Boimy się samotności. Samotność sprawia, że nie możemy spać sami, bojąc się czegoś
nieokreślonego. Bo przecież chyba nie potworów z szafy lub spod łóżka?
Być może nagle zdobytej
przestrzeni? A może patrzenia w sufit o poranku i braku chęci by wstać?
Pamiętam dobrze momenty,
kiedy przerażona samotnością /w postaci wolnego czasu/, panicznie próbowałam
wypełnić sobie każdy dzień, godzinę, czy minutę. Jakby zwyczajne czytanie
książki w domu, miało mnie przyprawić o wysypkę, a samotny sen, zakończyć się
bezdechem nocnym i cichą śmiercią, której nikt na pewno nie zauważy.
I dopiero po dłuższym czasie,
zdałam sobie sprawę, że to nie samotność uwalnia potwory. Że przecież żaden
potwór nie złapie mnie za nogę wystającą spod kołdry kiedy śpię. To wszystko
dzieje się dopiero wtedy, kiedy śpi rozum.
Ktoś, kto był dla nas kiedyś
bardzo ważny, nigdy tak naprawdę nie istniał. Przynajmniej nie tak, jak
istnieje drzewo, szafa, czy Sejm na Wiejskiej. Kiedy przestajemy myśleć, potrafimy tworzyć w swoich głowach
wizje idealne. Potrafimy wszystko wytłumaczyć lepiej niż naukowcy teorię ewolucji.
I niezauważalnie przestajemy dostrzegać różnicę pomiędzy rzeczywistością, a tym
co dzieje się tylko i wyłącznie w naszej głowie.
Miłość niespełniona to trochę
jak schizofrenia. Swoiste rozszczepienie. Budzimy się na krótką chwilę i mówimy
sobie, że tak być nie może. Że dosyć. Że koniec. Po czym znowu zapadamy w sen i
pozwalamy na jeszcze więcej niż podczas ostatniej „drzemki”.
Są ludzie, których zdolności
interpersonalne (a raczej ich brak) nie pozwalają im na swobodne poznawanie
innych ludzi. Są też jednostki, które nie mając z tym żadnego problemu, nie są
w stanie poznać samych siebie. I tak sobie myślę, że przecież dopóty, dopóki
nie poznamy siebie samych, nie jesteśmy w stanie pozwolić komukolwiek na to, by
poznał nas. Chowamy się więc pod kołdrą i ciągle boimy się wyjść. Śpimy tylko
przy zapalonym świetle, zamki w drzwiach szczelnie zamknięte.
W podróży samotność jest podobno najtrudniejsza, bo nie
pozwala się ukryć przed własnymi myślami. Wtedy można je jedynie porządkować i
nadawać im odpowiednia kolejność. I tak jak jegomość Bouvier skłaniam się ku stwierdzeniu, że
na końcu pewnej drogi, otrzymujemy zupełnie coś innego, niż to, po co się
udawaliśmy. Dosłownie i w przenośni.


