czwartek, 25 sierpnia 2011


Podoba mi się wywiad z terapeutami z nowych obcasów. Czytając miałam wrażenie, ze wszystko trochę o mnie. Podoba mi się Lee Miller - odwet na kulturze.

Śniła mi się dzisiaj Natasza Urbańska. Śpiewała i tańczyła. Obudziłam się z krzykiem.

środa, 24 sierpnia 2011

huzia na Józia, blog i grafomania

Zaczęłam ostatnio czytać blogi znalezione przypadkowo w listach znajomych. Odkryłam pewną kuriozalną prawidłowość. Całkiem ciekawe blogi mają ostatnie wpisy z przed np. roku. Często dotyczą one- najpierw beznadziei relacji międzyludzkich, a potem jakiejś krótkiej euforii, po której panuje cisza. Czy to znaczy, że prowadzimy blogi, tudzież zajmujemy się innym hobby tylko do momentu, gdy w naszym życiu pojawi się „ktoś”? A potem huzia na Józia, żegnaj kreatywności?

Przy okazji pokasowałam wszystkie swoje posty z bloga. Kiedy udało mi się je wreszcie zaimportować z powrotem na serwer, postanowiłam przed ich ponowną publikacją przeczytać wszystko od początku (a to prawie rok grafomanii). Zaciekawiło mnie, jak doskonale wpisuje się to w moje huśtawki nastrojów. Dla wprawnego czytacza nie stanowi chyba problemu odgadnięcie, kiedy była góra, a kiedy dół. Co więcej, wszystko to wydało mi się miałkie. Nic nie wnoszące. Infantylne. A jednak moje.

To tak jak czytanie pamiętników z wieku dziecięcego. Mam jeszcze stary pamiętnik z liceum, którego lektura przyprawiła mnie o rumieniec zawstydzenia. Zdania wypowiadane z wielką mocą i swoistą emfazą, dzisiaj brzmią po prostu śmiesznie.

I tak będzie zapewne z większością rzeczy, o których piszę w teraźniejszości. O których mówię i myślę dzisiaj. Za kilka lat pozostanie więc pewnie spytać „why so serious’?

Sometimes I think, sometimes I don’t – głosi napis pewnej instalacji świetlnej. Myślę, że na myślenie zarezerwowałam już wystarczająco dużo czasu. Ktoś kiedyś powiedział, że wiemy co było wczoraj (choć nie wszyscy), jutro jest tajemnicą. I jakbym nie układała w głowie scenariuszy, to zawsze mnie coś zaskakuje. Nawet Tymbark. Co się stało, to się nie odstanie. Jest jak jest (tu jestem). A co będzie, to będzie.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Cały weekend przespałam. Usnęłam w piątek przed północą, na podłodze w nieswoim mieszkaniu (znowu!) i spałam do dzisiaj do południa. Z niewielkimi przerwami nie tyle na jedzenie, co na nakarmienie kota i spacer w dresie po wodę. Postanowiłam się  ruszyć dzisiaj z domu. Bo trochę nie wypada w tym powyciąganym dresie spędzić tyle czasu. Szybko okazało się jednak, że niepotrzebnie kusiłam los.

Mój organizm zbuntował się w metrze (podejrzewam, że to niecodzienna reakcja na wyjście z fazy rem). Mój bankomat też się na mnie wypiął konkretnie. A uroczy Pan na infolinii poinformował mnie, że przez kolejne 14 dni zablokowano mi dostęp do konta. Szczęśliwie, Tytus został kilka dni temu zaopatrzony jak trzeba. 


Wszelkie dary w postaci jedzenia i napojów przyjmę. O ile nie prześpię.



sobota, 20 sierpnia 2011

ride



piątek, 19 sierpnia 2011

pozowane


Czasami musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Albo nawet nie tyle „musimy”, co po prostu udajemy.
Ale co wtedy, kiedy wymagają od nas, abyśmy wcielili się w rolę samych siebie?. I tak oto, lew pozuje na lwa, a żyrafa na żyrafę. Trochę to smutne. Trochę.

