Połknąwszy 2 zielone tabletki made in USA, dwa neoperseny, aspirynę oraz wypiwszy herbatkę uspokajającą – padłam snem sprawiedliwego. Śniło mi się, że ciągle się budzę. A może ciągle się budziłam, że śnię?
Mam wrażenie, że wiele rzeczy dzieje się jakby poza mną, a ja je tylko obserwuje. Dziwne uczucie. Nie wiem, czy to kwestia pomarańczowych z kolei tabletek, ale dzisiaj lewituje. Nie czuje własnego ciała – to trochę tak, jakby moje myśli kompletnie się z nim nie zgrywały. Jakby poruszały się w gęstej smole - tak od niechcenia i bardzo oszczędnie.
Ten weekend strasznie mnie zmęczył. Poczułam totalne maksimum. I na kolejny rok przypomniałam sobie, dlaczego od pewnych rzeczy/ludzi/miejsc trzymam się z dala. I wcale mi tego nie brakuje. Nie brakuje mi udawania, że tak świetnie się bawie wśród shiny happy (&drunk) people, którzy w większości nie są przecież happy, a i shiny przestają być po którymś z kolei drinku. Szukają czegoś, czego wcale tam nie znajdą. Ale daje to przez chwilę namiastkę szczęścia, które kończy się wraz z przekroczeniem progu własnego mieszkania. Przeważnie w stanie pół świadomości tego co się dzieje. Duch Amy Winehause jest chyba w każdym z nas.
Jako osoba społeczna, zawsze miałam problem z przebywaniem z dala od ludzi. To też się zmienia. I tej „strasznej, niebezpiecznej, dołującej, niechcianej samotności”, potrzebuje coraz więcej. I jest mi z nią coraz swobodniej. Weselej.