sobota, 20 sierpnia 2011
piątek, 19 sierpnia 2011
pozowane
Czasami musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Albo nawet nie tyle „musimy”, co po prostu udajemy.
Ale co wtedy, kiedy wymagają od nas, abyśmy wcielili się w rolę samych siebie?. I tak oto, lew pozuje na lwa, a żyrafa na żyrafę. Trochę to smutne. Trochę.
Ale co wtedy, kiedy wymagają od nas, abyśmy wcielili się w rolę samych siebie?. I tak oto, lew pozuje na lwa, a żyrafa na żyrafę. Trochę to smutne. Trochę.
Pięknie umieraliśmy – gratulujemy sobie życia- napisała Gretkowska w jednej ze swoich książek, opisując katastrofę samolotu, do której jednakowoż w końcu nie doszło. I tak sobie myślę, że gdybym teraz wsiadła w samolot i gdyby przydarzyło mi się to samo, pomyślałabym, że żałuje tych wszystkich chwil, kiedy pozowałam na siebie, zamiast po prostu być. Nie należy udowadniać, że jest się kimś. Wystarczy być. Podobno.
:)
Ten list wcale nie był do Pana!
Jak to nie do mnie?! Wyraźnie do mnie: "Miły Panie.."
O właśnie! Pan wcale nie jest miły!
środa, 17 sierpnia 2011
rożek, czy reszka?
Jak widać, jestem strasznie sentymentalna. Słucham tego kawałka z typową dla siebie emfazą :) W naszej dorodnej grupce: nimfomanka (przyjdziecie razem, czy dojdzie sama?), niestabilna psychicznie ekolożka (ahoj studnie w Sudanie! :)) i arcymenel (pijemy, kurwa!), jestem i ja sentymentalna dziwka (Ajłanaholdjorhend).
Kiedy Tix zajęta była dobieraniem się po kolei do wszystkich sprzętów kuchennych oraz kota, którego roboczo nazwę „Puchatkiem”….
..ja i moje ręce zajęci byliśmy zastępowaniem miksera, nowym urządzeniem wielozadaniowym o wszystko mówiącej nazwie „Knixer”. A wszystko to było mniej więcej tak:
Spotkanie miało odbyć się punktualnie o 21.06. Miałyśmy bowiem piec ciasteczka. Wszyscy przyszli o 20, oprócz Miksa, który był na czas. W pośpiechu jednak zapomniał zabrać z domu miksera. Ku swej rozpaczy, instrukcja pieczenia ciasteczek brzmiała następująco: „blablablablabla….ubić na puszystą masę”.
Puszystą, kurwa, masę! – wykrzyknęła Miks z rozpaczą w głosie. W kuchni zapadła cisza jak makiem zasiał (takie zawieszenie jak w modzie na sukces, kiedy Bruk przynaje Ridżowi, że ich córka, jest synem jego brata, z romansu z jej siostrą bliźniaczką, która nieskutecznie spłonęła w katastrofie lotniczej, pod kołami samochodu jej szalonej matki, która to zresztą okazała się być zaginionym w pożarze basenu wujkiem Stiwenem).
Na szczęście nie boje się ubrudzić swoich rączek, tak więc ochoczo zabrałam się za miksowanie masy ciastkowej własnymi ręcami. Pix jak zwykle zadbała o odpowiednią oprawę muzyczną (Nas nie dogoniat), jako i również trzymała miskę, w której zawzięcie machałam rękoma, łyżkami, nożem, kotem, a także szufelką od kuwety dla wzmocnienia efektu (ma bowiem areo.. aoro, aeo, kur… aerodynamiczny (uff!) kształt)
Podczas kuchennych rewolucji doszłyśmy do wniosku, iż każda z nas powinna posiadać swoje alter ego, które od tej pory pokazywać będzie światu/gościom/rodzinie i inspekcji podatkowej.
Tix, w związku ze związkiem, otrzymała więc status nimfomanki, czyli niewiele się zmieniło. Pix zdecydowała się na stukniętą misjonarkę, której największym stresem są: studnie w Sudanie, głodne dzieci i wycinka drzew w Amazonii. Jako, że powyższa cierpi na alergię na futro zwierzęce, uznałyśmy pomysł pocierania się kotem po twarzy, za tani, skuteczny i niezawodny w materii wywołania efektu łez. Miks, jednogłośnie okrzyknięty został menelem z zespołem Tourrette’a, który dla niepoznaki będzie od tej pory chodzić w krynolinach i opowiadać o swojej babci Wiktorii, herbu trzaska.
Najedzone ciastkami, napite płynem do naczyń ( popularnie zwanym desperado) ( oraz! Ja nie, bo ja prowadzę) uznałyśmy, iż pora, aby o naszym życiu zadecydowała mo-neta ( Tymbarka nie było akurat pod ręką).
Rożek, czy reszka? – wykrzyknęła przejęta Tix. Niektórym się poszczęści, innym nie. Tak oto zadecydowały dwa złote ( właśnie! Gdzie są moje dwa złote?!)
wtorek, 16 sierpnia 2011
Podobno ludzie mają pseudonimy po to, aby rozłożyć na nie swój nadmiar bycia. Mam ich wiele – od Knixa, po Mrocznego Bałwana (sic!). Swój nadmiar rozkładam czasami na Trogloerudytę. I jak każdy człowiek potrzebuje czasami czegoś na kształt cezury - niczym dieta "od poniedziałku".
Chciałabym zacząć od początku. Nie od „tabula rasa” – bo to już nigdy nie będzie możliwe. Ale od nowego akapitu – pamiętając, że kilka stron jest już zapisanych. Korzystając z tego, co na tych stronnicach się znajduje. Popularnie nazywa się to „uczeniem się na błędach”, z czego zawsze miałam dwa z minusemJ Popełniam błędy i to się nie zmienia. Można jednak nauczyć się z tym żyć. Z czasem udaje się w końcu popełniać nowe. Bo w każdym z nas jest pewna nieprzekraczalna granica, do której w końcu docieramy, mimo że przez dłuższy czas rozciągamy przestrzeń pomiędzy tym co akceptujemy, a co nie.
Zmieniło się moje postrzeganie świata. Nie umiem już spacerować z nosem przy ziemi - co kiedyś przysparzało mi dodatkowej gotówki w kieszeni. Idąc, obserwuje okolice, dostrzegam rzeczy, których nigdy wcześniej nie dostrzegałam, zatrzymuje się i czytam napisy, przy których wcześniej bym się nie zatrzymała. Zrobienie zwykłego zdjęcia, sprawia mi radość.
State of emergency,
Is where I want to be
czwartek, 4 sierpnia 2011
Księżniczka Angina studiuję zerometrię, która opiera się na aksjomacie: „Każda linia dąży do zniknięcia, a każdy punkt do zatarcia”. Twierdzi również, że w nocy, wszystkie koty są czułe/ Czytając Topora mam wrażenie, że poziom absurdalności w książce, dotyka poziomu absurdalności rzeczywistości wokół. Niemalże.
Wykonując wczoraj misję o roboczym tytule „Matka Polka”, doszłam do wniosku, iż w pełnych zakupów siatkach brakuje mi jedynie paczki pampersów. A szalejąc na dziele AGD supermarketu oraz zachwycając się rakietkami do banbingtona za 2,99 (made not in China!), doszłam do wniosku, iż prawdopodobnie albo cofam się w rozwoju, albo ogarnia mnie szaleństwo.
Kupiłam wreszcie kieliszki do wina. Dwa. Ten drugi na wszelki wypadek – jakbym zbiła pierwszy.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
W Amsterdamie jest ponad pół miliona rowerów. Rocznie, notuje się około miliona ich kradzieży, co oznacza, że każdy rower jest kradziony średnio dwa razy w roku. Z kolei w Tajlandii kalmary łowi się "na światło" - widząc umocowane na łodziach jarzeniówki, kalmary (zupełnie odwrotnie niż ludzie) płyną w stronę światła, by faktycznie spotkać się ze stwórcą (a technicznie rzecz biorąc- skończyć na czyimś talerzu).
Zastanawiam się czy ten deszcz się kiedyś skończy. Mam nadzieję, że nie. Polubiłam spadające na twarz krople. Przestały mi już nawet przeszkadzać tworzące się na mojej głowie loki.
Like my father's come to pass
Two years has gone so fast
Wake me up when september ends
Subskrybuj:
Posty (Atom)



