sobota, 25 lutego 2012

New Jork, New Jork



Long time no hear. Byłam tu i byłam tam. Zaraz znowu będę gdzie indziej i mam wrażenie, że przyszedł czas pewnej nieprzystawalności – do miejsca, do czasu, do okoliczności. Wszystko stało się trochę płynne  - granice moje, jak i państw, które przekraczam. Wyjeżdżam i wracam. Piszę i planuje. I nie mam czasu praktycznie na nic. Nawet na sen. A moja mind mapa rozgałęzia się we wszystkie możliwe strony od hasła "things to do".

Mcqueen porażająco mówi mi o samotności. I to takiej wyjącej samotności, która wpędza w jeszcze większą samotność w procesie dążenia do tego, by choć na chwilę poczuć się lepiej. A ucieczka od tego co jest, odbywa się z każdym dniem z coraz większym wysiłkiem, który jedynie cienka granica oddziela od bólu. Wstyd, nie jest więc dla mnie wstydem. Jest dla mnie strasznym smutkiem – tak jak New Jork, New Jork – jeden z najbardziej pozytywnych szansonów, zaśpiewany w taki sposób, że wywołuje dreszcze i niesamowity ładunek współdzielonego saudade.

Może dlatego uparcie hoduje włosy? Uprawiam je systematycznie celem późniejszego zastosowania. Będę je spuszczać z wieży, w której siedzę zamknięta, mając nadzieję, że ktoś będzie wstanie wspiąć się na nich na tyle wysoko, by uwolnić mnie od permanentnego poczucia zawieszenia pomiędzy różnymi światami w mojej głowie. 

Chciałam wczoraj kupić sobie koszulkę z napisem "good things come to those who wait". Ale trzeba wiedzieć na co się czeka. A ja nie wiem. Na Godota chyba.

Shame...on me. 

Dzisiaj chcę być królem wzgórza, numerem jeden..a włóczęgowskie buty czekają na to by wyruszyć po to wszystko.
.
.
.
.
.
Jutro natomiast, mogę odwiesić je na kołek, przykryć się kołdrą i nie mieć znaczenia. 

piątek, 10 lutego 2012

na jakiś czas...

...z internetów znikam. Z gmailów, fejsbuków i bloggerów. 

marchewkowe pole


Pamiętam ten wieczór, kiedy słuchałam z Tobą tej piosenki :) Był to jeden z niewielu wieczorów kiedy ze szklanką wina normalnie rozmawiałyśmy o tym i o tamtym. I przez chwilę nie udawałam kogoś kim nie jestem.

środa, 8 lutego 2012

przybieżeli na śniadanie


I jak tu ich nie kochać?

Kiedy poranka pewnego, zaprosiłam na śniadanie kilka zacnych obywatelek miasta pięknego nadwiślańśkiego, z pewnością nie spodziewałam się zobaczyć trendseterów i wujka Staszka na imieninach u ciotki Małgorzaty w jednym.

Plan mój szczwany był i zakładał, że zgromadzenie wszystkich w jednym miejscu, oszczędzi mi przytyków o brak czasu. Zaowocowało to wielogodzinnym smażeniem omletów i grzanek, a także kacem o godzinie 20!



Nie wspomnę już nawet o uszkodzonej stopie - czyli kulminacyjnym punkcie popołudnia, który zrujnował mi  milion innych planów, czy o  korku od szampana, który prawie skosił głowę nadobnej Gabrieli. 

Osób było tysiąc sześćset, tak więc idealnie zmieściły się wszystkie (osoby) w mojej przestronnej i wyśmienicie urządzonej kuchni - gdzie niczym wspomnienie dawnej świetności pewnych czasów, peorowały o maściach rozgrzewających (co to ich nie należy z alkoholem),o psach (co to na baby) oraz o elicie tego kraju (to my).



Drugi dzień już marnuje swoje życie, przyznaje! (sprzątam, znaczy się). Jednakowoż z uśmiechem niejakim, gdyż azaliż w ręku trzymam puchar, przyznany mi przez okoliczne sklepy, z rekordowy zbyt produktów alkoholowych w ciągu ostatniego miesiąca.

Serdecznie dziękuję i zapraszam ponownie. 
Świda- Zięba mówi do mnie na łamach Tygodnika. Twierdzi, że miłość liczy się tylko wtedy, kiedy daje poczucie smaku życia, a nie jest tylko egoistycznym czerpaniem przyjemności. Dopiero interakcja z drugim człowiekiem daje nam radość. Sens życia to po prostu życie. Bo samo w sobie przecież niczemu nie służy. Kropka. 

Jakie to banalnie proste - pomyślałam. Może rzeczywiście za dużo analizujemy, zamiast mieć do wszystkiego chłopskie podejście. Jak to było? Jest pora życia, pora umierania. I tak dalej.. Chociaż przyznaje, że z tego biblijnego komunału skłaniałam się przez ostatnie kilka dni ku temu, że pora umierać i  że na bank zamarznę pod blokiem, zaraz po tym jak zamarzną mi palce, próbujące z wysiłkiem wygrzebać klucze z torebki.

Może czasami rzeczywiście nadmiar egzaltacji pozbawia nas prostych przyjemności i zamiast cieszyć się nowymi rzeczami, z uporem maniaka rozpamiętujemy stare. Taka Madame Butterfly, w wieku lat 18-tu (sic!) wbija sobie sztylet w serce (w odpowiednio monumentalnej oprawie), bo jej ukochany okazał się być bigamistą i tchórzem w dodatku. I tak, rzeczywiście - koniec życia! Pora umierać.

Antoniak z kolei kręci film o potrzebie dotyku. O tym, że wszyscy chcemy aby ktoś nas dotknął. Chcemy odrobiny intymności i bliskości, podczas gdy tak naprawdę przez większość życia jesteśmy jak niedźwiedź, który ociera się o drzewa w pobliskim lesie. 

Ech. 

niedziela, 5 lutego 2012



Kiedy myślę: "dom", wyobrażam sobie ślimaka, który nosi go na swoich plecach. Gdziekolwiek by nie był - jest w domu. Nie wiem, czy uda mi się stworzyć taki stacjonarny. Ale coby się nie działo, mam poczucie, ze z sobą zawsze mam to co dla mnie najważniejsze. Pod skorupką.

piątek, 3 lutego 2012

edge of my world



Nad szklanką czerwonego wina siedzę i myślę.

Myślę nad tym, że tyle rzeczy rozgrywa się w naszych własnych głowach. I że tworzenie w niej scenariuszy, pozbawia nas możliwości czerpania z tego co dzieje się w rzeczywistości. Albo celowo od niej uciekamy, albo próbujemy stworzyć ją na własny obraz i podobieństwo.

Tymczasem teraz wszystko zdaje się przybierać realne kształty. Rzeczy, których nie potrafiłam do tej pory wyjaśnić, stały się nieco bardziej jasne. Wystarczyło kilka puzzli, których zawsze mi brakowało. I coraz lepiej rozumiem dlaczego właśnie tak, a nie inaczej. Rozumiem, dlaczego jestem taka, a nie inna. 

Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mam wrażenie, że stoję z rozpostartymi ramionami nad przepaścią własnego świata i z bezpiecznym dystansem patrzę na to co było. I wyjątkowo nie mam ochoty na ponowny skok. 

Dziesiątkę kier noszę w portfelu. Jest dla mnie dowodem na to, że skoro z talii, można wyciągnąć dwa razy z rzędu tą samą kartę, to przeznaczenie przechyla szalę w swoją stronę, śmiejąc się w twarz biegunowi przypadku.


Idąc dzisiaj do pracy, zobaczyłam tablicę na fasadzie okolicznej kamienicy. Pomyślałam sobie, że mi też zatrzymał się czas. Długo trwałam bez ruchu jak Królewna Śnieżka, czekając na księcia, który jednym pocałunkiem wybudzi mnie z głębokiego snu. 

Książe nie przybył, zapił w Nibylandii. Skończyła mu się benzyna do konia. Lub miał inny ważny powód.
Księżniczka tymczasem, postanowiła się wyemancypować. I chociaż jest trochę bosa, to jednak w ostrogach.

                                                 
                                             Now I'm standing at the edge of my world 
                                                   And I'm looking for a place to stay 
                                                   Standing at the edge of my world... 
                                                                     And that's ok