I jak tu ich nie kochać?
Kiedy poranka pewnego, zaprosiłam na śniadanie kilka zacnych obywatelek miasta pięknego nadwiślańśkiego, z pewnością nie spodziewałam się zobaczyć trendseterów i wujka Staszka na imieninach u ciotki Małgorzaty w jednym.
Plan mój szczwany był i zakładał, że zgromadzenie wszystkich w jednym miejscu, oszczędzi mi przytyków o brak czasu. Zaowocowało to wielogodzinnym smażeniem omletów i grzanek, a także kacem o godzinie 20!
Nie wspomnę już nawet o uszkodzonej stopie - czyli kulminacyjnym punkcie popołudnia, który zrujnował mi milion innych planów, czy o korku od szampana, który prawie skosił głowę nadobnej Gabrieli.
Osób było tysiąc sześćset, tak więc idealnie zmieściły się wszystkie (osoby) w mojej przestronnej i wyśmienicie urządzonej kuchni - gdzie niczym wspomnienie dawnej świetności pewnych czasów, peorowały o maściach rozgrzewających (co to ich nie należy z alkoholem),o psach (co to na baby) oraz o elicie tego kraju (to my).
Drugi dzień już marnuje swoje życie, przyznaje! (sprzątam, znaczy się). Jednakowoż z uśmiechem niejakim, gdyż azaliż w ręku trzymam puchar, przyznany mi przez okoliczne sklepy, z rekordowy zbyt produktów alkoholowych w ciągu ostatniego miesiąca.
Serdecznie dziękuję i zapraszam ponownie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz