czwartek, 16 lutego 2017

Czwartek again.


Zostałam dzisiaj nagłówkiem z aszdziennika. 30latka obudziła się wypoczęta, bo usnęła w trakcie Belle Epoque. 

Obudzilam się w sumie nad ranem, przekonana że zaspalam (rolety rzymskie osiągają swój cel, chociaż ja chyba wolę budzić się wraz ze swiatlem poranka za oknem).

Anyway, nie zaspalam. Wyciagnelam dłon w kierunku kota, kot ugryzl mnie w nią delikatnie - poczulam ze to nie senna maglina, a zaraz zadzwoni budzik. Zadzwonił zgodnie z planem.

Ubralam się jak trzeba i być moze osiagnelam swoj cel.

Wczoraj odwiedzilam moja Panią psycholog. Napisalam rano, wieczorem znalazla dla mnie termin. Pokonalam swoją slabosc, zaparkowalam na Saskiej Kepie rownolegle. 

150 zł za 50 minut ciaglego plakania, to chyba prawie darmo?

Dlaczego się Pani wkurza, że Pani placze, Pani Ewelino? 

To proste -odpowiadam. Kiedy placze, mam problem z mowieniem. A powinnam mowic.

Wydaje mi się ze wyplakalam caly zapas lez na ten tydzien. Dzisiaj juz nie mam ochoty plakac. Znaczy sie oplacalna inwestycja, wysokie ROI.

Dojechawszy do pracy, jestem working class hero. Wszystko robie harder, better,  faster i stronger. Pewnie dlatego, że być moze. 

Byc moze. 

Pani Edyta zapytala mnie co moze dla mnie zrobic? Nic, Pani Edyto. Nic. Dlatego jak zwykle zaproponowala mi udzial w grupie terapeutycznej, ktora pomoze mi sprawdzic siebie w relacjach z innymi ludzmi. 

Pomyslalam wtedy glosno, ze moim problemem nie sa relacje z ludzmi ogolem. Moim problemem są relacje, ktore bez sensu utrzymuje, nawet wtedy kiedy jest nam ze sobą nie po drodze.  Wot, cala historia. Ale oczywiscie mozemy to omowic przez kolejne 148h spotkan.

niedziela, 12 lutego 2017

Życie, instrukcja obsługi.

Wystawa w Zachęcie zachęciła instrukcją obsługi życia. 



Moją uwagę przyciągnęła instalacjo-książka "89 days to unhappiness". Autorka wyjeżdża w podróż naukową do Azji i odlicza prowadzące do końca jej związku dni, który ten wyjazd zapoczątkował. Sama końcówka to już tylko wyblakłe na czarnym papierze litery. 

Wystawa to ciąg różnego rodzaju znaków, które ostatnio uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Czytam je, śmieje się pod nosem i racjonalizuje. Bo tak łatwiej. Bezpieczniej. Science not fiction.

Parę lat temu uznałam za świetny żart zakup na prezent książki "Finneganów tren" Joyce'a. Po lekturze kilku pierwszych stron stwierdzam, że żart był faktycznie pyszny. Postanowiłam więc wyznaczyć sobie na ten rok dwa równie trudne cele - przeczytać tę książkę i nauczyć się parkować równolegle. Oba cele plasuje na poziomie trudności czarnego balda.

Czasem wydaje mi się, że mam co najmniej kilka osobowości - zupełnie jak bohater filmu Split. Czasami jedna z nich dominuje przez długi czas - zazwyczaj ta silna, która zawsze mnie obroni. Dzisiaj w światło wchodzi ta słabsza, która czuje się przytłoczona tym wszystkim co przede mną i za mną. Na tyle, że teraźniejszość jest jedynie ulepkiem z tego co było i będzie. Nie ma swojej struktury teraźniejszości.

Jestem dzisiaj swoją małą teorią względności. Wylądowałam na małej planecie pełnej oceanów. Boje się tego, że czas który tu mija, gdzieś indziej mija o wiele wiele szybciej. I kiedy tam wrócę, będzie już trochę za późno.

Czas jest ponoć relatywny. Może się kurczyć i rozciągać, ale nie można go cofnąć. Po prostu nie można.


 







czwartek, 9 lutego 2017

Czwartek.

Mówią, że każda zmiana jest dobra. 2017 będzie prawdopodobnie rokiem zmian. 

Całe popołudnie i  wieczór świat się kręci  w mojej głowie. Tracę równowagę, tracę grunt, mam ściśnięty mózg. Bardzo dziwne uczucie, które każe mi googlować w Internetach hasła "objawy tętniaka", czy "guz mózgu" w 3 krokach.

Bardzo dużo dziś miałam dyskusji apropos wymagań wobec ludzi. Moje podobno są "za duże". Tymczasem powoli godzę się na to, że się nie godzę i przyjdzie mi za to zapłacić jakąś cenę. 
I mimo że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował koncertowo zepsuć Ci dzień - dla równowagi znajdzie się ktoś, kto sprawi, że się uśmiechniesz pod nosem. 

Boli mnie głowa, najpewniej perseweratywnie. 


środa, 8 lutego 2017

Jak pokochać parkingi w centrach handlowych, jako parafraza książki, za ktorą nie dostanę paszportu Polityki

Środa. Parking Leclerk. 2h parkowania za darmo. Albo bardziej deskryptywnie- 30min siedzenia w aucie za free.

Na zewnątrz minus 10, ale to nic, bo wewnątrz denim 40.


Idalia Tomczak i Konrad Olszewski odprowadzają mnie do domu w popoludniowym korku z Muzo FM. Zawsze śmieje się na imię Idalia.

Dlatego o poranku pod Leclerkiem wita mnie dzisiaj Ania z audycją "Bisior i Anna"

Z głosnikow leci Skunk Anansie, a ja siedzę w zimnym już samochodzie, wbita w sukienkę, której rolą jest sprawić wrażenie. 

"Darkness come, I feel magnificent" śpiewa Skin. A ja nie jadłam śniadania, więc wpierdalam śliwkę w czekoladzie, której zresztą nie lubię. 

Śliwki w czekoladzie kojarzą mi się z ojcem, który je uwielbiał. Prawdopodobnie więc przeniosłam uczucia które miałam do niego, na bogu ducha winną śliwkę. Głębokie, wiem. 

Ostatnio zasypiam wcześnie, ale I tak ledwo wstaje z lożka. Wszystko wokół jest jakieś takie zamarźnięte.

https://youtu.be/-1Cx2TLvW2o


poniedziałek, 6 lutego 2017

Krzyk Wilhelma (ang. Wilhelm scream) – filmowy efekt dźwiękowy po raz pierwszy wykorzystany w 1951 roku w filmie Distant Drums.


 

Kiedyś chodziło się nad Wisłę i krzyczało. 
Kiedyś, to dobre słowo. Odnosi się do tego co było i tego co będzie.

środa, 1 lutego 2017

Długą drogą przez filmy i seriale metaforyzuje swoje życie.

"You should embrace your fears and your shortcomings and quirkiness instead of fighting with them"

Czytałam ostatnio wypowiedź Lenona. Cytat jak wiele innych w internecie. Taka tam bzdura do powielania na wallach mojego ulubionego gatunku facebookowiczów. poza kiczem, który naturalnie odbił się ode mnie, w głowie zabrzmiała mi część o anulowaniu siebie. 

Anulowanie - zatracanie swojej osobowości, po to by sprostać oczekiwaniom innych ludzi.

Zaczyna się od "jesteś"

Jesteś zbyt dominująca, jesteś męcząca, jesteś przemądrzała, jesteś zbyt głośna, jesteś osobą, która pali za sobą mosty. Cała masa "jesteś", prawda?

Poza jesteś, mamy jeszcze moje ulubione - "powinnaś". 

Powinnaś jest o tyle lepsze, że otulone jest grubą warstwą troski, która niczym folia bąbelkowa  sprawia, że masz ochotę rozgniatać ją palcami i słuchać jak pęka.

Powinnaś zachować się tak, a nie inaczej, powinnaś czuć to, a nie tamto, powinnaś być z pewnością kimś innym niż jesteś.

I tak, w którymś momencie orientujesz się, że większość czasu tracisz na dostosowywanie się do innych ludzi, na staranie się. Spalasz się w tym wszystkim na tyle skutecznie, że nie pozostaje Ci nic więcej poza poczuciem winy. Bo nadal jest nie tak.

