piątek, 16 września 2011



Funny girl, make you laugh
yes, I am a party girl

czwartek, 15 września 2011

Dzisiaj rano okazało się, że mam o wiele więcej siwych włosów na głowie. Czasami można postarzeć się w kilka godzin.

Boję się. Paradoksalnie nie tego, że mi się nie uda. Wręcz przeciwnie. Boje się, że będzie odwrotnie. Że się uda. A ja nie będę wiedziała co z tym zrobić.

Nie mam najmniejszej ochoty na celebracje. Ale, jak to powiedziała mi dzisiaj pewna 60-letnia (na oko) kobieta - czasem trzeba nadstawić dupę, aby inni mogli przybić ci ogon. Przywołanie Kłapouchego było zaskakująco celne. Bo czasem jesteśmy do siebie bardzo podobni. To dla mnie ten balonik? Naprawdę dla mnie? 

To nie nowy rok. Ale mam takie oto postanowienie, aby brać sprawy w swoje ręce. I aby nie powstrzymywać się już nigdy więcej od robienia czegoś tylko dlatego, że boje się, że się nie uda.

Tymczasem Tymbark powiedział mi "Niezapomniany wieczór?;)", chociaż przez chwilę myślałam, że kapsel jest pusty i bardzo się ucieszyłam.




Ja i Janda, to trochę taki abusive relationship. Ja jej nie-znoszę, a ona ma mnie gdzieś. Ale basta, pauza, pat. I Pan mi nie zazdrości.



środa, 14 września 2011

powieść, rosyjska

Dwa lata jak tydzień. Chciałabym napisać coś mądrego, ale chyba nie umiem. Pora więc spać. Wielotomowa to powieść. Ciągle się pisze.


Czas się nie spieszy. To ja nie nadążam - parafrazując Tołstoja.

wtorek, 13 września 2011



National Portrait Gallery jest absolutnie magicznym miejscem. Pamiętam swój pierwszy raz w marcu. Od tamtej pory chciałam tam wrócić. Było warto. To jest chyba ta rzecz która dostałam tym razem. To i bajgelburgery z majomaj.

niedziela, 11 września 2011

guilty pleasure

Rozpaliłam dzisiaj jednorazowego grilla w londyńskim parku. Za pomocą podróżnego płynu do odkażania rąk...Zostałam bohaterem w swoim domu. Następnie, zawinięta w koc jak parówka w bułkę, drzemałam i myślałam absolutnie o niczym. No może tylko o tym jak fajne jest uczucie, że nic nie musisz robić i że możesz być szczęśliwy zupełnie bez powodu. A ja jestem dzisiaj szczęśliwa bez powodu.



Lubię to miasto za poczucie, że mogę  wyjść na ulicę w pidżamie lub dresie i nikt się nawet nie zdziwi, nie obejrzy, czy zaśmieje. Nie lubię za to, że mój rasizm rośnie tu o 500 punktów procentowych. Zresztą zawsze uważałam że każdy, kto nie był w Londynie lub w Stanach, nie ma prawa mówić, że jest w 100% tolerancyjny.


Mam Banksiego. Nie musiałam nawet wyłazić przez sklepik z dewocjonaliami.

Ktoś powiedział mi  o powiększającej się dziurze pomiędzy nami a marzeniami. Powiedział, że czasami żyjemy w głębi, w której nie możemy nawet drgnąć. Czasem rzeczywiście tak jest. Co nie zmienia faktu, że szczęście składa się z małych rzeczy. Błahostek. Z infantylnych radości. Guilty pleasures jak octowe czipsy i maltizersy.