Pięknie umieraliśmy – gratulujemy sobie życia- napisała Gretkowska w jednej ze swoich książek, opisując katastrofę samolotu, do której jednakowoż w końcu nie doszło. I tak sobie myślę, że gdybym teraz wsiadła w samolot i gdyby przydarzyło mi się to samo, pomyślałabym, że żałuje tych wszystkich chwil, kiedy pozowałam na siebie, zamiast po prostu być. Nie należy udowadniać, że jest się kimś. Wystarczy być. Podobno.


:)


Ten list wcale nie był do Pana!
Jak to nie do mnie?! Wyraźnie do mnie: "Miły Panie.."
O właśnie! Pan wcale nie jest miły!

środa, 17 sierpnia 2011

rożek, czy reszka?


Jak widać, jestem strasznie sentymentalna. Słucham tego kawałka z typową dla siebie emfazą :) W naszej dorodnej grupce: nimfomanka (przyjdziecie razem, czy dojdzie sama?), niestabilna psychicznie ekolożka (ahoj studnie w Sudanie! :)) i arcymenel (pijemy, kurwa!), jestem i ja sentymentalna dziwka (Ajłanaholdjorhend).

Kiedy Tix zajęta była dobieraniem się po kolei do wszystkich sprzętów kuchennych oraz kota, którego roboczo nazwę „Puchatkiem”….



..ja i moje ręce zajęci byliśmy zastępowaniem miksera, nowym urządzeniem wielozadaniowym o wszystko mówiącej nazwie „Knixer”. A wszystko to było mniej więcej tak:

Spotkanie miało odbyć się punktualnie o 21.06. Miałyśmy bowiem piec ciasteczka. Wszyscy przyszli o 20, oprócz Miksa, który był na czas. W pośpiechu jednak zapomniał zabrać z domu miksera. Ku swej rozpaczy, instrukcja pieczenia ciasteczek brzmiała następująco: „blablablablabla….ubić na puszystą masę”.


Puszystą, kurwa, masę! – wykrzyknęła Miks z rozpaczą w głosie. W kuchni zapadła cisza jak makiem zasiał (takie zawieszenie jak w modzie na sukces, kiedy Bruk przynaje Ridżowi, że ich córka, jest synem jego brata, z romansu z jej siostrą bliźniaczką, która nieskutecznie spłonęła w katastrofie lotniczej, pod kołami samochodu jej szalonej matki, która to zresztą okazała się być zaginionym w pożarze basenu wujkiem Stiwenem).

Na szczęście nie boje się ubrudzić swoich rączek, tak więc ochoczo zabrałam się za miksowanie masy ciastkowej własnymi ręcami. Pix jak zwykle zadbała o odpowiednią oprawę muzyczną (Nas nie dogoniat), jako i również trzymała miskę, w której zawzięcie machałam rękoma, łyżkami, nożem, kotem, a także szufelką od kuwety dla wzmocnienia efektu (ma bowiem areo.. aoro, aeo, kur… aerodynamiczny (uff!) kształt)


Podczas kuchennych rewolucji doszłyśmy do wniosku, iż każda z nas powinna posiadać swoje alter ego, które od tej pory pokazywać będzie światu/gościom/rodzinie i inspekcji podatkowej.

Tix, w związku ze związkiem, otrzymała więc status nimfomanki, czyli niewiele się zmieniło. Pix zdecydowała się na stukniętą misjonarkę, której największym stresem są: studnie w Sudanie, głodne dzieci i wycinka drzew w Amazonii. Jako, że powyższa cierpi na alergię na futro zwierzęce, uznałyśmy pomysł pocierania się kotem po twarzy, za tani, skuteczny i niezawodny w materii wywołania efektu łez. Miks, jednogłośnie okrzyknięty został menelem z zespołem Tourrette’a, który dla niepoznaki będzie od tej pory chodzić w krynolinach i opowiadać o swojej babci Wiktorii, herbu trzaska.

Najedzone ciastkami, napite płynem do naczyń ( popularnie zwanym desperado) ( oraz! Ja nie, bo ja prowadzę) uznałyśmy, iż pora, aby o naszym życiu zadecydowała mo-neta ( Tymbarka nie było akurat pod ręką).

Rożek, czy reszka? – wykrzyknęła przejęta Tix. Niektórym się poszczęści, innym nie. Tak oto zadecydowały dwa złote ( właśnie! Gdzie są moje dwa złote?!)