środa, 8 lutego 2012

Świda- Zięba mówi do mnie na łamach Tygodnika. Twierdzi, że miłość liczy się tylko wtedy, kiedy daje poczucie smaku życia, a nie jest tylko egoistycznym czerpaniem przyjemności. Dopiero interakcja z drugim człowiekiem daje nam radość. Sens życia to po prostu życie. Bo samo w sobie przecież niczemu nie służy. Kropka. 

Jakie to banalnie proste - pomyślałam. Może rzeczywiście za dużo analizujemy, zamiast mieć do wszystkiego chłopskie podejście. Jak to było? Jest pora życia, pora umierania. I tak dalej.. Chociaż przyznaje, że z tego biblijnego komunału skłaniałam się przez ostatnie kilka dni ku temu, że pora umierać i  że na bank zamarznę pod blokiem, zaraz po tym jak zamarzną mi palce, próbujące z wysiłkiem wygrzebać klucze z torebki.

Może czasami rzeczywiście nadmiar egzaltacji pozbawia nas prostych przyjemności i zamiast cieszyć się nowymi rzeczami, z uporem maniaka rozpamiętujemy stare. Taka Madame Butterfly, w wieku lat 18-tu (sic!) wbija sobie sztylet w serce (w odpowiednio monumentalnej oprawie), bo jej ukochany okazał się być bigamistą i tchórzem w dodatku. I tak, rzeczywiście - koniec życia! Pora umierać.

Antoniak z kolei kręci film o potrzebie dotyku. O tym, że wszyscy chcemy aby ktoś nas dotknął. Chcemy odrobiny intymności i bliskości, podczas gdy tak naprawdę przez większość życia jesteśmy jak niedźwiedź, który ociera się o drzewa w pobliskim lesie. 

Ech. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz