Dziewczęta "mojego pokroju" nie mają nigdy chusteczek do nosa. Widać to szczególnie zimą, kiedy to statystyczne 10% społeczeństwa smarka smętnie w rękaw podczas podróży autobusem. Taka tam kolejna obserwacja z transportu miejskiego.
Kiedyś słyszałam, że robią to całkowicie celowo, wszak idealnym motywem na podryw jest słynne „cześć, masz chusteczkę?”, które to uruchamia lawinę pasji, namiętności i uczuć longlasting.
Wczoraj zadzwoniła do mnie moja matka (w zasadzie to zadzwoniła kilka dni temu, ale ja oczywiście nie miałam czasu oddzwonić), okazało się że kliknęła coś w telefonie, zawirusowała wszystko i jeszcze pobrało jej opłatę za sms premium w kwocie 6,43.
Po kolei przeszłam z nią proces formatowania telefonu, a następnie blokowania usług ponad normatywnych. Taka w sumie kontrola rodzicielska, ale świadczona w odwrotną stronę. Jak bardzo uderzyło mnie wtedy to, że rzeczy proste i oczywiste dla mnie, jak czyszczenie cookisów, formatowanie dysku, czy przenoszenie danych z telefonu na kartę SIM, są dla moich rodziców nieosiągalne. Różnica pokoleniowa, której się trochę boję.
Co, jeśli za 20 lat ktoś będzie pokazywał mi jak włączyć i wyłączyć domowego androida? Co jeśli nie będę wiedziała gdzie kupuje się bilet na tunel czasoprzestrzenny? Jedyna nadzieja w tym, że ten świat wcale nie przetrwa tak długo, by zdążyć mnie upokorzyć nieporadnością w obsłudze urządzeń 6-tej generacji, albo zwyczajnym grzebaniem w śmietniku za butelkami po piwie.
Podobno grozi nam wszystkim piękna katastrofa. Grożący Ziemi raz na 150 lat impuls elektromagnetyczny wprost ze słońca, jest w stanie zresetować naszą cywilizację (ostatni rozbłysk miał miejsce w 1859 roku). Wyobraźmy sobie nasze przebudzenie w świecie, w którym nie ma prądu, a co za tym idzie...nie ma Facebooka, smartfonów i komputerów (i już w tym momencie 80% grupy wiekowej 15-30 umiera w konwulsjach).
Bloga pisałabym w notesie, a lajki musiałabym zbierać osobiście - długopisem. Kuchenne rewolucje Magdy Gessler, zastąpione zostałyby przez "Kuchnię w czasach apokalipsy" - czyli puszka tuńczyka na 3000 sposobów. A święto lasu - czyli brak wieczornej kąpieli, stałoby się świętem permanentnym (yay!).
Na szczęście zostałyby nam książki. Już bez towarzystwa kieliszka czerwonego wina i płyty CD odtwarzanej w tle.
Pytanie, czy my zostalibyśmy ludźmi? W to niestety szczerze wątpię - czego dowodem jest nasza wczorajsza dyskusja preepersowa. Przygotowując się na koniec świata, nie wyobrażam go sobie absolutnie w stylistyce Larsa von Tiera, czyli pięknym. Najbliższa mi jest stylistyka 30 dni potem. Każdy z nas jest nosicielem wirusa, który może uaktywnić się w chwili, kiedy wszystko to, co do tej pory znaliśmy ulegnie zniszczeniu.
I tak jak wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tak i koniec świata nie ma w sobie nic pięknego. A powód ku temu jest bardzo prosty. Pędzący rozwój cywilizacji może i zrobił ze świata globalną wioskę. Rozwój infrastruktury i cyfryzacja doprowadziła do tego, że kontakt z kimkolwiek z drugiego końca świata, jest możliwy na jedno wciśnięcie guzika. Facebook, ogłosił swój reason to believe - "to make world open and more connected".
Tymczasem, chyba nigdy w historii cywilizacji nie byliśmy sobie tak odlegli jak dzisiaj. Internetowe rozmowy o pierdołach, wyparły rzadsze, acz bardziej szczere interakcję. Zalew internetowej głupoty, pozbawia nas wrażliwości na to wszystko co piękne wokół. Zamiast być i czuć, fotografujemy rzeczywistość małymi kamerami naszych smartfonów, przegapiając tak naprawdę wszystko to co ma zapach i strukturę. Oglądając kolejne wydanie wiadomości na TVN24, bezradnie wzruszamy ramionami nad tym wszystkim, co przecież nas nie dotyczy. A pokonując codzienną drogę do pracy, nie dostrzegamy już widoku innego, niż ten na przesuwanym za pomocą naszego kciuka ekranie.
Odłączeni od prądu, będziemy się musieli nauczyć siebie od nowa.
