Kolejna niezbyt przespana noc –
pomyślałam przed powrotem do pracy po świętach. Noc podczas której bez zmrużenia oka
rozszarpałabym swojego kota, gdyż każde liźnięcie czy zamruczenie futerka
doprowadza w takich momentach do furii.
#mlask #mrumru #miau (po raz
pierwszy hasztaguje!!)
Czytając fejsbukowe statusy wiem
jednak, że nie jestem odosobniona. Wszyscy cierpimy chyba na syndrom pełni
księżyca, co utożsamiam jednak z syndromem poświątecznego odstawienia alkoholu.
Nie wszyscy ten alkohol odstawić
potrafią – jesteśmy wszak narodem alkoholików, o czym przypomni wkrótce
Smarzowski (bardzom tego ciekawa), a tymczasem przypomina promocja noworoczna
państwa polskiego, w której mogłabym wsiąść za kierownicę samochodu i zabić po
pijaku 6 osób w cenie jedynych 15 lat pudła. Maksymalnie. Wychodzi 2,5 roku
za osobę. W czasie takiej wyprzedaży nieco ostrożniej wypada się chyba poruszać
po wymarłych na święta ulicach Warszawy.
I choose to listen to my inner voice not the random opinion of others –
patrzę na stojącą na biurku kartkę, którą otrzymałam wraz z gwiazdkowym
prezentem i myślę sobie sralalala.
Mam wrażenie, że tak naprawdę i ja i Wy nie wnikamy za bardzo w siebie i
otaczającą nas rzeczywistość. Zadowalamy
się pozorami, patrzeniem na żony ze Stepford, status quo i poczuciem, że
wszystko jest takie jak być powinno. Taka refleksja na okoliczność wydarzeń minionych
3 miesięcy, kiedy to poczułam się niczym aspergerowiec, który nie rozpoznaje
ludzkich emocji i trzeba mu to wszystko rozrysować
na kartce.
Poproszę o kartkę: objects in the mirror might be more fucked up than they appear. Bo
nic nagle nie jest tym czym się wydawało. Pod maską uśmiechu, pod przyjaznym dźwiękiem i
pod ogólnie pozorem - kryje się długa lista niewypowiedzianej pretensji i emocji nie do ogarnięcia.
Dzięki temu zdałam sobie sprawę,
że zdecydowanie za mało uwagi poświęcam analizie otoczenia, a za dużo przyjmuję
bez refleksji i w oparciu o moje ulubione heurystyki. Zresztą, większość z nas tak robi. Dlatego
pewnie słychać potem w wiadomościach: „to była normalna rodzina, nic nie
zwiastowało tej makabrycznej zbrodni! I może sobie Natalia Lesz już tylko
fantazjować o mocy swojego uścisku.
Zakotwiczanie się ma jednak swoje
plusy. Dzięki niemu jestem przecież tą wiecznie żartującą dziewczynką, która ubiera
się jak hipster. Świetnie sobie ze wszystkim radzę i w zasadzie nie
mam problemów.
I nikt nawet nie podejrzewa, że
prawda jest nico inna. Nikt też nie wie (no, poza tymi którzy czytają moją
prozę konfesyjną), że leżąc w łóżku potrafię ułożyć szesnaście scenariuszy tego co stanie się w określonej sytuacji, przy wyborze określonych ścieżek. Przewiduje
ludzkie reakcje na to co robię i osobiście wystawiam sobie ocenę z zachowania danego dnia (mostly, negatywną). Uprawiając dialog we własnej głowie, nie muszę go odbywać w realnym
świecie.
Moje „zajęcia dodatkowe” niestety
nie rozwiązują za mnie tego i innych problemów. Sprawiają natomiast, że
przynajmniej podejmuje trud (tak jak dzisiaj) zastanawiania się na tym, że:
a) może mam z czymś problem
b) z on z czegoś chyba wynika
c) chyba trzeba go rozwiązać
I tak oto, na tapetę trafiła
kwestia mojego psychopatycznego wręcz lęku przed tym, że Tytus kot ucieknie
przez niezamknięte drzwi wejściowe lub spadnie z balkonu, jeśli ktokolwiek
zostawi drzwi choć na chwilę uchylone. Łażę więc za wszystkimi domownikami i
sprawdzam, czy na pewno te drzwi zamknęli i czy na pewno nie zapomną ich zamknąć,
kiedy mnie nie będzie. Zawsze pilnuje zamykania drzwi, wyłączam listwy
kontaktowe oraz oglądam kuchenkę gazową. Droga Filipinko, przyjaciółko ma
najlepsza, pomóż! Co jest ze mną nie tak?
Na kwestię kota znalazłam już
odpowiedź: na moich oczach spadł z parapetu kot mojej koleżanki, która ledwo co
wprowadziła się do mojego mieszkania. Pacjent nie przeżył. I chociaż wiem, że
przecież niecelowo – poczułam bardzo wyraźnie emocjonalny przekaz: WINNA. Od tej pory robię wszystko, by nigdy więcej
nie czuć się tak okropnie jak wtedy. Dodając do tego moją wielką miłość do tego
grubasa – mamy receptę na paranoję.
Skąd jednak mania zamykania
drzwi, sprawdzania kontaktów, prostownicy (czy na pewno nie zaprószy ona ognia
poprzez łazienkowy chodniczek, kiedy podczas mojej nieobecności nagrzana
spadnie z szafki?!), kuchenki gazowej etc? Do tego jakoś dojść nie mogę. Tym
bardziej, że nikt nigdy mnie nie okradł, nigdy nic się nie spaliło , a
dwutlenek węgla nigdy nawet nie próbował zaszkodzić mojej rodzinie. Czy jest na
to jakieś logiczne wyjaśnienie? Bo ja go nie znajduje.