poniedziałek, 24 września 2012

Borynowie pakują słoiki i udają się do stolicy

Trakt brzeski. Droga Terespol-Warszawa. 

Mijam kolejne wiejskie wesele i myślę o tym co mnie ominęło i o tym jak bardzo różnimy się od siebie, w obrębie sąsiadujących województw, miast powiatowych i gmin. Jak nam daleko do siebie przez te 200 km. Ludzie wsiadają do busika Garden Service i wysiadają z niego naprędce w mieście stołecznym Warszawa udając, że są tu od zawsze.

Myślę o życiu, które nie stanie się moim udziałem i oddycham z ulgą. Chyba jestem snobką.

Nie umiem poradzić sobie ze wszystkim tym, co małomiasteczkowe. Bo to co małomiasteczkowe -  pełne jest żydowskiego, pedalskiego, i tego co-lu-dzie-po-wie-dzą. Mąż zdradza żonę, a winna tylko ta druga. Bo on pijany był i przecież nie jego wina. 

Małomiasteczkowe jest wielkie żarcie. Piszingery i galarety z nóżek. Małomiasteczkowe są wielkie kościoły, w których co tydzień o 10:30 tłoczą się ludzie, by wysłuchać kto ile dał na witraż, a kto nie dał nic. 

Małomiasteczkowa jest wreszcie Biała Sukienka, jako personifikacja kto-da-wię-cej.

I chyba nawet nie chodzi mi o tą przaśność w postaci wszechobecnego akordeonu, czy lilla róż garsonek. O dreszcze przyprawia mnie nieśmiertelna dulszczyzna w wersji hard. Nowoczesna Jagna, dobijana przez współczesne wiejskie kobiety. Antek Boryna, przewracający się do rowu po kolejnym mózgojebie i kurczak bez głowy, który biegnie w moim kierunku chwilę przed tym, nim budzę się w zimnym pokoju babci.


Dziewiętnasta z minutami, wysiadam pod Pałacem Kultury, uderzając głową w drzwi busika. I myślę sobie, że to miasto połyka łapczywie wszystkie małe miasteczka i cierpi na niestrawność. Podobno jesteś tym co jesz. I taka jest właśnie Warszawa - małomiasteczkowo wielkomiejska i zaskakująco mała.


niedziela, 16 września 2012


"Chleb i wino - jedz zdrowo z Biblią", nie wiem czy nadal jestem pijana, czy też na urodziny otrzymałam taką oto książkę kucharską? Małgonia najwyraźniej indoktrynuje mnie skutecznie, skoro poranna rozmowa  o różnicy pomiędzy szynką, a polędwicą, przypomina mi rozważania nad gorejącym krzewem i jestem który jestem.

Rozmawiamy o miłości. O tej wyśnionej. I o  tej nigdy nie spełnionej. Czekamy na siebie od urodzenia. Patrzymy czasem od niechcenia. Nie chciało mi się dzisiaj wstać z łóżka. Nie mam depresji. Zdziadziałam. Wolę poczytać, popisać, pouczyć się i  pogotować. Zaczynam agregować w sobie atrybuty Magdy Gessler, Boba Budowniczego i Virginii Woolf. 

Urodziny to taki moment, kiedy przez chwile zastanawiasz się nad tym, co się w ciągu pełnego roku wydarzyło. Pamiętam czterech niespodziewanych gości i życzenia nagrane na skype wiele kilometrów stąd. Pamiętam swój smutek i poranek kojota w oczach gościa piątego.

Dziś sam jestem dziadkiem i ...... bla bla bla :P


Zmieniamy przyzwyczajenia, zmieniamy smaki. Nie myślałam jednak, że można zmienić swój charakter. Zawsze lubiłam być w centrum uwagi. Bez większego problemu zawierałam znajomości i pełniłam zaszczytną rolę lwa salonowego. Tymczasem ostatnio nie radzę sobie w tłumie. Zaczyna mnie on przytłaczać, krępować i stresować. Dziwne jest to uczucie. 


sobota, 8 września 2012



Cały dzień sprzątania i kombinowania, jak upchnąć 3 tony ubrań w relatywnie małej szafie. Tytus dumnie kroczy po 50 metrach włości. A ja czuję, że (ledwo) żyję. Tammi Terrell tak ślicznie śpiewa, że czuje się trochę jak jej piosenka. Jakieś takie wewnętrzne "nanana".

Nocami uczę się ruskiego. Kaligrafuje literki w zeszycie w trzy linie, powtarzając na głos  historyjkę o kocie Antona i kontakcie. Rozkręcam i skręcam meble. Odnajduje też przedziwną przyjemność w używaniu wkrętarko - wiertarki.

Nieznośnie zdrabniam i sama mam ochotę przytrzasnąć sobie z tego tytułu głowę drzwiami. Podśpiewuje w czasie zmywania naczyń i płacze na filmie o pluszowym misiu. Koza gra na skrzypcach, a poza tym wszyscy zdrowi.  

  

środa, 29 sierpnia 2012

Mniej piszę, ale może nieco lepiej, bo nie jest to strumień świadomości wylewany bez ładu i składu na internetowe kartki, tylko coś co dobrze przemyślę? Ale pewnie wszyscy na swój sposób się zmieniamy w tym, co i jak robimy.

Kasia staje się "słitaśna" publicznie (chociaż pewnie w głębi duszy zawsze taka była) i z szańców wegetarianizmu, feminizmu i ekologii, zatrzymuje się na chwilę po to, by opowiedzieć o tym, co tak naprawdę dla niej ważne - lokalnie, a nie globalnie. Bo wojujące feministki też obierają kartofle - z tą różnicą, że wtedy kiedy chcą i dla kogo chcą.

Martó siedzi w rozgrzanym do czerwoności pociągu nach Budapest. Spalona słońcem czyta "Podróż" i cytuje mi fragmenty. Wiem jednak, że przede wszystkim myśli o shared bathroom w hostelu Pest oraz o magnesie z napisem Balaton, którego nie ma. 

Najpiękniejsza ze zwierzyńca siada wieczorami w oknie i paląc wolno papierosa rozmyśla nad insanity, które  dosłowne jest i w przenośni. I po kilku tygodniach okazuje się, że coś jest źle. Wujek google udziela odpowiedzi, ale tylko dosłownie. Bo w przenośni nigdy nie wiadomo. 

Tytus pyta Pau o drogę do Chin. Mój kochany mandnaryński kotek lubi sikać do walizki dzień przed wyjazdem. Lubi też wymiotować na pościel w środku nocy i szaleje z głodu 24/7.

Synapsa wyjada resztki czekoladek z Moskwy, przegryzając rybą w pomidorach z terminem ważności 2013 i skrobiąc jednocześnie łyżeczką od herbaty po dnie słoika Nutelli (nie ufam ludziom, którzy nie lubią czekolady i to się zawsze sprawdza).

Zostawiłam jej bardzo mało prowiantu i nagle myślę, że gdybym w tym kraju na W (H?) dojadała, to teraz stanęłoby mi w gardle. 

Pociąg jedzie, krajobraz się zmienia.

Secrets of Sahara włączyło się w ipodzie w trybie shuffle. I pomyślałam sobie, że był to przecież strasznie denny serial, z wyjątkowo beznadziejnym włoskim dubbingiem. A i tak niezmiennie pozostawał w mojej pamięci, jako jedno z najfajniejszych wspomnień dzieciństwa. Tak jest i chyba z sogenante miłością. Kochamy nie dlatego, że ktoś jest piękny, mądry, ładnie ubrany, czy uposażony (jakkolwiek by tego ostatniego nie rozumieć), ale dlatego, że czujemy się jak przy tym durnym dubbingowanym serialu. Beztrosko. Z dziecinną ciekawością, otwartą buzią i niewypowiedzianym na głos "co będzie dalej?".

Podobno nie jest tak, że niespełnione marzenia kończą się tragedią. Tragedią kończą się marzenia spełnione. Tak pisze Dygat i tak go cytuje MariPaz. A ja myślę, że wszystko jest kwestią naturalności. Bo zarówno egzaltacja, jak i powściągliwość są jak niemiecki lektor w romantycznym filmie ona i on, ona i ona, oraz on i on.

Nad brzegiem pewnej rzeczki, siedziały sobie smuteczki.

Jeden był o tym, że szczęścia jest jakby za mało, by starczyło wszystkim. Jest jak za krótkie spodnie. Jak dziura na kolanie, gdy nie ma z czego przyszyć łaty i jak moje japonki, które po 4 latach używania, starły się do grubości pół milimetra.

Drugi był o tym, że czasem wybieramy łatwiejsze szczęście, "robimy to co trzeba", rezygnujemy z tak wielu rzeczy tylko po to, by zadowolić innych. Mieszkamy tu, a nie tam, uczymy się "zawodu", chodzimy utartymi ścieżkami, które oświetla żarówka osram. 

A trzeci o tym, że nie umiem być już tak beztroska jak kiedyś i być może zbyt wielu rzeczy się boje. Że samolot ucieknie, że dostane mandat za picie piwa na ulicy, że to i że tamto.

Czwarty smuteczek mówi o tym, że ryba za 3000 HUF okazała się być karpiem, a piąty o tym, że upiłam się winem o 13.

Nad brzegiem Balatonu usiadłam więc i płakałam. Nad brzegiem Balatonu usiadłam też i kochałam.



niedziela, 12 sierpnia 2012


Mam czasami wrażenie, że moje życie przebiega właśnie w takim tempie, jak ten teledysk. Teraz Ja, Ty.  Teraz Ty, Ja. Coś jakby nie wiem. Yo!

Szukanie mieszkania to droga przez mękę. Operacja logistyczna na wysoką skalę. Podziwianie minionej epoki - w postaci drewnianej boazerii i PCV vs. panele z Castoramy i kiczowaty styl nowego budownictwa. Doprawdy, wybór jest naprawdę trudny.

Bilety na samolot, rezerwacje hoteli, planowanie (jak spakować się w bagaż podręczny na 2 tygodnie ?), kot musi mieć chrupki, 4-ty tydzień naprawiania Stefana, wymiana kontaktu i milion sześćset innych „drobiazgów”.  Hell yeah!

A w między czasie rozkmina nad kondycją własną i świata. Nad tym, co kiedyś nazwać mogłam ideałami i tym, co teraz nazywam rzeczywistością. Moment, w którym zaczynasz zdawać sobie sprawę z faktu, że podświadomie sabotujesz wszystkie relacje, w które wchodzisz, jest jak kop w przeponę (co w zasadzie i tak mi się tym razem należało).  

Spotykasz się z kimś, kto daje ci w metafizyczną mordę z precyzją i regularnością godną szwajcarskiego zegarka i brniesz w to coraz głębiej tak,  jakby to była najważniejsza rzecz w twoim życiu.  Marzysz o normalnej relacji z osobą, która nigdy nie będzie w stanie w taką relację wejść. Dajesz z siebie wszystko, obwiniając się jednocześnie za to, że to za mało. I dopóty, dopóki nie upodlisz się ostatecznie, nie jesteś w stanie dopuścić do świadomości, że pora dać sobie siana.

Płacz, tego tak naprawdę Ci brak
Patrz, to jest jak powolne umieranie
Wypluj mnie już, niech się stanie

Tymczasem, kiedy spotkasz na swojej drodze wszystko to, o czym zawsze marzyłeś - kogoś, kogo bez wahania można nazwać normalnym… Wtedy jest za spokojnie? Dzień bez kopa - dniem straconym?

Nazwać to można naturą ludzką. Nazwać można też prościej – głupotą. Wszyscy jesteśmy dziećmi swoich rodziców i są pewne rzeczy, których nie da się przeskoczyć. Z drugiej strony, nie można się tym usprawiedliwiać w nieskończoność. Na własne życzenie fundujemy sobie w ten sposób nieszczęście, przeplatane na krótki moment kolejną porcją złych emocji, od których prędzej czy później się uzależniamy.

Lubię patrzeć na Twój uśmiech i lubię robić ci śniadanie. Niech się stanie.

sobota, 4 sierpnia 2012

finneganów tren

Jestem marudna. Jestem też wypadkową pedantyzmu mojej matki, hultajstwa mojego ojca i MatkiPolkiSiatkarki - babci. Ogólnie, często też miewam wypadki.

Jestem niepoprawnym romantykiem. Pewnie dlatego wzruszam się na serialach - płaczę gdy ktoś umiera, albo mówi, że kocha. Czasami przewijam te sceny do początku i znowu płaczę. Czytam właśnie, że Melanie  odeszła od Antonia. Johny odchodzi od Vanessy, a Kristen zdradziła Roberta. Jest mi smutno, gdy bohaterowie pop kultury stają się Robinsonami. Kolejna fala, wyrzuca ich na brzeg samotnej wyspy. Tak jak i nas, bohaterów mass marketu. Przynajmniej w tym punkcie się spotykamy. My i Oni.

Mamy już sierpień. Chciałam przystanąć o godzinie 17, tak jak i chce od wielu wielu dni. Pociąg Kolei Mazowieckich zawsze się spóźnia, ciągle gdzieś stoi i wiecznie jest poza rozkładem, tymczasem o 17-ej jechał dalej. Jak gdyby nigdy nic.

Mam wrażenie, że rok temu, było dwa lata temu - powiedziała. Przypadek, czy zakrzywienie czasoprzestrzeni? Wszystko/większość, uległo zmianie. Zmieniają się ludzie, zmieniamy mieszkanie, szybkość internetu i stosunek do.

Jedni potrzebują odpoczynku od drugich- od ich problemów, zawiłych historii i komentarzy rzeczywistości. Inni potrzebują czegoś na kształt bufora bezpieczeństwa i zapewnienia, że to se nevrati, se nevrati. 

Finneganów tren. Finneganów tren.











czwartek, 26 lipca 2012

El sueño de la razon produce monstruos

Boimy się samotności. Samotność sprawia, że nie możemy spać sami, bojąc się czegoś nieokreślonego. Bo przecież chyba nie potworów z szafy lub spod łóżka?
Być może nagle zdobytej przestrzeni? A może patrzenia w sufit o poranku i braku chęci by wstać?

Pamiętam dobrze momenty, kiedy przerażona samotnością /w postaci wolnego czasu/, panicznie próbowałam wypełnić sobie każdy dzień, godzinę, czy minutę. Jakby zwyczajne czytanie książki w domu, miało mnie przyprawić o wysypkę, a samotny sen, zakończyć się bezdechem nocnym i cichą śmiercią, której nikt na pewno nie zauważy.

I dopiero po dłuższym czasie, zdałam sobie sprawę, że to nie samotność uwalnia potwory. Że przecież żaden potwór nie złapie mnie za nogę wystającą spod kołdry kiedy śpię. To wszystko dzieje się dopiero wtedy, kiedy śpi rozum.

Ktoś, kto był dla nas kiedyś bardzo ważny, nigdy tak naprawdę nie istniał. Przynajmniej nie tak, jak istnieje drzewo, szafa, czy Sejm na Wiejskiej. Kiedy przestajemy myśleć, potrafimy tworzyć w swoich głowach wizje idealne. Potrafimy wszystko wytłumaczyć lepiej niż naukowcy teorię ewolucji. I niezauważalnie przestajemy dostrzegać różnicę pomiędzy rzeczywistością, a tym co dzieje się tylko i wyłącznie w naszej głowie.

Miłość niespełniona to trochę jak schizofrenia. Swoiste rozszczepienie. Budzimy się na krótką chwilę i mówimy sobie, że tak być nie może. Że dosyć. Że koniec. Po czym znowu zapadamy w sen i pozwalamy na jeszcze więcej niż podczas ostatniej „drzemki”.


Są ludzie, których zdolności interpersonalne (a raczej ich brak) nie pozwalają im na swobodne poznawanie innych ludzi. Są też jednostki, które nie mając z tym żadnego problemu, nie są w stanie poznać samych siebie. I tak sobie myślę, że przecież dopóty, dopóki nie poznamy siebie samych, nie jesteśmy w stanie pozwolić komukolwiek na to, by poznał nas. Chowamy się więc pod kołdrą i ciągle boimy się wyjść. Śpimy tylko przy zapalonym świetle, zamki w drzwiach szczelnie zamknięte.    

W podróży samotność jest podobno najtrudniejsza, bo nie pozwala się ukryć przed własnymi myślami. Wtedy można je jedynie porządkować i nadawać im odpowiednia kolejność. I tak jak jegomość Bouvier skłaniam się ku stwierdzeniu, że na końcu pewnej drogi, otrzymujemy zupełnie coś innego, niż to, po co się udawaliśmy. Dosłownie i w przenośni.