Niedziela. Jeden z najlepszych fotografów w mieście - Jaczewska Aleksandra- postanowiła pomęczyć swój aparat moją osobą. Atrakcji było co niemiara. Było też zimno,- ale to już inna historia. A oto efektów garść:
No śmiejemy się, śmiejemy. Tutaj Jaczewska mówi mi, że mam się nie śmiać. Jak zwykle efekt odwrotny do zamierzonego.
Bez nerwów. Zegarek się sfotoszopuje na karminową czerwień!Tutaj już, zmuszona zostałam do odmrażania swojego tyłka na powiślańskich rewirach. Było tak zimno, że zamarzły kolory. Twarz mi też zamarzła. A tło ewidentnie błaga o rutinoscorbin.
To zdjęcie zamierzam wysyłać mmsem w ramach odpowiedzi na interesujące mnie wydarzenia kulturalno-oświatowe. Hej, Knix! Może pójdziemy do kina? Chcę! -> Wyślij. Dostarczono.
Tutaj próbuje zrejterować. Tęsknie wypatruje autobusu, który zawiezie nas w jakieś ciepłe i smaczne miejsce. Chwilę później znajdziemy się w naszym małym Eldorado, gdzie...
...będę się popisywać faktem, iż tak wspaniale umiem już grać Wlazł kotek na płotek. Tak czy siak, odnalazłam swoje miejsce na poranno-niedzielne treningi pjanina!
Zmęczenie dopadło nas dosyć szybko. Jak widać, para wychodzi mi już ustami, a jedno oczko jest jakby bardziej. Dodając dwa do dwóch, nie mam już pewności, że zawieszona na szyi przynęta, odniesie kiedykolwiek jakikolwiek skutek.
Pracownicy baru, dostrzegłwszy moją styraną życiem twarz, zaserwowali mi Warszawiaka on the house. Butelka tego zacnego trunku sprawiła, iż pełna odwagi i wigoru podeszłam do Agnieszki Grochowskiej i zagadałam tekstem sezonu 2010/2011 - Mogę ponapastować ci psa? Wyżej wymieniona nie mogła odmówić tak uroczej prośbie...Tak! Tarmosiłam psa Grochowskiej.
Z przybytku rozkoszy wypadłam, a nie wyszłam. Jak zwykle próbując udowodnić, że co jak co, ale pion nadal trzymać umiem. Jak zwykle zresztą- z marnym skutkiem.
Zabawy z przystankiem były już tylko i wyłącznie formalnością...Bo jak jest fajnie, to mi jest zawsze tak jakoś lekko, tak zwiewnie i tak bezwstydnie :-)
Fot. Aleksandra Jaczewska
























