czwartek, 29 marca 2012

owce, Antarktyda i Jezus mnie kocha

Jezus Cię kocha – oznajmia mi reklama wyświetlana podczas jednej z piosenek na youtube. Chwile później, laptop lenovo za jedyne dwa dziewięćset brutto uświadamia mi, że dzisiaj Bóg i komputer występują ramię w ramię w walce o równowagę pomiędzy popytem a podażą.

Anioły w Ameryce mówią mi, że w końcu wszyscy przecież zwariujemy. Niczym owca uczulona na wełnę. Tak się dzisiaj czuje. Zwariowałam.

Tymczasem odkąd Lubella mnie oszukała, dając nadzieję na życie za sześć milionów minus podatek, nie wierzę już w zdrapki, szczęśliwe losy i życiowe fuksy.

Czekam, aż Paulo Cohello powie mi jak żyć.

Jaczewska rzuciła w zadumie: A może obie będziemy szczęśliwe jednocześnie? W tym samym momencie parsknęłyśmy śmiechem. Razem i jednocześnie, to my możemy wypić piwo marki Lech i posłuchać muzyki.

To jest azyl. Próżnia. To jest cnota nieposiadania niczego. Głębokie zamrożenie uczuć. Możesz być sparaliżowana, a zarazem bezpieczna tutaj. Po to tu przybyłaś. Szanuj wrażliwość ekologii swoich złudzeń.mówi Mr Lies. Wszyscy szukamy swojej Antarktydy – miejsca gdzie nie ma miejsca na smutek, bo łzy zamarzają. 

Tymczasem mamy marzec. Przyszła odwilż.. I nagle znowu mam 13 lat. Dziwnie jest zmienić nagle porę roku,  tak samo jak spodnie oraz muzykę w ipodzie.

Zegar w kuchni amica, od kilku miesięcy spieszył się o godzinę. Nie potrafiłam umieścić go w prawidłowej czasoprzestrzeni. Tymczasem chwilę po pierwszym dniu wiosny, sam wrócił na właściwe tory. I od tego wszystko się tak jakby zaczyna.

piątek, 23 marca 2012

Zapytałam Cię kiedyś o to, czemu nie robisz tego, do czego najwyraźniej masz talent. Odpowiedziałaś, że wszystko co tworzysz jest nazbyt emocjonalne, a ludzie wokoło za bardzo Cię ostatnio wkurzają.  Powiedziałam Ci wtedy impulsywnie, że wszystko to, co pisze jest nazbyt emocjonalne, ale gdyby takie nie było - nie byloby sensu tego robić.

I nagle myślę, że nie miałam racji. To tak jak z miłością w ujęciu Zadie Smith - nie wszyscy na nią zasługują. Zasługują co najwyżej na wodę pitną, ale nie na miłość. Nie każdy i nie zawsze. 

Nie wszyscy zasługują na nasze emocje. Nie z każdym musimy się nimi dzielić. Co więcej, często dzielimy je z tymi, którzy wcale ich nie chcą. A brakuje ich dla tych, którzy na nie zasługują. Albo inaczej - którzy potrafią je docenić, bo to przecież nie jest tak, że trzeba sobie na coś zasłużyć (tym razem się z tym zgadzam).

Wszyscy psujemy się trochę nawzajem. Tworzymy tabele krzyżowe i ekonometryczne wzory. Ktoś kogo kiedyś znałam, ma wpływ na kogoś, kogo znam teraz. Na sytuacje i na krajobraz patrzycie bowiem moimi oczami. A ja waszymi, predestynując co będzie dalej. 

środa, 14 marca 2012

miłość w czasach popkultury


Atak alienacji, ale łagodny, jaki dotyka większość ludzi przeniesionych w cudze miejsce. Poczucie inności świata, przekonanie, że wszystko to, co się wokół dzieje, nie bierze mnie samego w rachubę, że jestem zbędny, odtrącony, a nawet śmieszny z tym groteskowym zamiarem obejrzenia starej wieży kościelnej.

Wiersz z dedykacją dla mnie. I nagle myślę, że to co się dzieje nie bierze mnie w rachubę. Wszystko to  jakby poza mną. Takie mamy czasy - popkultury. Wszyscy stajemy się mimowolnie jej ikonami. Należymy do niej. Volens nolens. Z odciśniętą na czole tomato soup Campbella. Z ironicznym uśmiechem Warhola  za naszymi plecami i opadającym znienacka na głowę szklanym kloszem i Sylvią, która woła, o sztuce - w nieco innym wydaniu. I robi ją wyjątkowo dobrze.

Je-stem, je-stem, je-stem. 

niedziela, 11 marca 2012

udo Caroline Yessayan

Diane Arbus stwierdziła, że kiedy widzimy kogoś na ulicy, to dostrzegamy przede wszystkim jakąś skazę. Przemyśliwałam sobie o tym, kiedy spacerowałam w śnieżnej zamieci  i spoglądałam na mijających mnie ludzi. Widziałam zmęczone twarze osób, które walczą z pogodą za pomocą  mimiki. Mrużąc oczy, starają się nie zmoknąć, a spinając policzki nieuchronnie myślą o swoich fryzurach, które już nigdy nie będą takie same.

Ktoś mi ostatnio powiedział, że jednostki piękne zewnętrznie, są często piękne i wewnątrz. Długo się nad tym zastanawiałam i chyba rzadko zwracam uwagę na ludzi jako takich. Maszeruje z głową spuszczoną w dól, jakbym szukała drobnych. Rozmieniam się na nie. Nie patrzę w oczy od razu - a dopiero wtedy, kiedy poczuje się bezpiecznie. Ale czasem i to za mało.


