"You should embrace your fears and your shortcomings and quirkiness instead of fighting with them"
Czytałam ostatnio wypowiedź Lenona. Cytat jak wiele innych w internecie. Taka tam bzdura do powielania na wallach mojego ulubionego gatunku facebookowiczów. poza kiczem, który naturalnie odbił się ode mnie, w głowie zabrzmiała mi część o anulowaniu siebie.
Anulowanie - zatracanie swojej osobowości, po to by sprostać oczekiwaniom innych ludzi.
Zaczyna się od "jesteś"
Jesteś zbyt dominująca, jesteś męcząca, jesteś przemądrzała, jesteś zbyt głośna, jesteś osobą, która pali za sobą mosty. Cała masa "jesteś", prawda?
Poza jesteś, mamy jeszcze moje ulubione - "powinnaś".
Powinnaś jest o tyle lepsze, że otulone jest grubą warstwą troski, która niczym folia bąbelkowa sprawia, że masz ochotę rozgniatać ją palcami i słuchać jak pęka.
Powinnaś zachować się tak, a nie inaczej, powinnaś czuć to, a nie tamto, powinnaś być z pewnością kimś innym niż jesteś.
I tak, w którymś momencie orientujesz się, że większość czasu tracisz na dostosowywanie się do innych ludzi, na staranie się. Spalasz się w tym wszystkim na tyle skutecznie, że nie pozostaje Ci nic więcej poza poczuciem winy. Bo nadal jest nie tak.
W Małym życiu pojawia się bohater, który wykorzystany w dzieciństwie, przez całe swoje dorosłe życie przeprasza, że nie spełnia oczekiwań innych ludzi. Jest to bohater, który mnie wkurza, irytuje, przyprawia o katusze. Widzę w nim czasem siebie.
Nie wiem kiedy zaczęłam dostosowywać się do innych ludzi. Nie wiem, kiedy zaczęłam tłumić w sobie emocje i pokazywać tylko te, które są lubiane, tolerowane, pożądane. Nie wiem kiedy zaczęła się ta powolna anulacja siebie.
Wiem natomiast, że w końcu następuje taki moment, kiedy musisz się nauczyć akceptować to kim jesteś, jaki jesteś i że w ogóle jesteś. Żałuje, że nie urodziłam się w innej rzeczywistości. Być może byłabym dzisiaj kimś innym - bardziej pewnym swojej wartości, asertywnym, godnym, nie tak szorstkim, nie tak kontrolującym rzeczywistość wokół siebie.
Ołówki z gumką wymyślono dlatego, że ludzie popełniają błędy – ja też je popełniam. Każdego dnia od nowa. Czasem najgłupsze na świecie, czasem nie. I jedyną osobą, którą powinno to obchodzić i która ma prawo to oceniać powinnam być ja sama – i tak od zawsze najsurowszy obserwator wszelakich wpadek, potknięć, wywaleń, czy gradacyjnie – wypierdoleń.
A cała reszta widowni – przede wszystkim tej, która ma najsłabsze miejsca w tym spektaklu, może się ode mnie zwyczajnie <parental advisory>
Toni Erdmann zmęczył mnie psychicznie. Kolejna, po Shirley Valentine komedia, na której widownia ryczy ze śmiechu. A ja myślę sobie „z czego się kurwa śmiejecie?”. Co śmiesznego w tym, że kobieta w średnim wieku rozmawia już tylko ze ścianą? Co śmiesznego w tym, jak bardzo jesteśmy w swoich dążeniach do sukcesu samotni ? Czy samotność w tłumie otaczających nas ludzi jest taka śmieszna?
To tak naprawdę kolejne głosy w dyskusji o tym, jak bardzo jesteśmy w stanie dostosowywać się do otaczającego nas świata i jak bardzo jesteśmy w tym wszystkim nieprawdziwi. To opowieść o tym, jak bardzo nie potrafimy rozmawiać ( z sobą oczywiście, bo paplać o wszystkim i niczym z innymi ludźmi potrafimy wyborowo).
Whitney Shmuck śpiewa o największej miłości ze wszystkich – miłości do siebie. W niej znajdziesz swoją siłę mówi, nie będę szła w niczyim cieniu, bo wierzę w siebie - powtarza, polegam na sobie – wykrzykuje fałszując niemożebnie.
I tylko ten fałsz mnie przekonuje. Bo tylko on jest w tym wszystkim prawdziwy. Cała reszta to tylko
the greatest joke of all.
