wtorek, 16 sierpnia 2011

Podobno ludzie mają pseudonimy po to, aby rozłożyć na nie swój nadmiar bycia. Mam ich wiele – od Knixa, po Mrocznego Bałwana (sic!). Swój nadmiar rozkładam czasami na Trogloerudytę.  I jak każdy człowiek potrzebuje czasami czegoś na kształt cezury - niczym dieta "od poniedziałku".

Chciałabym zacząć od początku. Nie od „tabula rasa” – bo to już nigdy nie będzie możliwe. Ale od nowego akapitu – pamiętając, że kilka stron jest już zapisanych. Korzystając z tego, co na tych stronnicach się znajduje. Popularnie nazywa się to „uczeniem się na błędach”, z czego zawsze miałam dwa z minusemJ Popełniam błędy i to się nie zmienia. Można jednak nauczyć się z tym żyć. Z czasem udaje się w końcu popełniać nowe. Bo w każdym z nas jest pewna nieprzekraczalna granica, do której w końcu docieramy, mimo że przez dłuższy czas rozciągamy przestrzeń pomiędzy tym co akceptujemy, a co nie.  

Zmieniło się moje postrzeganie świata. Nie umiem już spacerować z nosem przy ziemi - co kiedyś przysparzało mi dodatkowej gotówki w kieszeni. Idąc, obserwuje okolice, dostrzegam rzeczy, których nigdy wcześniej nie dostrzegałam, zatrzymuje się i czytam napisy, przy których wcześniej bym się nie zatrzymała. Zrobienie zwykłego zdjęcia, sprawia mi radość.


State of emergency,
Is where I want to be

czwartek, 4 sierpnia 2011


Księżniczka Angina studiuję zerometrię, która opiera się na aksjomacie: „Każda linia dąży do zniknięcia, a każdy punkt do zatarcia”. Twierdzi również, że w nocy, wszystkie koty są czułe/ Czytając Topora mam wrażenie, że poziom absurdalności w książce, dotyka poziomu absurdalności rzeczywistości wokół. Niemalże.

Wykonując wczoraj misję o roboczym tytule „Matka Polka”, doszłam do wniosku, iż w pełnych zakupów siatkach brakuje mi jedynie paczki pampersów. A szalejąc na dziele AGD supermarketu oraz zachwycając się rakietkami do banbingtona za 2,99 (made not in China!), doszłam do wniosku, iż prawdopodobnie albo cofam się w rozwoju, albo ogarnia mnie szaleństwo.

Kupiłam wreszcie kieliszki do wina. Dwa. Ten drugi na wszelki wypadek – jakbym zbiła pierwszy.


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

W Amsterdamie jest ponad pół miliona rowerów. Rocznie, notuje się około miliona ich kradzieży, co oznacza, że każdy rower jest kradziony średnio dwa razy w roku. Z kolei w Tajlandii kalmary łowi się "na światło" - widząc umocowane na łodziach jarzeniówki, kalmary (zupełnie odwrotnie niż ludzie) płyną w stronę światła, by faktycznie spotkać się ze stwórcą (a technicznie rzecz biorąc- skończyć na czyimś talerzu).

Zastanawiam się czy ten deszcz się kiedyś skończy. Mam nadzieję, że nie. Polubiłam spadające na twarz krople. Przestały mi już nawet przeszkadzać tworzące się na mojej głowie loki.


Like my father's come to pass
Two years has gone so fast
Wake me up when september ends

sobota, 23 lipca 2011

lew czy żyrafa?

W Diunie pojawia się litania przeciw strachowi. Czasami mam ochotę przerobić jej treść, zastępując słowo "strach" - słowem "smutek". Chciałabym móc pozbawić go mocy na tyle, aby jedynym powodem do niego było to, że w kinie właśnie skończył się popcorn. Albo, że gdzieś tam na trawie "odpoczywa" sobie jeż.

Chciałabym, aby to wszystko było chociaż trochę łatwiejsze, chociaż trochę zwyczajniejsze, chociaż na chwilę pozbawione komplikacji. Tymczasem nawet najprostsze sytuacje to wyzwanie. Ciągle trzeba o coś walczyć, z czymś się spierać i z czymś sobie radzić.

Bohater pewnego filmu powiedział, że szukamy w swoim życiu lwa. Nie spotykając go na swojej drodze, zadowalamy się napotkaną żyrafą. Bo co jeśli lew nie przyjdzie? Mądrze powiedziane - pomyślałam. Co jednak, kiedy spotykamy na swojej drodze lwa, dla którego jesteśmy żyrafą?

Czasami chciałabym być Witkiem Długoszem z "Przypadku". Chciałabym zobaczyć trzy różne scenariusze, trzy różne historie, trzy zupełnie różne możliwości. Niestety to tak nie działa. Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. A i przypadek nie jest odpowiedzialnym za tu i teraz. "Nic nie musisz", mówi umierający ojciec Witka. No właśnie. Nie muszę. Chcę. I wiem czego chcę.






chodź, pomaluj mój świat

Do wszelkich prac domowych jestem zawsze pierwsza. Dlatego też, kiedy tylko padło hasło - malujemy, od razu zabrałam się do rzeczy!




Malwa nie wyglądała na przekonaną, jednak zdecydowała się dać szanse młodej zdolnej artystce! Sama zajęła się natomiast swoim nowo otwartym salonem kosmetycznym "Pomaluj pazurka". Bo lakierów jej było czterdzieści i cztery.


Tymczasem malarz-artysta zabrał się za wiekopomne dzieło malowania ścian w jednym z pokoi hotelu Europejski. Prawdziwa sztuka wymaga jednak pewnej wprawy, ćwiczeń, prób i błędów oraz licznych kieliszków wody źródlanej "Julia".

Szast, prast, abrakadabra, makabra. Dzieło zniszczenia dokonało się na oczach wszystkich!


W zasadzie również na nogach...



Na rękach...

a nawet i stopach!

a wszystko to...

tymi ręcami!

Bo malarz ów wkłada serce we wszystko co robi. Egzemplifikacja serca ( patrz wyżej).

Knix, to nie tak się robi - tłumaczył cierpliwie Mix. Człowiek nie ściana. Każdy widzi. Chociaż czasami faktycznie, można się ze ścianą jako człowiekiem zderzyć dosyć boleśnie ( tutaj pociągnęła z butelki długi łyk Julii i zamachała ręką w przekazie pouczającym).


We dwóch już, zabrały się malarze artysty za dekorację ścian, a efekty ich pracy przerosły wszelkie oczekiwania!









Radości było co niemiara! Nie osłabiła jej nawet informacja o tym, iż znajdujące się na większości ubrań farby, są niespieralne:) Podekscytowany swym dziełem malarz- artysta postanowił namalować i gospodynię, która co prawda nie zgodziła się na nagi portret, ale dzielnie siedziała przez 17 minut i 22 sekundy nieporuszona i uśmiechnięta.

Namalowany naprędce obrazek, okazał sie fantastycznym wieszakiem na bieliznę, skarpety i różańce.

Taaaak, pomyślał artysta-malarz. Wystarczy włożyć w coś trochę serca i efekty murowane!

piątek, 10 czerwca 2011

dual


Ktoś kiedyś powiedział, że niemądrze jest pokazywać światu swoje prawdziwe oblicze. Wydaje mi się, że każdy z nas ma w sobie coś na kształt dwóch twarzy - jedną trochę na pokaz, drugą w miarę prawdziwą, choć nigdy do końca.

Zawsze wydawało mi się, że jestem typowym ekstrawertykiem. Mówię zwykle dużo za dużo, nie mam problemu z nawiązywaniem ogólnie pojętych kontaktów międzyludzkich, bywam w centrum uwagi dużo częściej niż inni. Tymczasem jestem jednak klasycznym przykładem introwertyka.

Obserwuje swoje otoczenie uważnie. Próbuje dociec motywów, sensu i reguł w zachowaniu osób, które spotykam na swojej drodze. Przeważnie bez powodzenia :)

Dostosowuje się do sytuacji. Jestem trochę taka, jak oczekują. Bo za żadne skarby nie chce naruszać swojego małego wewnętrznego świata. Nie mając ochoty na ingerencję kogokolwiek z zewnątrz, gram według narzuconych mi zasad gry.  

Spełniam określone oczekiwania, robię dokładnie tyle ile muszę i nic ponad to. Dlatego pewnie mogłabym powiedzieć, że jestem typem dualnym. Siedzą we mnie dwie w zasadzie sprzeczne osobowości. Z czego jedna jest w ciągłej przewadze. To taki trochę bulterier osobowości. Chroni przed tym co pojawia się u bram wewnętrznego ja. I nie pozwala na przekroczenie ustalonej granicy.




poniedziałek, 6 czerwca 2011

melancholia





Ty jesteś taki, a ja myślałam, że Ty jesteś owaki. Piękne zdanie. Proste. Prawdziwe. 

Melancholia, to ponoć stan permanentnego smutku. Tymczasem nie. Ja się z tą nomenklaturą nie zgadzam. Bo w moim mniemaniu smutek oddaje pojecie melancholii jedynie literalnie. Rzadko kiedy figuratywnie (bardzo lubię to słowo).

Czuje się czasami jak w zapomnianym cyrku.

Wiele rzeczy mi się wydawało. Wiele mi się nadal wydaje. Ja myślę, że coś jest takie, a okazuje się być owakie. Nad wyraz często. Pomyślałam dzisiaj, że wiedza zdobyta na jakiś temat sprawia, że masz ochotę cofnąć czas i zrobić wszystko inaczej. Tymczasem chyba nie. Bo zrobione inaczej, nie było by prawdziwe. Nie było by szczere na daną chwilę. Było by jedynie dostosowane do okoliczności. A dostosować coś do okoliczności, to nie mniej ni więcej, udawanie kogoś kim się nie jest.

Nie wierzę w coś takiego jak stracone szanse. Bo może to jest banalne, ale jedynym pewnikiem jest przecież śmierć i podatki. Wierzę natomiast w to, że wszystko ma swój czas. Ma swoje miejsce. Niekoniecznie wtedy, kiedy nam pasuje. I prosiak statysta w zasadzie nie jest ważny.

Niesamowita jest zdolność ludzi do asekuracji. Mechanizm instynktu samozachowawczego, który sprawia, że mimo chęci pójścia z prądem, niezmiennie wędrujemy w przeciwnym kierunku. Za dużo w nas chyba sprzeczności. We mnie jest ich zadziwiająco wiele.
Chcąc normalności, uciekamy od niej jak najdalej. Życząc sobie spokoju i dopowiedzialności, podświadomie szukamy okazji do pociśniętości. Volens nolens sabotujemy sytuacje, bo daje nam to złudne poczucie kontroli.

Może zamiast trzymać w szafie rzędy futrzanych kombinezonów kreowanych na futro Pafnucka, trzeba nauczyć się mówić wprost?