Long time no hear. Byłam tu i byłam tam. Zaraz znowu będę gdzie indziej i mam wrażenie, że przyszedł czas pewnej nieprzystawalności – do miejsca, do czasu, do okoliczności. Wszystko stało się trochę płynne - granice moje, jak i państw, które przekraczam. Wyjeżdżam i wracam. Piszę i planuje. I nie mam czasu praktycznie na nic. Nawet na sen. A moja mind mapa rozgałęzia się we wszystkie możliwe strony od hasła "things to do".
Mcqueen porażająco mówi mi o samotności. I to takiej wyjącej samotności, która wpędza w jeszcze większą samotność w procesie dążenia do tego, by choć na chwilę poczuć się lepiej. A ucieczka od tego co jest, odbywa się z każdym dniem z coraz większym wysiłkiem, który jedynie cienka granica oddziela od bólu. Wstyd, nie jest więc dla mnie wstydem. Jest dla mnie strasznym smutkiem – tak jak New Jork, New Jork – jeden z najbardziej pozytywnych szansonów, zaśpiewany w taki sposób, że wywołuje dreszcze i niesamowity ładunek współdzielonego saudade.
Może dlatego uparcie hoduje włosy? Uprawiam je systematycznie celem późniejszego zastosowania. Będę je spuszczać z wieży, w której siedzę zamknięta, mając nadzieję, że ktoś będzie wstanie wspiąć się na nich na tyle wysoko, by uwolnić mnie od permanentnego poczucia zawieszenia pomiędzy różnymi światami w mojej głowie.
Chciałam wczoraj kupić sobie koszulkę z napisem "good things come to those who wait". Ale trzeba wiedzieć na co się czeka. A ja nie wiem. Na Godota chyba.
Shame...on me.
Shame...on me.
Dzisiaj chcę być królem wzgórza, numerem jeden..a włóczęgowskie buty czekają na to by wyruszyć po to wszystko.
.
.
.
.
.
Jutro natomiast, mogę odwiesić je na kołek, przykryć się kołdrą i nie mieć znaczenia.
.
.
.
.
.
Jutro natomiast, mogę odwiesić je na kołek, przykryć się kołdrą i nie mieć znaczenia.



