poniedziałek, 24 grudnia 2012

chińskie ciasteczko



Są dwa rodzaje miłości. Miłość – uczucie i miłość – zależność.

Miłość uczucie jest całkowicie bezosobowa – w pełni pochłania człowieka, jej przedmiot może być zupełnie absurdalny. Jeśli uczucie to jest desperackie, nie ma sensu przeklinać samego siebie – trzeba je przecierpieć i pozwolić, żeby jego widoczna absurdalność sprawiła, by szybciej przeminęło.

Przez absurdalność nie rozumiem niemoralności. Uczucie o którym mówię, jest zarówno amoralne jaki i bezosobowe. Palące policzki; ziemia usuwająca się spod stóp.

Powiedzieć kocham , kiedy odczuwa się ten rodzaj uczucia, jest czymś aroganckim. Chodzi tu bowiem o „miłość”, która przypadkiem bierze człowieka w posiadanie i nakierowuje na X. Gdy jednak mamy do czynienia z drugim z podstawowych rodzajów miłości – miłością zależnością – można powiedzieć „kocham”; „ja” w tym czasowniku jest wręcz ważniejsze niż „kocham”.

Susan Sontag "Odrodzona"


Jestem podobno trochę jak Susan, chociaż socjonika mówi co innego. Tymczasem czytając niektóre fragmenty, czuje się tak, jakbym sama je pisała - używając jedynie innych, niż w rzeczywistości, dat i imion.

Pakuję prezenty i przypominam sobie, że kiedyś kupiłam tacie maszynkę do golenia Gilette. Bardzo długo na nią oszczędzałam i strasznie się cieszyłam, że udało mi się kupić taaaaki prezent. Dzisiaj taka maszynka, to byłoby za mało. To coś, co samemu kupujesz sobie w Rossmanie, jak chleb w osiedlowym sklepie. I w czasach, w których pozostaje nam kupować sobie wzajemnie już tylko gadżety, ciężko jest sprawić komuś radość gwiazdkowym prezentem. 

Rozgryzam ciasteczko z chińską wróżbą (Nazywom się chińskie ciasteczko. Składom się z mąki, cukru, jajek, oleju, waniliowego aromatu, szczypty soli, migdału bez skórki i mądrości  I.K.), a  Annie Leibowitz siedzi w Olsztynie i telefonicznie poddaje mi pomysł napisania powieści pt. "Miłośnik wulkanów". 


A ja, na kuchennej ścianie, gram w scrable sama ze sobą. 

piątek, 14 grudnia 2012

Choinka, jako chory sen autora


Choinka w tym roku, jest własną po raz pierwszy.
Jest jednocześnie oniryczna i ekumeniczna. Pełna jest znaczeń i symboli.
Na gałązkach bujają się: Dorota, Janek i Masza.
Są też sznurowadła, myszka Tytusa i mała Jaczewska. 

Zdjęli mi dziś retencję i mam objawy po-amputacyjne. Czuję, że zabrano mi część ciała.

Last Christmas I gave you my heart i pada mi śnieg Krzysia Antkowiaka.

Na hasło poproszę coś do czytania, Pani w kiosku odpowiada "Party" oraz "Gala". Zajrzałam przekornie do Olivii. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Słowem krótkiego podsumowania:
- prawie zabiłam dwie osoby pierogami z grzybami, które sama zbierałam w lesie (okazało się, że był to TYLKO rotawirus), ale i tak doświadczenie uznać należy za przejmujące;
- po obejrzeniu maratonu filmów Bałabanowa i Róży wiem już, że nie jest tak, że nienawidzę Ruskich, czy Niemców. Nienawidzę ludzi w ogóle;
- zaczynam już mówić po rusku. Kilka dni temu opisałam w tym języku plan zagospodarowania przestrzennego;
- kliszę ze zdjęciami wywołuje już drugi miesiąc, co nie przeszkodziło mi zrobić 500 zdjęć oddziałów Pekao cyfrówką;
- drugi dzień, zamiast HTC mam zastępcze Chujawei i trafia mnie szlag;
- nie mam też (idąc tropem perypetii gsm) kontaktów w telefonie, gdyż odkryłam, że przywracanie ustawień fabrycznych takie oto pustki w telefonie robi;
- zdalnie sterowany model ciężarówki dla siostrzeńca (tak, mam już kupione niemal wszystkie prezenty gwiazdkowe:P) okazał się być świetny do przynoszenia różnych rzeczy z kuchni;
- od miesiąca chodzę spać przed północą i chyba mam narkolepsję (jak zwykle: ze skrajności w skrajność)
- kochanie, zabiłam nasze koty vs. mięso -> czyli włączyłam się w spór niby ideologiczny;
- nadal przepadam za the Walking Dead i nie jest mi ani trochę wstyd;
- z okna "sypialni" (haha) widzę napis "warta" i zyskuje na tym moja samoocena;
- spuszczono mi wpierdol w kometkę i  zrozumiałam wtedy, co to znaczy "porzygać się z wysiłku";
- w Warszawie mówi się "pod poduszkę",  w Olsztynie "do buta". Znalazłam dziś pod poduszką i w bucie. Jestem więc w województwie warszawsko- mazurskim

środa, 14 listopada 2012

Granice Twojego języka, są granicami Twojego świata, czyli o tym jak przypadkowo parafrazuje Wittgensteina


<b>Dygresja początkowa, będąca wstępem, ale tylko pozornie</b> Jakoś mnie te wszystkie śmierci ostatnio zamiatają. Znowu spodziewam się, że tyle rzeczy się wydarzy, mimo że statystycznie, szanse na to są naprawdę małe. Boję się bezsilności i tego, że kiedyś (i to wcale nie w bardzo odległej galaktyce) obudzę się w innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której te wszystkie wykonywane przeze mnie czynności, będą się działy niczym na drodze stąd do wieczności.
Czytałam ostatnio o dorastaniu. Zawsze mi się wydawało, że dorastanie nieuchronnie wiąże się z  dojrzewaniem. Z każdym mijającym rokiem, niczym owoc zmieniamy kolor i miękkość.

Tymczasem chyba wszystko jest jakby odwrotnie. Dorastanie, nie ma z dojrzewaniem często nic wspólnego. Zamiast mięknąć, robimy się coraz twardsi, a przez to coraz mniej zainteresowani i coraz bardziej samotni. Spadamy z drzewa i rozbijamy się o twarde podłoże, ignorancję i kolejną podwyżkę biletów komunikacji miejskiej.

Podobno znając jedynie 5000 słów w języku obcym, jesteśmy w stanie się z każdym native speakerem dogadać. Na lekcjach angielskiego spotykałam wielu ludzi, którzy perfekcyjnie wypełniali testy gramatyczne i bez wysiłku lawirowali pomiędzy past perfect a past perfect continuous i którzy niejednokrotnie znali słów 10, 15 czy 20 tysięcy. Kiedy jednak stawali oko w oko z obcokrajowcem – nie byli w stanie się porozumieć. Trudność sprawiał im akcent, szybkość wypowiadanych słów, potoczność mowy i kontekst.

Masłowska zauważa, że naszą mową ojczystą jest dziś Google Translator – tłumacz dosłowny, którego zasób słów jest niezmierzony, a który kontekstu nigdy nie wyłapie.

Czytając to zdanie, pomyślałam sobie, że nie jest ważne ile znasz słów, i jak podczas swoich zabaw z ludźmi, nimi żonglujesz. Ważne jest to, czy rozumiesz ich znaczenie. 


piątek, 26 października 2012

the winter is coming

Mamy dzisiaj takie czasy, że przyczyna rozjechała się ze skutkiem.

Słowo rozjechało się z czynem.

Rzeczy rozjechało się z wistość i odbierane jest poprzez pryzmat nadajnika lub wykupionego abonamentu.

Owce Marii Peszek giną w owczym pędzie.  A ona odłącza się od stada i siada.

Siedzę i ja. Stada już nie ma. Zamiast owiec i baranów liczę (na) siebie.   

