wtorek, 28 lutego 2012


Wczoraj kupiłam 4 (słownie: cztery) wina w Biedronce za 46,99 (słownie: czterdzieści sześć dziewięćdziesiąt dziewięć).

W aptece zapytałam dziś, ile kosztują poszczególne leki i czy któreś z nich nie są zbędne.

Za mleko zapłaciłam 2,95 w 10-cio groszówkach, natomiast za jogurt, bułkę, serek topiony i gazetę - kartą, gdzie zachomikowałam ostatnie 10 pln.

Wybieram się zaniedługo na Sponsoring. Poglądowo. Bo Wstyd już przecież przerobiłam:P

sobota, 25 lutego 2012

New Jork, New Jork



Long time no hear. Byłam tu i byłam tam. Zaraz znowu będę gdzie indziej i mam wrażenie, że przyszedł czas pewnej nieprzystawalności – do miejsca, do czasu, do okoliczności. Wszystko stało się trochę płynne  - granice moje, jak i państw, które przekraczam. Wyjeżdżam i wracam. Piszę i planuje. I nie mam czasu praktycznie na nic. Nawet na sen. A moja mind mapa rozgałęzia się we wszystkie możliwe strony od hasła "things to do".

Mcqueen porażająco mówi mi o samotności. I to takiej wyjącej samotności, która wpędza w jeszcze większą samotność w procesie dążenia do tego, by choć na chwilę poczuć się lepiej. A ucieczka od tego co jest, odbywa się z każdym dniem z coraz większym wysiłkiem, który jedynie cienka granica oddziela od bólu. Wstyd, nie jest więc dla mnie wstydem. Jest dla mnie strasznym smutkiem – tak jak New Jork, New Jork – jeden z najbardziej pozytywnych szansonów, zaśpiewany w taki sposób, że wywołuje dreszcze i niesamowity ładunek współdzielonego saudade.

Może dlatego uparcie hoduje włosy? Uprawiam je systematycznie celem późniejszego zastosowania. Będę je spuszczać z wieży, w której siedzę zamknięta, mając nadzieję, że ktoś będzie wstanie wspiąć się na nich na tyle wysoko, by uwolnić mnie od permanentnego poczucia zawieszenia pomiędzy różnymi światami w mojej głowie. 

Chciałam wczoraj kupić sobie koszulkę z napisem "good things come to those who wait". Ale trzeba wiedzieć na co się czeka. A ja nie wiem. Na Godota chyba.

Shame...on me. 

Dzisiaj chcę być królem wzgórza, numerem jeden..a włóczęgowskie buty czekają na to by wyruszyć po to wszystko.
.
.
.
.
.
Jutro natomiast, mogę odwiesić je na kołek, przykryć się kołdrą i nie mieć znaczenia. 

piątek, 10 lutego 2012

na jakiś czas...

...z internetów znikam. Z gmailów, fejsbuków i bloggerów. 

marchewkowe pole


Pamiętam ten wieczór, kiedy słuchałam z Tobą tej piosenki :) Był to jeden z niewielu wieczorów kiedy ze szklanką wina normalnie rozmawiałyśmy o tym i o tamtym. I przez chwilę nie udawałam kogoś kim nie jestem.

środa, 8 lutego 2012

przybieżeli na śniadanie


I jak tu ich nie kochać?

Kiedy poranka pewnego, zaprosiłam na śniadanie kilka zacnych obywatelek miasta pięknego nadwiślańśkiego, z pewnością nie spodziewałam się zobaczyć trendseterów i wujka Staszka na imieninach u ciotki Małgorzaty w jednym.

Plan mój szczwany był i zakładał, że zgromadzenie wszystkich w jednym miejscu, oszczędzi mi przytyków o brak czasu. Zaowocowało to wielogodzinnym smażeniem omletów i grzanek, a także kacem o godzinie 20!



Nie wspomnę już nawet o uszkodzonej stopie - czyli kulminacyjnym punkcie popołudnia, który zrujnował mi  milion innych planów, czy o  korku od szampana, który prawie skosił głowę nadobnej Gabrieli. 

Osób było tysiąc sześćset, tak więc idealnie zmieściły się wszystkie (osoby) w mojej przestronnej i wyśmienicie urządzonej kuchni - gdzie niczym wspomnienie dawnej świetności pewnych czasów, peorowały o maściach rozgrzewających (co to ich nie należy z alkoholem),o psach (co to na baby) oraz o elicie tego kraju (to my).



Drugi dzień już marnuje swoje życie, przyznaje! (sprzątam, znaczy się). Jednakowoż z uśmiechem niejakim, gdyż azaliż w ręku trzymam puchar, przyznany mi przez okoliczne sklepy, z rekordowy zbyt produktów alkoholowych w ciągu ostatniego miesiąca.

Serdecznie dziękuję i zapraszam ponownie. 
Świda- Zięba mówi do mnie na łamach Tygodnika. Twierdzi, że miłość liczy się tylko wtedy, kiedy daje poczucie smaku życia, a nie jest tylko egoistycznym czerpaniem przyjemności. Dopiero interakcja z drugim człowiekiem daje nam radość. Sens życia to po prostu życie. Bo samo w sobie przecież niczemu nie służy. Kropka. 

Jakie to banalnie proste - pomyślałam. Może rzeczywiście za dużo analizujemy, zamiast mieć do wszystkiego chłopskie podejście. Jak to było? Jest pora życia, pora umierania. I tak dalej.. Chociaż przyznaje, że z tego biblijnego komunału skłaniałam się przez ostatnie kilka dni ku temu, że pora umierać i  że na bank zamarznę pod blokiem, zaraz po tym jak zamarzną mi palce, próbujące z wysiłkiem wygrzebać klucze z torebki.

Może czasami rzeczywiście nadmiar egzaltacji pozbawia nas prostych przyjemności i zamiast cieszyć się nowymi rzeczami, z uporem maniaka rozpamiętujemy stare. Taka Madame Butterfly, w wieku lat 18-tu (sic!) wbija sobie sztylet w serce (w odpowiednio monumentalnej oprawie), bo jej ukochany okazał się być bigamistą i tchórzem w dodatku. I tak, rzeczywiście - koniec życia! Pora umierać.

Antoniak z kolei kręci film o potrzebie dotyku. O tym, że wszyscy chcemy aby ktoś nas dotknął. Chcemy odrobiny intymności i bliskości, podczas gdy tak naprawdę przez większość życia jesteśmy jak niedźwiedź, który ociera się o drzewa w pobliskim lesie. 

Ech. 

niedziela, 5 lutego 2012



Kiedy myślę: "dom", wyobrażam sobie ślimaka, który nosi go na swoich plecach. Gdziekolwiek by nie był - jest w domu. Nie wiem, czy uda mi się stworzyć taki stacjonarny. Ale coby się nie działo, mam poczucie, ze z sobą zawsze mam to co dla mnie najważniejsze. Pod skorupką.