środa, 14 sierpnia 2013

bo wysypalam sol na stol, a to przynosi pecha.

Pamietasz Knixie, jak wyje****s sie dzis na Placu Zawiszy, dzieki panu chuj**i w mercedesku? Idealnym podsumowaniem byla nasza wspolna posiadowka na Lindleya. 
Jaczesko, mam nadzieje ze przestaniesz kiedys robic mi zdjecia na izbie przyjec! 

Stefan R.I.P.

nieważne co mówi mama, teraz możesz prać w zimnej wodzie.


Dzisiaj w pracy siedzę na dmuchanej piłce. Nie, nie mam hemoroidów (as far as I know) - moja romantyczna dusza uparła się, by liczyć spadający z nieba gwiazdozbiór. Wypowiedziałam wszystkie życzenia dotyczące bogactwa, władzy i sławy! Zapomniałam najwyraźniej o części dotyczącej zdrowia.

Doszłam też do wniosku, że wieczór spadających gwiazd byłby znacznie bardziej interesujący  gdybyż z nieba spadła na mnie Anna Maria Jopek, Kasia Kowalska i obowiązkowo Edyta Bartosiewicz – największa upadła gwiazda Rzeczypospolitej.  Niektórym marzyła się natomiast wielka dupa Krzysztofa Krawczyka, opadająca na twarz lotem obrotowym .

Jadąc do pracy Stefankiem, zmarzłam na kość –> znaczy się, że zbliża się łikęd... A skoro wyjątkowo wyjeżdżam na daczę – będzie to niechybnie czas burz, deszczu i gradobicia. 

I dobrze! Na słońce lubię sobie popatrzeć z mojej metalowej puszki LOPsona.

Nadchodzi nieuchronnie ten czas, kiedy przyjdzie mi się pożegnać z moim wiernym druhem. Będę tęsknić za brakiem światła stopu, przyklejonym na skocza kierunkowskazem, jednym lusterkiem, wiecznie nienaładowanym akumulatorem i świadczącymi o męstwie „drobniutkimi”  szczerbami na lakierze (o czym oczywiście zapomniałam wspomnieć na aukcji allegro). Niemniej, kiedy dostaję maila „mogę podjechać w ciągu godzinki, by obejrzeć skuterek” – mam  ochotę odpisać, że może se Pan do Kerfura pojechać – tam na pewno mają „skuterki”. Ech…tyle wspomnień, tyle emocji, tyle wydanej na naprawy gotówki! Nikt i nic mi tego nie odbierze:]

Pamiętasz Jaczesko, jak któregoś słonecznego popołudnia próbowałyśmy gonić pomykające na motorze dziewczę? Goniłyśmy ją jakieś 2 sekundy, nim zniknęła za horyzontem... Była to scena rodem z How I think I look, and this i how I really look.

Pamiętasz Czarnecko, jak myślałaś, że urwie ci nogę, gdy jechałyśmy ulicą Dolną? A nie urwało. I tak naprawdę wiem, że kiedy ostatnio okazało się, że nie mam drugiego kasku, było ci strasznie przykro, bo kochasz wiatr we włosiu tak samo jak i ja!

Pamiętasz Maripaz, jak w środku nocy strzelił na Zachodnim piorun i padła cała elektryka? I jak zamiast kierunkowskazu używałam rąk, rozważając jazdę z latarką w ustach? To były emocje! To była nasza młodość! Koniecznie musisz napisać o tym poemat.

Coś się kończy, coś się zaczyna (Magda „Cóż z tego, że ze Szwecji” Werner, otwierając drugie piwo). Taka kolej rzeczy. Zamieniam więc siekierkę na kijek, a skuter na pralkę (ecobubble oczywiście). Będę się bawić wkrętarko wiertarką, silikonem w tubie oraz tym śmiesznym płynem do zdzierania fug! Hell yeah!


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Hu hu



Piekę chleb z półproduktów, nie ufam ludziom, którzy jedzą zupki instant.

Do czego to doszło, że artystycznie spełniam się aktualnie już tylko w kuchni? Nie ma dla mnie nic bardziej odstresowującego i twórczego, niż dodawanie dwa do dwóch + szczypta soli. Sama wpędzam się w stereotyp kuchenny, z nieskrywana przyjemnością macający słodkie bataty w osiedlowym sklepie Carrefour Złote Tarasy.

Moim marzeniem zawsze była zabawa wkrętarko – wiertarką.

Mam na szczęście swoje alter ego, które najchętniej całymi dniami biegałoby po Castoramie, Leroy Meriln i Obitaktorobi. Gdyby zostawić mnie w którymś z tych sklepów na godzinę, z pewnością wydałabym tam całą pensję. Wszystkie te śrubki, uszczelki i kolanka, są dla mnie niczym diamenty, dla bohaterek hollywodzkich superprodukcji. Zresztą kolanka to jest to, co misie lubią najbardziej!




To nie koniec moich paranormal activities. Odkryłam niedawno, że mam też manię prześladowczą. Wydaje mi się, że wszyscy są na wakacjach, tylko nie ja. Machają radośnie zimnym lechem na sopockiej plaży, lub (co gorsza), wrzucają słodką focię kolejnej orientalnej potrawy, konsumowanej w jakiejś ABSOLUTNIE nieturystycznej miejscówce w Tajlandii. Yeah, right.