Małym życiu pojawia się bohater, który wykorzystany w dzieciństwie, przez całe swoje dorosłe życie przeprasza, że nie spełnia oczekiwań innych ludzi.  Jest to bohater, który mnie wkurza, irytuje, przyprawia o katusze.  Widzę w nim czasem siebie.
Nie wiem kiedy zaczęłam dostosowywać się do innych ludzi. Nie wiem, kiedy zaczęłam tłumić w sobie emocje i pokazywać tylko te, które są lubiane, tolerowane, pożądane. Nie wiem kiedy zaczęła się ta powolna anulacja siebie. 
Wiem natomiast, że w końcu następuje taki moment, kiedy musisz się nauczyć akceptować to kim jesteś, jaki jesteś i że w ogóle jesteś.  Żałuje, że nie urodziłam się w innej rzeczywistości. Być może byłabym dzisiaj kimś innym - bardziej pewnym swojej wartości, asertywnym, godnym, nie tak szorstkim, nie tak kontrolującym rzeczywistość wokół siebie.
Ołówki z gumką wymyślono dlatego, że ludzie popełniają błędy – ja też je popełniam. Każdego dnia od nowa. Czasem najgłupsze na świecie, czasem nie. I jedyną osobą, którą powinno to obchodzić i która ma prawo to oceniać powinnam być ja sama – i tak od zawsze najsurowszy obserwator wszelakich wpadek, potknięć, wywaleń, czy gradacyjnie – wypierdoleń.
A cała reszta widowni – przede wszystkim tej, która ma najsłabsze miejsca w tym spektaklu, może się ode mnie zwyczajnie <parental advisory>
Toni Erdmann zmęczył mnie psychicznie. Kolejna, po Shirley Valentine komedia, na której widownia ryczy ze śmiechu. A ja myślę sobie „z czego się kurwa śmiejecie?”.  Co śmiesznego w tym, że kobieta w średnim wieku rozmawia już tylko ze ścianą? Co śmiesznego w tym,  jak bardzo jesteśmy w swoich dążeniach do sukcesu samotni ? Czy samotność w tłumie otaczających nas ludzi jest taka śmieszna?
To tak naprawdę kolejne głosy w dyskusji o tym, jak bardzo jesteśmy w stanie dostosowywać się do otaczającego nas świata i jak bardzo jesteśmy w tym wszystkim nieprawdziwi.  To opowieść o tym, jak bardzo nie potrafimy rozmawiać ( z sobą oczywiście,  bo paplać o wszystkim i niczym z innymi ludźmi potrafimy wyborowo). 
Whitney Shmuck śpiewa o największej miłości ze wszystkich – miłości do siebie.  W niej znajdziesz swoją siłę mówi, nie będę szła w niczyim cieniu, bo wierzę w siebie - powtarza, polegam na sobie – wykrzykuje fałszując niemożebnie.
I tylko ten fałsz mnie przekonuje. Bo tylko on jest w tym wszystkim prawdziwy. Cała reszta to  tylko

the greatest joke of all.



środa, 16 grudnia 2015

ćma barowa

Kiedy śnisz się komuś jako postać umierająca w męczarniach, która wymiotuje własną krwią - myślisz sobie będzie słabo. 

Dwa miesiące temu powiedziałam "kurczę, jestem szczęśliwa. wszystko jest takie, jak być powinno i chcę aby tak było już zawsze". Ohh nooo...I tak samo jak umiera jednorożec, kiedy powiesz "ojtam ojtam", tak samo bogowie śmieją się z Ciebie wtedy, gdy powiesz im o swoich marzeniach. 

W ciągu zaledwie kilku dni, domek z kart rozsypał się na moich oczach. Tytus the cat odszedł za tęczowy most, pociągając za sobą lawinę zdarzeń, które z krainy szczęśliwości zabrały mnie w miejsce, w którym niekoniecznie chciałabym być. 

Człowiek jest podły - do wszystkiego przywyka. Przywykłam i ja do tej nowej rzeczywistości, w której go nie ma. Pojawiła się mała Prada, która bardzo szybko zagospodarowała przestrzeń wokół nas. Zagospodarowała też całkowicie przestrzeń władzy nad moim snem (a raczej jego brakiem) - ale to nic, bo zawsze byłam sową, bynajmniej nie rannym ptaszkiem. 

Oglądałam właśnie amerykańską wersję "Otwórz oczy". Kolejny tam film o miłości niespełnionej i tym jak żyć. Płakałam jak głupia. Serio. I długo po tym, jak pojawiły się napisy końcowe, miałam wrażenie, że mogłabym płakać tak bez końca - nie wiedząc już sama nad czym tak płacze. I własnie tak - jedno wydarzenie, które wybija cię z przyzwyczajeń - z tego że coś jest, a potem nagle tego nie ma, sprawia że kompletnie tracisz grunt pod nogami.

Jest nowy kot - młody, zabawny, kochający i w dodatku przez wszystkich wokół uwielbiany. A mnie ogarnia coraz większy smutek. Umrzeć? Tego się nie robi człowiekowi.

Czuję złość, nad którą nie zawsze mogę zapanować. Przez 90% czasu trzymam w ryzach wszystko tak, jak zwykle. Może trochę bardziej przegnę z ironią, żartem, złośliwym komentarzem. Czasem wpadnę w fazę udowadniania swojej wartości, zbędnego popisu, wymądrzania, opowiadania idiotycznych historii. Przez pozostałe 10%, gdy nikogo nie ma wokół mnie i nie odgrywam konkretnej roli, złość i smutek biją się o swoje miejsce.

I na co zdała się ta cała kontrola? Pilnowałam zakręcania gazu, zamykałam drzwi i okna, pytałam "gdzie jest Tytus?" wychodząc z domu nawet na chwilę. A to i tak w niczym nie pomogło. Bo prawda jest taka, że jest całe mnóstwo rzeczy nad którymi nie mam kontroli i nigdy mieć nie będę.

Jestem jak ćma barowa Hoppera, siedzę przy barze życia i samotnie sączę kolejnego drinka. Widać mnie przez grubą szybę oświetlonego pomieszczenia, do którego nikt nie wchodzi.