Krejwiany, kilkaset metrów od litewskiej granicy. Absolutna głusza i ciemność jak w babcinej piwnicy już od 16. Miejsce, gdzie cisza faktycznie dzwoni w uszach. Byłam pewna, że okoliczności przyrody wzbudzą we mnie całe pokłady pisarskiego kunsztu, a słowa same będą się pisały na klawiaturze komputera, pod moim, niemalże bezwiednym nadzorem.
Tymczasem pustka.
Mogłabym zacząć od "Mrs. Dalloway said she would buy the flowers herself" - jest tu jednak jakiś element decyzyjności, której to na ten moment absolutnie mi brakuje.
Pisanie to podobno ciężka rzemieślnicza praca i należy cierpliwie kombinować zdaniami, słowami i przenośniami, aż w końcu powstanie z tego jakiś zborny tekst. Pewnie byłoby ono dużo łatwiejsze, jakby można było napisać całkowicie wprost co się myśli i czuje. Tzn. oczywiście można, ale wtedy realne życie przemieli każde napisane słowo i odniesie je do otaczającej rzeczywistości w stosunku jeden do jednego, sprowadzając na głowę autora kłęby ciemnych, gęstych i zdecydowanie burzowych chmur.
Siedzę więc i myślę o tym, że zgodnie z regułami sztuki najpierw jest szok, potem żal i bezbrzeżny smutek, a potem złość i agresja. Okazuje się, że w moim przypadku kolejność jest w sumie dowolna - skacze sobie po stanach emocjonalnych w ciągu jednego dnia, a czasem w przeciągu jednej godziny.
Użalanie się nad sobą jest ze wszech miar poetyckie. Whyyy, och whyyyy....(teraz włączamy piosenkę "Listopad" Comy, albo "Marzec" Stankiewicz - w sumie zbieg tytułów jest dla mnie bardzo intrygujący) i możemy swobodnie usiąść i cierpieć. Możemy też leżeć i cierpieć, albo nawet (w wersji dla zaawansowanych) - stać w oknie i palić papierosa + oczywiście cierpieć.
Cierpienie uszlachetnia. Dlatego od dzisiaj możecie mi mówić Jaśnie Pani. Kto wie, może uda mi się nawet dojść do rangi książęcej? Będę wszystkich (no, prawie wszystkich) zapraszać na herbatkę fajfoklok i będziemy polować na gęsi.
No i śpiewa ten Rogucki "Moja głowa chce, moja głowa znać, jakiś powód" - pomijając kwestię stylistyki, która jakoś mnie razi, to jasna sprawa! Powód w pierwszych chwilach najłatwiej odnaleźć w sobie. Bo byłam taka i owaka. I od razu jest lepiej, a nawet gorzej.
Taka już natura człowieka, że wsadzi paluchy w otwartą ranę i będzie grzebał i grzebał. Jak głęboko, ile krwawi, jaki pocisk, czyja produkcja, czy aaaaby kształt pocisku dostatecznie opływowy? Czy postrzał przypadkowy, czy zamierzony, a może było to jednak samobójstwo. Tyle niewiadomych, tyle pytań, tyle łaaaaj.
No dobrze - znamy już przebieg zdarzeń: są ofiary, była autopsja, była wiwisekcja, była też zgoda na przeszczep organów z martwego ciała, był pogrzeb - wszyscy wokół się smucili, klepali po ramieniu, a potem wrócili do swojego życia. Do komentarzy na fejsbuku, strasznie śmiesznych statusów i wrzucaniu sobie na walla.
I wszystko mogłoby tak pięknie wyglądać, gdyby nie sny. Sny autora są strasznie perfidne. Grzebią w podświadomości i wyciągają wszystko to, co najgorsze. Odtwarzają scena po scenie, w wielorakich wersjach. Autor w tych snach zawsze kończy tak samo. Zmieniają się postacie, zmienia się krajobraz. Nie zmienia się zakończenie. I tak przez 7 godzin filmu, który na pewno nie dostanie złotej Palmy w Cannes.