A żeby padało!

Pozostaje mi żyć weekendami długimi i przygodami chłopców oraz dziewczynek z ekipy z Newcastle. 

Pozostaje mi siedzieć na zydelku na balkonie 2x1 metra i obserwować sklep wędkarski Sienna, w którym do późnej nocy toczy się prawdziwe życie (może nieco zbyt głośne i wulgarne, ale nie jestem małostkowa).


Pozostaje mi wreszcie jazda na Stefanie i wrażenie (przy użyciu niewielkiej ilości wyobraźni), iż powietrze na mojej twarzy, to lekka letnia bryza jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu, a nie po prostu… gorące powietrze.

piątek, 2 sierpnia 2013

wtorek, 16 lipca 2013

6/666




Tytus spał mi dziś na głowie. Zastanawiam się, czy to dlatego, że wzięłam wolny dzień i wykorzystałam go na sprzątanie mieszkania? Cierpię chyba na chroniczną nieszczęśliwość z dupy. Wszystko jest lepiej niż zwykle, a w 6 sekund zmienia się w gorzej. Czasem trwa kolejne 6, a czasem i 666.

Do tego nie umiem przypomnieć sobie tytułu piosenki.

wtorek, 2 lipca 2013

Harder, faster, better, stronger

Leksykon relacji międzyludzkich

Dla Mari Paz postanowiłam napisać krótki przewodnik/ leksykon/słownik po relacjach (obowiązujący nie tylko w małym mieście Warszawa)

Moi drodzy Czytelnicy, na początek kilka suchych faktów:

  • Ludzie mają różnie i ludzie robią różnie;
  •  Ludzie różnie performują w relacjach z innymi ludźmi;
  • Są psy rasowe i kundle (ale to bardziej dla fanów kynologii);
  • W dzisiejszych czasach umawianie się na randki jest jak szukanie pracy – albo przez Internet, albo cię ktoś poleci.
Na potrzeby dzisiejszego wpisu, dokonałam małego apartheidu (znaczy się segregacji) typów relacyjnych.

Pierwszy typ, to krótkodystansowiec.  Uzależniony jest od emocji – szczególnie tych intensywnych. I nie ma w tym nic złego – życie, a przede wszystkim „młodość”, rzecz krótka i trzeba ją jak najlepiej wykorzystać. Harder,  faster, better, stronger.

Dziewczyny chodzą za garaże i pokazują sobie tatuaże (by Mari Paz).

Można przeżyć życie w całej masie 24 miesięcznych relacji, zapewniając sobie ciągły przypływ świeżych wrażeń.  Tym bardziej, że moje osobiste Prawo Murphiego mówi, iż wzrost zainteresowania Twoją osobą jest wprost proporcjonalny do długości związku, w którym jesteś (czytaj:  im dłużej misiaczkujesz i pysiaczkujesz na stałe, tym więcej potencjalnych kandydatów do łóżka).

Drugi typ związkowca, to anty- związkowiec. Nie uznaje żadnych, nawet najkrótszych relacji – są one zwyczajnie zbędne i zaburzają stabilne dążenie do celu podstawowego anty-związkowca: utrzymanie status quo.

Anty – związkowcy najczęściej zapominają o tym, by powiadomić osoby z którymi łączą je relacje seksualne, o fakcie swojego nieangażowania się w relacje, co często prowadzi do nieporozumień i lekomanii.

Kolejnym typem jest typ „rozpiera mnie miłość”, zwany potocznie poliamorystą. Poliamorysta chodzi sobie po świecie i kocha wszystkich ludzi. Jest fanem geometrii, a w szczególności trójkątów rozwartokątnych. #kochamwszystkich  #lovelovelove #jestęTchórzę

Są wreszcie długodystansowe zające. Osoby te wchodzą w długie związki z innymi osobami, gdyż lubią porządek. Kiedy ich relacja przestaje być ekscytująca, skoczą sobie to tu, to tam – zapewniając jednocześnie, że osoba z którą są, jest najważniejsza na świecie, a seks to seks. Na imprezy i wakacje  zawsze udają się z partnerem, a mały numerek na boku jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził (nie bądźmy pruderyjni!).

Na samym końcu łańcucha pokarmowego znajdują się zwyczajni długodystansowcy. Typ ten jest rzadko spotykany w przyrodzie i podlega ścisłej ochronie ONZ, ZTM i UOKiKu. Typ ten jest jednakowoż moim ulubionym. Od typu krótkodystansowca różni się dziesięcioma szczegółami (obrazki wkrótce) oraz życiowym mottem, które zazwyczaj haftują sobie na koszulce: „Słowa mają znaczenie tylko wtedy, kiedy trwają”.

Cechuje mnie aktualnie całkowicie bezinteresowna nienawiść do ludzi.  Dlatego tylko dzisiaj, każdy lajk lub komentarz oznacza akces do „Let’s hate people together!” i jedną złotą gwiazdkę na gównometrze.

Pozdrawiam!

czwartek, 27 czerwca 2013

Godzina 0:40, otworzyłam wino i piję je sama. Panta rhei, szczególnie wino.