne 10% społeczeństwa smarka smętnie w rękaw podczas podróży autobusem. Taka tam kolejna obserwacja z transportu miejskiego.

Kiedyś słyszałam, że robią to całkowicie celowo, wszak idealnym motywem na podryw jest słynne „cześć, masz chusteczkę?”, które to uruchamia lawinę pasji, namiętności i uczuć longlasting.

Wczoraj zadzwoniła do mnie moja matka (w zasadzie to zadzwoniła kilka dni temu, ale ja oczywiście nie miałam czasu oddzwonić), okazało się że kliknęła coś w telefonie, zawirusowała wszystko i jeszcze pobrało jej opłatę za sms premium w kwocie 6,43. 

Po kolei przeszłam z nią proces formatowania telefonu, a następnie blokowania usług ponad normatywnych. Taka w sumie kontrola rodzicielska, ale świadczona  w odwrotną stronę. Jak bardzo uderzyło mnie wtedy to, że rzeczy proste i oczywiste dla mnie, jak czyszczenie cookisów, formatowanie dysku, czy przenoszenie danych z telefonu na kartę SIM, są dla moich rodziców nieosiągalne. Różnica pokoleniowa, której się trochę boję.

Co, jeśli za 20 lat ktoś będzie pokazywał mi jak włączyć i wyłączyć domowego androida? Co jeśli nie będę wiedziała gdzie kupuje się bilet na tunel czasoprzestrzenny? Jedyna nadzieja w tym, że ten świat wcale nie przetrwa tak długo, by zdążyć mnie upokorzyć nieporadnością w obsłudze urządzeń 6-tej generacji, albo zwyczajnym grzebaniem w śmietniku za butelkami po piwie.

Podobno grozi nam wszystkim piękna katastrofa. Grożący Ziemi raz na 150 lat impuls elektromagnetyczny wprost ze słońca, jest w stanie zresetować naszą cywilizację (ostatni rozbłysk miał miejsce w 1859 roku). Wyobraźmy sobie nasze przebudzenie w świecie, w którym nie ma prądu, a co za tym idzie...nie ma Facebooka, smartfonów i komputerów (i już w tym momencie 80% grupy wiekowej 15-30 umiera w konwulsjach).

Bloga pisałabym w notesie, a lajki musiałabym zbierać osobiście - długopisem. Kuchenne rewolucje Magdy Gessler, zastąpione zostałyby przez "Kuchnię w czasach apokalipsy" - czyli puszka tuńczyka na 3000 sposobów. A święto lasu - czyli brak wieczornej kąpieli, stałoby się świętem permanentnym (yay!). 

Na szczęście zostałyby nam książki. Już bez towarzystwa kieliszka czerwonego wina i płyty CD odtwarzanej w tle.

Pytanie, czy my zostalibyśmy ludźmi? W to niestety szczerze wątpię - czego dowodem jest nasza wczorajsza dyskusja preepersowa. Przygotowując się na koniec świata, nie wyobrażam go sobie absolutnie w stylistyce Larsa von Tiera, czyli pięknym. Najbliższa mi jest stylistyka 30 dni potem. Każdy z nas jest nosicielem wirusa, który może uaktywnić się w chwili, kiedy wszystko to, co do tej pory znaliśmy ulegnie zniszczeniu. 

I tak jak wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tak i koniec świata nie ma w sobie nic pięknego. A powód ku temu jest bardzo prosty. Pędzący rozwój cywilizacji może i zrobił ze świata globalną wioskę. Rozwój infrastruktury i cyfryzacja doprowadziła do tego, że kontakt z kimkolwiek z drugiego końca świata, jest możliwy na jedno wciśnięcie guzika. Facebook, ogłosił swój reason to believe - "to make world open and more connected". 

Tymczasem, chyba nigdy w historii cywilizacji nie byliśmy sobie tak odlegli jak dzisiaj. Internetowe rozmowy o pierdołach, wyparły rzadsze, acz bardziej szczere interakcję. Zalew internetowej głupoty, pozbawia nas wrażliwości na to wszystko co piękne wokół. Zamiast być i czuć, fotografujemy rzeczywistość małymi kamerami naszych smartfonów, przegapiając tak naprawdę wszystko to co ma zapach i strukturę. Oglądając kolejne wydanie wiadomości na TVN24, bezradnie wzruszamy ramionami nad tym wszystkim, co przecież nas nie dotyczy. A pokonując codzienną drogę do pracy, nie dostrzegamy już widoku innego, niż ten na przesuwanym za pomocą naszego kciuka ekranie. 

Odłączeni od prądu, będziemy się musieli nauczyć siebie od nowa.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz