Jest jednocześnie oniryczna i ekumeniczna. Pełna jest znaczeń i symboli.
Na gałązkach bujają się: Dorota, Janek i Masza.
Są też sznurowadła, myszka Tytusa i mała Jaczewska.
Zdjęli mi dziś retencję i mam objawy po-amputacyjne. Czuję, że zabrano mi część ciała.
Last Christmas I gave you my heart i pada mi śnieg Krzysia Antkowiaka.
Na hasło poproszę coś do czytania, Pani w kiosku odpowiada "Party" oraz "Gala". Zajrzałam przekornie do Olivii.
czwartek, 6 grudnia 2012
Słowem krótkiego podsumowania:
- prawie zabiłam dwie osoby pierogami z grzybami, które sama zbierałam w lesie (okazało się, że był to TYLKO rotawirus), ale i tak doświadczenie uznać należy za przejmujące;
- po obejrzeniu maratonu filmów Bałabanowa i Róży wiem już, że nie jest tak, że nienawidzę Ruskich, czy Niemców. Nienawidzę ludzi w ogóle;
- zaczynam już mówić po rusku. Kilka dni temu opisałam w tym języku plan zagospodarowania przestrzennego;
- kliszę ze zdjęciami wywołuje już drugi miesiąc, co nie przeszkodziło mi zrobić 500 zdjęć oddziałów Pekao cyfrówką;
- drugi dzień, zamiast HTC mam zastępcze Chujawei i trafia mnie szlag;
- nie mam też (idąc tropem perypetii gsm) kontaktów w telefonie, gdyż odkryłam, że przywracanie ustawień fabrycznych takie oto pustki w telefonie robi;
- zdalnie sterowany model ciężarówki dla siostrzeńca (tak, mam już kupione niemal wszystkie prezenty gwiazdkowe:P) okazał się być świetny do przynoszenia różnych rzeczy z kuchni;
- od miesiąca chodzę spać przed północą i chyba mam narkolepsję (jak zwykle: ze skrajności w skrajność)
- kochanie, zabiłam nasze koty vs. mięso -> czyli włączyłam się w spór niby ideologiczny;
- nadal przepadam za the Walking Dead i nie jest mi ani trochę wstyd;
- z okna "sypialni" (haha) widzę napis "warta" i zyskuje na tym moja samoocena;
- spuszczono mi wpierdol w kometkę i zrozumiałam wtedy, co to znaczy "porzygać się z wysiłku";
- w Warszawie mówi się "pod poduszkę", w Olsztynie "do buta". Znalazłam dziś pod poduszką i w bucie. Jestem więc w województwie warszawsko- mazurskim
<b>Dygresja początkowa, będąca wstępem, ale tylko
pozornie</b> Jakoś mnie te wszystkie śmierci ostatnio zamiatają. Znowu spodziewam
się, że tyle rzeczy się wydarzy, mimo że statystycznie, szanse na to są
naprawdę małe. Boję się bezsilności i tego, że kiedyś (i to wcale nie w bardzo
odległej galaktyce) obudzę się w innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której
te wszystkie wykonywane przeze mnie czynności, będą się działy niczym na drodze
stąd do wieczności.
Czytałam ostatnio o dorastaniu. Zawsze
mi się wydawało, że dorastanie nieuchronnie wiąże się z dojrzewaniem. Z każdym mijającym rokiem,
niczym owoc zmieniamy kolor i miękkość.
Tymczasem chyba wszystko jest jakby odwrotnie.
Dorastanie, nie ma z dojrzewaniem często nic wspólnego. Zamiast mięknąć, robimy
się coraz twardsi, a przez to coraz mniej zainteresowani i coraz bardziej samotni.
Spadamy z drzewa i rozbijamy się o twarde podłoże, ignorancję i kolejną
podwyżkę biletów komunikacji miejskiej.
Podobno znając jedynie 5000 słów w języku obcym, jesteśmy
w stanie się z każdym native speakerem dogadać. Na lekcjach angielskiego
spotykałam wielu ludzi, którzy perfekcyjnie wypełniali testy gramatyczne i bez
wysiłku lawirowali pomiędzy past perfect a past perfect continuous i którzy
niejednokrotnie znali słów 10, 15 czy 20 tysięcy. Kiedy jednak stawali oko w
oko z obcokrajowcem – nie byli w stanie się porozumieć. Trudność sprawiał im
akcent, szybkość wypowiadanych słów, potoczność mowy i kontekst.
Masłowska zauważa, że naszą
mową ojczystą jest dziś Google
Translator – tłumacz dosłowny, którego zasób słów jest niezmierzony, a
który kontekstu nigdy nie wyłapie.
Czytając to zdanie, pomyślałam sobie, że nie jest ważne ile znasz
słów, i jak podczas swoich zabaw z ludźmi, nimi żonglujesz. Ważne jest to, czy
rozumiesz ich znaczenie.
Mamy dzisiaj takie czasy, że przyczyna rozjechała się ze skutkiem.
Słowo rozjechało się z czynem.
Rzeczy rozjechało się z wistość i odbierane jest poprzez pryzmat nadajnika lub wykupionego abonamentu.
Owce Marii Peszek giną w owczym pędzie. A ona odłącza się od stada i siada.
Siedzę i ja. Stada już nie ma. Zamiast owiec i baranów liczę (na) siebie.
Od kilku dni z pasją godną lepszej sprawy, odcinek za odcinkiem, śledzę losy żywych trupów. Tak! Serial o zombie (słownie: zombie) potrafił utrzymać mnie przed telewizorem bite 15 godzin. Z wypiekami na twarzy śledzę losy grupy ludzi starających się zwiać przed bandą powłóczących nogami głodnych kretynów.
Wracając z pracy do domu, nieustannie zastanawiam się na tym, gdzie w razie ataku zombie najlepiej byłoby się schować i dlaczego zombie bez jedzenia nie umierają. I niejako widzę w tym serialu kolejną próbę podsumowania kondycji współczesnego świata (hihi).
Zombie to być może krwista metafora korposzczurów – którzy dzień w dzień powłócząc nogami snują się w kierunku swoich metalowych puszek. Pozostali próbują uciekać, ale nie mają szans w starciu z chmarą umarlaków.
Wszystkie zombie często idą w stadzie, wydają z siebie dziwne dźwięki i mają niezwykle podobne do Courtney Love twarze. Napotykając na przeszkodę, jęczą „agghhh, baghh”, a także bulgoczą, nie starając się znaleźć innego, niż siłowo - napierające rozwiązania.
Anyway, intelektualny kwiat lotosu rodzi się w bólach w mojej głowie. Naciągnąwszy parę zwojów i kilka nawet przegrzawszy, dochodzę do wniosku, że nic z tego co się ostatnio dzieje, nie dorasta poziomem dramatyzmu do ataku żywych trupów. No a tak na marginesie nie możemy zapomnieć, że the winter is coming.
środa, 17 października 2012
Nic
nie jest mi tak bardzo bliskie, jak melancholia. Jesienna przyjaciółka, która w
najmniej spodziewanym momencie unieruchamia mój aparat mowy i skłania do
podróżowania w głąb tego, co na co dzień pozostaje w przestrzeni między
żebrami.
Idę
na dworzec Ochota i zwisam z ławki czekając na pociąg o 8:48. Często wychodzę
za późno z domu i muszę podbiegać. W pociągu czytam książkę i zwisa mi to co
czytam. Zwisa mi też to co piszę.
Wewnętrzne
pióro kreśli jednak jasną sytuację społeczną: widzę siebie siedzącą (powiedzmy na
huśtawce) i palącą papierosa. Z Akademii Muzycznej dobiega dźwięk fortepianu, a
ja bujam się w tę i z powrotem. Obraz ten nazywam „Znowu się bujam” (złoty
dwadzieścia, po raz trzeci, sprzedane). Podobieństwo do zwisania, możemy w tym
przypadku uznać za nieprzypadkowe.
Patrząc
na krajobrazy okolic Dworca Zachodniego myślę o tym, że nie umiem płakać na
bogato - co pasowało by idealnie do stworzonego naprędce w głowie obrazka. Za
to lubię mieć, Leonardzie, łzy w oczach.
Lubię, kiedy zbierają się w kąciku i napierają - mam wtedy poczucie kontroli. Ode mnie zależy,
czy popłyną dalej, czy też uschną sfrustrowane, nie pozostawiając po sobie
absolutnie żadnego wrażenia.
Czytam książkę i zatrzymuję
się na stronie 335-ej. Po raz trzeci czytam następujący akapit: Stajemy się prawdziwą rodziną. Liczyłem na
to, że już za jakieś 10 lat będziemy tak
poranieni i się nienawidzący, że sobie bardzo bliscy. Bo człowiek człowieka
najłatwiej poznaje po ranach i bliznach. Wystarczy pomacać i zapamiętać, gdzie
bolało najbardziej [I.K] – tak oto mówi Eros, który wraz z Aresem i
Hermesem zstąpił na ziemię, by wieść przez pół wieku życie człowiecze.
I
tak chyba trochę jest, że łączy nas odi et amo życia codziennego.
Kochamy i nienawidzimy – najczęściej faktycznie w tym samym momencie. Jeśli coś
przestaje być naprawdę dla nas ważne, przestajemy o tym mówić – a skoro wciąż mówimy,
oznacza to ni mniej ni więcej, że nadal ma dla nas znaczenie. Czy tego chcemy,
czy nie.
Być
może najbliżsi są nam ludzie, którzy nas ranią. W zamian my ranimy ich. To nas zbliża i łączy nierozerwalnie (być może
na zawsze). Bo ktoś, kto jest nam obojętny emocjonalnie, nie jest w stanie nas
skrzywdzić jakoś szczególnie dotkliwie. Może nam sprawić krótkotrwałą
przykrość, wkurzyć, czy zestresować – jednak w dłuższej perspektywie czasu
spływa to po nas jak po kaczce.
Stare polskie przysłowie
mówi, że wrogowie mojego wroga są moimi przyjaciółmi. Tradycja przekształcania
uczuć negatywnych w nierozerwalną nić porozumienia jest długa. Wzmacniamy więc
swoje związki poprzez zazdrość i zdradzamy z tęsknoty za tymi, których
zdradziliśmy.
Podobno
kobiety
często biorą za miłość, nieposkromioną i opętaną chęć ustawicznego
mszczenia się za zawiedzione uczucia.
Często staje się ona namiętnością silniejszą od miłości, która też
silniej niż miłość przywiązuje [S.D].
Mijając stację Warszawa
Rakowiec myślę o tym, że każdy z nas na kimś się mści. Raz bardziej, a raz
mniej. Czasem z premedytacją, a czasem mimochodem - za grzechy naszych ojców,
za grzechy naszych matek. Za to kim byliśmy i za to kim przez to jesteśmy.
Czasem za to, kim nigdy nie będziemy. Powód nie jest równoznaczny z przyczyną.
Przyczyna nie jest powodem.
Warszawa Żwirki i Wigury. Mijający
mnie tłum faluje i przyspiesza kroku. Myślę wtedy, że każdy z nas kogoś
nienawidzi. Najczęściej siebie.
Mijam kolejne wiejskie wesele i myślę o tym co mnie ominęło i o tym jak bardzo różnimy się od siebie, w obrębie sąsiadujących województw, miast powiatowych i gmin. Jak nam daleko do siebie przez te 200 km. Ludzie wsiadają do busika Garden Service i wysiadają z niego naprędce w mieście stołecznym Warszawa udając, że są tu od zawsze.
Myślę o życiu, które nie stanie się moim udziałem i oddycham z ulgą. Chyba jestem snobką.
Nie umiem poradzić sobie ze wszystkim tym, co małomiasteczkowe. Bo to co małomiasteczkowe - pełne jest żydowskiego, pedalskiego, i tego co-lu-dzie-po-wie-dzą. Mąż zdradza żonę, a winna tylko ta druga. Bo on pijany był i przecież nie jego wina.
Małomiasteczkowe jest wielkie żarcie. Piszingery i galarety z nóżek. Małomiasteczkowe są wielkie kościoły, w których co tydzień o 10:30 tłoczą się ludzie, by wysłuchać kto ile dał na witraż, a kto nie dał nic.
Małomiasteczkowa jest wreszcie Biała Sukienka, jako personifikacja kto-da-wię-cej. I chyba nawet nie chodzi mi o tą przaśność w postaci wszechobecnego akordeonu, czy lilla róż garsonek. O dreszcze przyprawia mnie nieśmiertelna dulszczyzna w wersji hard. Nowoczesna Jagna, dobijana przez współczesne wiejskie kobiety. Antek Boryna, przewracający się do rowu po kolejnym mózgojebie i kurczak bez głowy, który biegnie w moim kierunku chwilę przed tym, nim budzę się w zimnym pokoju babci. Dziewiętnasta z minutami, wysiadam pod Pałacem Kultury, uderzając głową w drzwi busika. I myślę sobie, że to miasto połyka łapczywie wszystkie małe miasteczka i cierpi na niestrawność. Podobno jesteś tym co jesz. I taka jest właśnie Warszawa - małomiasteczkowo wielkomiejska i zaskakująco mała.
niedziela, 16 września 2012
"Chleb i wino - jedz zdrowo z Biblią", nie wiem czy nadal jestem pijana, czy też na urodziny otrzymałam taką oto książkę kucharską? Małgonia najwyraźniej indoktrynuje mnie skutecznie, skoro poranna rozmowa o różnicy pomiędzy szynką, a polędwicą, przypomina mi rozważania nad gorejącym krzewem i jestem który jestem.
Rozmawiamy o miłości. O tej wyśnionej. I o tej nigdy nie spełnionej. Czekamy na siebie od urodzenia. Patrzymy czasem od niechcenia. Nie chciało mi się dzisiaj wstać z łóżka. Nie mam depresji. Zdziadziałam. Wolę poczytać, popisać, pouczyć się i pogotować. Zaczynam agregować w sobie atrybuty Magdy Gessler, Boba Budowniczego i Virginii Woolf.
Urodziny to taki moment, kiedy przez chwile zastanawiasz się nad tym, co się w ciągu pełnego roku wydarzyło. Pamiętam czterech niespodziewanych gości i życzenia nagrane na skype wiele kilometrów stąd. Pamiętam swój smutek i poranek kojota w oczach gościa piątego.
Dziś sam jestem dziadkiem i ...... bla bla bla :P
Zmieniamy przyzwyczajenia, zmieniamy smaki. Nie myślałam jednak, że można zmienić swój charakter. Zawsze lubiłam być w centrum uwagi. Bez większego problemu zawierałam znajomości i pełniłam zaszczytną rolę lwa salonowego. Tymczasem ostatnio nie radzę sobie w tłumie. Zaczyna mnie on przytłaczać, krępować i stresować. Dziwne jest to uczucie.