Od kilku dni z pasją godną lepszej sprawy, odcinek za odcinkiem, śledzę losy żywych trupów. Tak! Serial o zombie (słownie: zombie) potrafił utrzymać mnie przed telewizorem bite 15 godzin. Z wypiekami na twarzy śledzę losy grupy ludzi starających się zwiać przed bandą powłóczących nogami głodnych kretynów.

Wracając z pracy do domu, nieustannie zastanawiam się na tym, gdzie w razie ataku zombie najlepiej byłoby się schować i dlaczego zombie bez jedzenia nie umierają. I niejako widzę w tym serialu kolejną próbę podsumowania kondycji współczesnego świata (hihi).

Zombie to być może krwista metafora korposzczurów – którzy dzień w dzień powłócząc nogami snują się w kierunku swoich metalowych puszek. Pozostali próbują uciekać, ale nie mają szans w starciu z chmarą umarlaków.

Wszystkie zombie często idą w stadzie, wydają z siebie dziwne dźwięki i mają niezwykle podobne do Courtney Love twarze. Napotykając na przeszkodę, jęczą „agghhh, baghh”, a także bulgoczą, nie starając się znaleźć innego, niż siłowo - napierające rozwiązania.

Anyway, intelektualny kwiat lotosu rodzi się w bólach w mojej głowie. Naciągnąwszy parę zwojów i kilka nawet przegrzawszy, dochodzę do wniosku, że nic z tego co się ostatnio dzieje,  nie dorasta poziomem dramatyzmu do ataku żywych trupów. No a tak na marginesie nie możemy zapomnieć, że  the winter is coming.


środa, 17 października 2012



Nic nie jest mi tak bardzo bliskie, jak melancholia. Jesienna przyjaciółka, która w najmniej spodziewanym momencie unieruchamia mój aparat mowy i skłania do podróżowania w głąb tego, co na co dzień pozostaje w przestrzeni między żebrami.

Idę na dworzec Ochota i zwisam z ławki czekając na pociąg o 8:48. Często wychodzę za późno z domu i muszę podbiegać. W pociągu czytam książkę i zwisa mi to co czytam.  Zwisa mi też to co piszę.

Wewnętrzne pióro kreśli jednak jasną sytuację społeczną: widzę siebie siedzącą (powiedzmy na huśtawce) i palącą papierosa. Z Akademii Muzycznej dobiega dźwięk fortepianu, a ja bujam się w tę i z powrotem. Obraz ten nazywam „Znowu się bujam” (złoty dwadzieścia, po raz trzeci, sprzedane). Podobieństwo do zwisania, możemy w tym przypadku uznać za nieprzypadkowe.

Patrząc na krajobrazy okolic Dworca Zachodniego myślę o tym, że nie umiem płakać na bogato - co pasowało by idealnie do stworzonego naprędce w głowie obrazka. Za to lubię mieć, Leonardzie,  łzy w oczach. Lubię, kiedy zbierają się w kąciku i napierają -  mam wtedy poczucie kontroli. Ode mnie zależy, czy popłyną dalej, czy też uschną sfrustrowane, nie pozostawiając po sobie absolutnie żadnego wrażenia.

Czytam książkę i zatrzymuję się na stronie 335-ej. Po raz trzeci czytam następujący akapit: Stajemy się prawdziwą rodziną. Liczyłem na to, że już za jakieś 10 lat  będziemy tak poranieni i się nienawidzący, że sobie bardzo bliscy. Bo człowiek człowieka najłatwiej poznaje po ranach i bliznach. Wystarczy pomacać i zapamiętać, gdzie bolało najbardziej [I.K] – tak oto mówi Eros, który wraz z Aresem i Hermesem zstąpił na ziemię, by wieść przez pół wieku życie człowiecze.

I tak chyba trochę jest, że łączy nas odi et amo życia codziennego. Kochamy i nienawidzimy – najczęściej faktycznie w tym samym momencie. Jeśli coś przestaje być naprawdę dla nas ważne, przestajemy o tym mówić – a skoro wciąż mówimy, oznacza to ni mniej ni więcej, że nadal ma dla nas znaczenie. Czy tego chcemy, czy nie.

Być może najbliżsi są nam ludzie, którzy nas ranią. W zamian my ranimy ich.  To nas zbliża i łączy nierozerwalnie (być może na zawsze). Bo ktoś, kto jest nam obojętny emocjonalnie, nie jest w stanie nas skrzywdzić jakoś szczególnie dotkliwie. Może nam sprawić krótkotrwałą przykrość, wkurzyć, czy zestresować – jednak w dłuższej perspektywie czasu spływa to po nas jak po kaczce.

Stare polskie przysłowie mówi, że wrogowie mojego wroga są moimi przyjaciółmi. Tradycja przekształcania uczuć negatywnych w nierozerwalną nić porozumienia jest długa. Wzmacniamy więc swoje związki poprzez zazdrość i  zdradzamy z tęsknoty za tymi, których zdradziliśmy.

Podobno kobiety często biorą za miłość,  nieposkromioną i opętaną chęć ustawicznego mszczenia się za zawiedzione uczucia.  Często staje się ona namiętnością silniejszą od miłości, która też silniej niż miłość przywiązuje [S.D].

Mijając stację Warszawa Rakowiec myślę o tym, że każdy z nas na kimś się mści. Raz bardziej, a raz mniej. Czasem z premedytacją, a czasem mimochodem - za grzechy naszych ojców, za grzechy naszych matek. Za to kim byliśmy i za to kim przez to jesteśmy. Czasem za to, kim nigdy nie będziemy. Powód nie jest równoznaczny z przyczyną. Przyczyna nie jest powodem.

Warszawa Żwirki i Wigury. Mijający mnie tłum faluje i przyspiesza kroku. Myślę wtedy, że każdy z nas kogoś nienawidzi. Najczęściej siebie.


poniedziałek, 24 września 2012

Borynowie pakują słoiki i udają się do stolicy

Trakt brzeski. Droga Terespol-Warszawa. 

Mijam kolejne wiejskie wesele i myślę o tym co mnie ominęło i o tym jak bardzo różnimy się od siebie, w obrębie sąsiadujących województw, miast powiatowych i gmin. Jak nam daleko do siebie przez te 200 km. Ludzie wsiadają do busika Garden Service i wysiadają z niego naprędce w mieście stołecznym Warszawa udając, że są tu od zawsze.

Myślę o życiu, które nie stanie się moim udziałem i oddycham z ulgą. Chyba jestem snobką.

Nie umiem poradzić sobie ze wszystkim tym, co małomiasteczkowe. Bo to co małomiasteczkowe -  pełne jest żydowskiego, pedalskiego, i tego co-lu-dzie-po-wie-dzą. Mąż zdradza żonę, a winna tylko ta druga. Bo on pijany był i przecież nie jego wina. 

Małomiasteczkowe jest wielkie żarcie. Piszingery i galarety z nóżek. Małomiasteczkowe są wielkie kościoły, w których co tydzień o 10:30 tłoczą się ludzie, by wysłuchać kto ile dał na witraż, a kto nie dał nic. 

Małomiasteczkowa jest wreszcie Biała Sukienka, jako personifikacja kto-da-wię-cej.

I chyba nawet nie chodzi mi o tą przaśność w postaci wszechobecnego akordeonu, czy lilla róż garsonek. O dreszcze przyprawia mnie nieśmiertelna dulszczyzna w wersji hard. Nowoczesna Jagna, dobijana przez współczesne wiejskie kobiety. Antek Boryna, przewracający się do rowu po kolejnym mózgojebie i kurczak bez głowy, który biegnie w moim kierunku chwilę przed tym, nim budzę się w zimnym pokoju babci.


Dziewiętnasta z minutami, wysiadam pod Pałacem Kultury, uderzając głową w drzwi busika. I myślę sobie, że to miasto połyka łapczywie wszystkie małe miasteczka i cierpi na niestrawność. Podobno jesteś tym co jesz. I taka jest właśnie Warszawa - małomiasteczkowo wielkomiejska i zaskakująco mała.