Nie wiem jacy naprawdę są ludzie wokół mnie. Wiem jedynie, że i wewnątrz i na zewnątrz pełni są sprzeczności. Jestem i ja - która za wcześnie opowiadam puenty filmów.

Czytam Cząstki i chłonę każde zdanie. Wczuwam się trochę w postać Bruna, w jego nieporadność. Bo tak jak i narrator myślę, że czasami początki pięknej historii idą na marne z powodu różnych oczekiwań i niespełnionych nadziei. Udo Caroline Yessayan zostało obnażone -to fakt, ale czy rzeczywiście czułość poprzedza uwodzenie? Czy jest na to wszystko matematyczny wzór? Czy rzeczywiście love to chuj? A może byłaś serca biciem?


Kiedy o tym myślę, znowu analizuje paradoks Windy do nieba. Pieśń o wymuszonym związku i ślubie, z uporem maniaka grana jest na weselach jako symbol miłości i szczęścia. Za każdym razem pytam: hej, ale przecież to tak jakby nie pasuje! Nikt się tym jednak nie przejmuje. Dlaczego? Bo liczy się otoczka, liczy się, że wymieniony zostaje welon, suknia, obrączka oraz koń stukający kopytem. Prawdziwy sens nikogo już nie obchodzi. Tak jak to udo - które raz obnażone, musi przecież zostać zmacane.


Dzisiaj tak jakby w sekundę odebrano mi wyraz twarzy. Mam więc o jeden mniej. Odebrano mi też wzrost. Nagle mam metrdwadzieścia. I znowu nie patrzę więc w oczy. 


Patrzę na swoje złote buty. Widzę siebie w Hotelu New Hampshire. Przechodzę pod otwartym oknem. Niosę pod pachą słoik grzybowej, magnesik na lodówkę i kalosze. 


Kątem oka patrzę na tych, którym wszystko się udaje i podziwiam nagle ludzi, którzy nie myślą zbyt wiele. 





czwartek, 8 marca 2012

Melancholia w mieście Stambuł objawia się niechęcią/chęcią powrotu. Czasem trzeba kilku miesięcy, by wszystko się zmieniło. Czasem wystarczy kilka dni nieobecności, by gapiąc się po zalogowaniu na zdjęcia znajomych, poczuć wyraźną różnicę.

Są więc rozstania, dzięki którym są i powroty. Są też i rzeczy miłe, które mają w sobie coś z nieodpowiedniości - coś jak podjadanie surowego ciasta lub robienie kanapek "na później" w hotelowej restauracji.

Mamy podobno czasy nostalgiczne. Każdy obcy, trochę odizolowany nieruchomy w mechanicznych, kalekich tożsamościach i związkach.

wtorek, 28 lutego 2012


Wczoraj kupiłam 4 (słownie: cztery) wina w Biedronce za 46,99 (słownie: czterdzieści sześć dziewięćdziesiąt dziewięć).

W aptece zapytałam dziś, ile kosztują poszczególne leki i czy któreś z nich nie są zbędne.

Za mleko zapłaciłam 2,95 w 10-cio groszówkach, natomiast za jogurt, bułkę, serek topiony i gazetę - kartą, gdzie zachomikowałam ostatnie 10 pln.

Wybieram się zaniedługo na Sponsoring. Poglądowo. Bo Wstyd już przecież przerobiłam:P

sobota, 25 lutego 2012

New Jork, New Jork



Long time no hear. Byłam tu i byłam tam. Zaraz znowu będę gdzie indziej i mam wrażenie, że przyszedł czas pewnej nieprzystawalności – do miejsca, do czasu, do okoliczności. Wszystko stało się trochę płynne  - granice moje, jak i państw, które przekraczam. Wyjeżdżam i wracam. Piszę i planuje. I nie mam czasu praktycznie na nic. Nawet na sen. A moja mind mapa rozgałęzia się we wszystkie możliwe strony od hasła "things to do".

Mcqueen porażająco mówi mi o samotności. I to takiej wyjącej samotności, która wpędza w jeszcze większą samotność w procesie dążenia do tego, by choć na chwilę poczuć się lepiej. A ucieczka od tego co jest, odbywa się z każdym dniem z coraz większym wysiłkiem, który jedynie cienka granica oddziela od bólu. Wstyd, nie jest więc dla mnie wstydem. Jest dla mnie strasznym smutkiem – tak jak New Jork, New Jork – jeden z najbardziej pozytywnych szansonów, zaśpiewany w taki sposób, że wywołuje dreszcze i niesamowity ładunek współdzielonego saudade.

Może dlatego uparcie hoduje włosy? Uprawiam je systematycznie celem późniejszego zastosowania. Będę je spuszczać z wieży, w której siedzę zamknięta, mając nadzieję, że ktoś będzie wstanie wspiąć się na nich na tyle wysoko, by uwolnić mnie od permanentnego poczucia zawieszenia pomiędzy różnymi światami w mojej głowie. 

Chciałam wczoraj kupić sobie koszulkę z napisem "good things come to those who wait". Ale trzeba wiedzieć na co się czeka. A ja nie wiem. Na Godota chyba.

Shame...on me. 

Dzisiaj chcę być królem wzgórza, numerem jeden..a włóczęgowskie buty czekają na to by wyruszyć po to wszystko.
.
.
.
.
.
Jutro natomiast, mogę odwiesić je na kołek, przykryć się kołdrą i nie mieć znaczenia.