czwartek, 22 września 2011


Kocham śniadanie u Tiffaniego. Zresztą cięgle do niego powracam. Chyba dlatego, że czasami robię dokładnie to samo co Holly. Staję przed szybą miejsca, do którego nie  powinnam wchodzić i wlepiona w znajdujące się tam rzeczy, pije kawę i jem bajgla. Mam dzięki temu poczucie, że to zwykłe śniadanie, nie jest już takie zwykłe. Nabiera znaczenia.

Zawsze mi się wydawało, że chodzi o to by nie popełniać w życiu tych samych błędów. Aby się ich wystrzegać. Tymczasem niedawno uświadomiłam sobie, że to zdecydowanie zbyt proste podejście. Czysta utopia. 

Nie da się ich uniknąć. Cały cymes w tym, aby za każdym razem były po prostu chociaż trochę lepsze. Moje. Mniej zwyczajne.

Usłyszałam wczoraj, że czasem, jak jest się już tak bardzo zmęczonym – wręcz fizycznie wyczerpanym, jest się w stanie „odpuścić”. Wszystkie budowane wokół bariery na chwilę puszczają i zaczyna się czuć wszystko wokół intensywniej niż kiedykolwiek dotąd. Pamiętam, że przydarzyło mi się coś takiego w Portugalii. Wdrapawszy się na wysuniętą w morze skałę, byłam tak strasznie zmęczona, że widok który zobaczyłam na jej szczycie, powalił mnie na kolana. Kawałek mango smakował mi wówczas lepiej, niż cokolwiek innego.

Takie chwile zdarzają się rzadko. Wracając do rzeczywistości, tracimy umiejętność czerpania z otoczenia wszystkimi zmysłami. Bronimy się przed nadmiarem, starannie selekcjonujemy, przepuszczamy doznania przez sito. Chyba po to, by nie zwariować.

Tymczasem chyba rzeczywiście jest tak, że każdy z nas uzależniony jest od pewnego typu emocji. Unika ich jak może po to, aby w którymś momencie odpuścić i czuć jeszcze mocniej niż dotychczas.

To trochę jak powstrzymywanie się od płaczu. Kiedy po długim czasie, pozwolimy sobie w końcu na łzy, wylatują one z nas nieprzerwanym strumieniem, przeradzając się niekiedy w  ryk. Intensywnie.

Na samym końcu rodzinę Buendiów zjadły mrówki. Tak jest i z tą piosenką.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz