wtorek, 15 listopada 2011
Atwood stwierdziła, że niektórzy ludzie nie potrafią powiedzieć, gdzie boli. Nie potrafią się uspokoić. Nie potrafią przestać wyć. I to chyba prawda. Ja przecież też nie potrafię. I tak jak dzisiaj czuję, że nie jestem wstanie wskazać. Pod wieloma względami wszystko wygląda lepiej, niż dotychczas. Ale jest coś takiego nieokreślonego, co nie pozwala powiedzieć - ok. Lepiej, to więcej niż gorzej. Nawet jeśli nie wystarcza.
piątek, 11 listopada 2011
Aureliuszem!
Naprawdę nie wiem dlaczego, ale ta piosenka zawsze wprowadza mnie w dobry nastrój.
A Marek Aureliusz (dziękuje Ci, szmato z E&Y) naprawdę mądrze rozmyśla. Mówi na przykład, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi. Proste.
A Marek Aureliusz (dziękuje Ci, szmato z E&Y) naprawdę mądrze rozmyśla. Mówi na przykład, że nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi. Proste.
poniedziałek, 7 listopada 2011
six degrees
Teoria sześciu kroków zakłada, iż od każdej osoby na świecie dzieli nas jedynie sześć innych osób – sześć podań dłoni. Mam wrażenie, że w tym małym wielkim mieście „sześć” to gruba przesada. Ameryki nie odkrywam, wiem. Ale stało się to ostatnio coraz bardziej przytłaczające. I smutne jest to, że chociaż się przecież nie znamy, to się „znamy”.
Znasz moje imię, ale przecież nie znasz historii. Wiesz co zrobiłam, ale nie wiesz dlaczego.
Być może gdzieś tam - 200 metrów od miejsca w którym jestem, lub 50 tys. kilometrów stąd, siedzi ktoś, kto jest do mnie podobny. Ktoś, kto tak jak ja myśli sobie teraz, że to i tamto. Dzisiaj – w jednym z wielu dni na ziemi.
niedziela, 6 listopada 2011
meanwhile, far far away
Powstawszy pewnego piątku z łóżka pomyślałam, że pora czasami zachować się spontanicznie i odrzucając na bok podomkę w kwiatki, jęłam rozplątywać wałki z włosów. Pakowanie klamotów zajęło mi jedynie pięć minut (aczkolwiek zapomniałam prawie wszystkiego), dlatego też długo jeszcze nie byłam w stanie zrozumieć, czemu do pracy spóźniłam się trzydzieści. Ale mniejsza o większość!
Już dziesięć godzin później, siedziałam w pociągu relacji Warszawa-Zaczarowane Miasto, rozkładając wygodnie nogi w przedziale klasy dla ludzi majętnych i kontemplując panującą w nim pustkę. Pięć lat- pomyślałam pełna zadumy, pochylając się nad kolejną kartką magazynu "W drodze".
Pierwszy szok, w postaci informacji o zamknięciu Kina Polana, przeżyłam już w taksówce. Kolejne - miały dopiero nadejść. Miasto, które przez jakiś czas było moim drugim domem, uległo ogromnej przemianie, a w zasadzie nic się nie zmieniło.
No ale bez filozofowania. Przejdźmy do najciekawszych aspektów owego wieczoru, a mianowicie dubstepu, Julii oraz marzenia każdego pedofila! A było to właśnie tak:
Julia - lat tyle ile mają licealistki w ostatniej klasie (czyli zdaje się 18?) to prawdziwa królowa parkietu i mistrzyni dubstepu, która akurat tamtego wieczoru zdawała się porażać wszystkich swoją energią, polotem i klasą. I tak się oto stało, że Julia spodobała się goszczącemu mnie rycerzowi! Cóż za piękna historia, czyż nie?
Nie minęła chwila, kiedy po krótkiej pogawędce przy podłodze parkietu, zgodziła się towarzyszyć mi, w celu poznania szlachcica i jego rumaka. Zachwycona faktem, iż jak ten powiatowy Kupidyn połączyłam tych dwoje, udałam się chyżo na podest, by nieśmiało obserwować poczynania stworzonych dla siebie młodych ludzi.
Julia okazała się być wygadaną dziewczyną. Już po trzech minutach odsłoniła przed rycerzem meandry swoich problemów z depresją, chłopakiem, który rzucił ją dla lesbijki (nie wiem co prawda czy to możliwe) oraz patologicznej rodziny (mówiąc to, wypiła swoje piwo w cztery minuty, dwadzieścia pięć sekund). Pech chciał, że po licznych wyznaniach tego wieczora, biedaczka straciła kontakt z rzeczywistością szybciej, niż wszyscyśmy się spodziewali. No i niestety, nastąpiło to zanim rycerz poprosił ją o numer telefonu.
Nic to! - pomyślałam, idąc śladami nadobniej Julii do toalety zacnego przybytku. Poproszę o numer sama, bo przecież panom wstęp wzbroniony. Myjąc ręce po raz ósmy, już prawie straciłam nadzieje na sukces. W tym samym momencie otwarły się wrota toalety, gdzie ujrzałam bonite Julię jak przytulała się do umiejscowionej w środku toalety. I tak oto potwierdziła się moja teoria o tym, iż budzimy się szlachcicami, a zasypiamy plebsem. Ehh.
Smutek! Wielki smutek, który ukoić mogła jedynie kolejna partyjka FIFY2011 i napoje chłodzące.
Poranek pokazał nam miasto z zupełnie innej perspektywy.
Poranek:
Inna perspektywa:
Chociaż równie kuszące było oczywiście marzenie każdego pedofila (największe w mieście):
I tak oto, w ramach klamry kompozycyjnej:
sobota, 5 listopada 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)











