niedziela, 11 września 2011

guilty pleasure

Rozpaliłam dzisiaj jednorazowego grilla w londyńskim parku. Za pomocą podróżnego płynu do odkażania rąk...Zostałam bohaterem w swoim domu. Następnie, zawinięta w koc jak parówka w bułkę, drzemałam i myślałam absolutnie o niczym. No może tylko o tym jak fajne jest uczucie, że nic nie musisz robić i że możesz być szczęśliwy zupełnie bez powodu. A ja jestem dzisiaj szczęśliwa bez powodu.



Lubię to miasto za poczucie, że mogę  wyjść na ulicę w pidżamie lub dresie i nikt się nawet nie zdziwi, nie obejrzy, czy zaśmieje. Nie lubię za to, że mój rasizm rośnie tu o 500 punktów procentowych. Zresztą zawsze uważałam że każdy, kto nie był w Londynie lub w Stanach, nie ma prawa mówić, że jest w 100% tolerancyjny.


Mam Banksiego. Nie musiałam nawet wyłazić przez sklepik z dewocjonaliami.

Ktoś powiedział mi  o powiększającej się dziurze pomiędzy nami a marzeniami. Powiedział, że czasami żyjemy w głębi, w której nie możemy nawet drgnąć. Czasem rzeczywiście tak jest. Co nie zmienia faktu, że szczęście składa się z małych rzeczy. Błahostek. Z infantylnych radości. Guilty pleasures jak octowe czipsy i maltizersy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz