Ktoś powiedział mi kiedyś,
że palę za sobą wszystkie mosty. Stwierdzenie to padło co prawda ze strony
osoby, która zna mnie tak dobrze, jak ja znam Jarosława Kuźniara – ot, widzę go
co rano w TVN24, słucham jednym uchem pijąc kawę i głaszcząc Tytusa. Niemniej
jednak, wraca to do mnie czasami, kiedy to zastanawiam się jak bardzo zero
jedynkowe są czasami moje reakcje.
Ostatnie kilka dni dały mi trochę
do myślenia. Kumulacja zdarzeń, wypadków i emocji, uświadomiły mi, że świat
wcale nie oczekuje od ciebie tego, abyś był szczery. Świat oczekuje od ciebie
barkowych konceptów, drogi naokoło albo milczenia.
Zawsze miałam spory problem
z mówieniem wprost. A już największy w tym, aby robić to co chce i kiedy chce.
Nie wiem czy to kwestia wychowania, ale mówienie „nie”, nie należy do moich
najmocniejszych stron. Robię to, co wypada zrobić i to, czego się ode mnie
wymaga.
No, może poza składaniem
urodzinowych życzeń na fejsie, bo wtedy seriously,
I don’t give a fuck.
Czasem wydaje mi się, że
jestem jak chodząca bomba zegarowa, która wybucha w najmniej spodziewanym
momencie. Jestem też chodzącą pewnością siebie, która chwilę później potyka się
o własną tarczę i wypierdala na samo dno poczucia winy i braku pewności.
ja składam się z części niespójnych,
przeczących sobie nawzajem
Jedna mówi chce stąd wyjść druga mówi ja zostaje
Wiem że to jest męczące nie tylko dla mnie lecz dla tych, którzy ze mną przebywają
Jedna mówi chce stąd wyjść druga mówi ja zostaje
Wiem że to jest męczące nie tylko dla mnie lecz dla tych, którzy ze mną przebywają
Zauważyłam też, że mam duży
problem z patrzeniem ludziom w oczy. Kiedy ktoś próbuje złapać mój wzrok na
dłużej niż mgnienie, najczęściej nie wytrzymuje spojrzenia. I feel so raped.
Być może, wbrew temu co gada Jaczesko – nie mam azjatyckich genów, tylko lata
ewolucji wykształciły we mnie zdolność do chowania oczu, poprzez
przystosowawcze wytworzenie mongolskiej fałdy, dzięki której moje oczy mogą
pozostać szeroko zamknięte.
To są podobno moje najlepsze
lata. Widełki 30-40, to prawdopodobnie kwiecie życia. Zaczynam dzisiaj rozumiem swoją babcie, która opowiadając mi kiedyś syberyjskie historie rodu, zatrzymała się na chwilę i westchnąwszy powiedziała: „w pewnym momencie, to
wszystko tak jakoś wystrzeliło i nim się obejrzałam jestem tu gdzie jestem
teraz”.
Mam 30 lat i nadal mam w
sobie tego samego dzieciaka co zawsze. Czynie durne żarty, gram w gry
planszowe, skaczę w kałuże i nie nabieram respektu. Mam w sobie też część
–nazwijmy ją mr Hyde’em, która jest śmiertelnie odpowiedzialna – myśli o
bezpieczeństwie, planuje, rozważa i dba o porządek. Nie jest ona jednak, wbrew
wszelkim pozorom dominująca.
Gdyby można było zakrzywiać
czasoprzestrzeń, bardzo bym chciała poznać swoich rodziców. Chciałabym poznać
ich jako ludzi, a nie jako wtłoczone w rolę postacie, które odegrały swoją rolę
(w mniejszym lub większym stopniu/ lepiej lub gorzej) i powoli odsuwają się w
cień (lub tak jak ojciec – całkowicie zeszły ze sceny). To trochę tak, jak w Powrocie
do przyszłości, kiedy Marty poznaje swoją młodziutką matkę, (która się w nim
zresztą zadurza) oraz całkowicie odbiegającego od tego co zna na co dzień ojca.
Kiedy
chodziłam jeszcze do liceum, a nawet na studiach – marzyłam o tym momencie,
kiedy jedynym moim obowiązkiem będzie po prostu praca. Marzyłam o dorosłości, w której nie będę musiała się już
uczyć, pisać wypracowań – więc cały czas po 17tej będzie mój. Zresztą to samo
usłyszałam ostatnio od Domicza – że mam dobrze, bo nie muszę się uczyć i mam tyle
wolnego czasu.
Prawda
jest taka, że na nic nie mam kurważ czasu, a listy rzeczy do załatwienia mogę
aktualnie notować na rolkach papieru toaletowego. Ciągle w biegu – gdzieś, coś,
szybko. Najbardziej widoczne było to podczas spożywania pizzy, którą zamówiłam
w przerwie malowania przedpokoju – rzuciłam się na nią jak Reksio na szynkę – i
wcale nie dlatego, że byłam taka głodna, tylko po to, by mieć to jak
najszybciej za sobą i przejść do kolejnej zaplanowanej czynności. Taka
sytuacja.
Nie
wiem, może tak naprawdę się usprawiedliwiam, a wszystko jest kwestią
priorytetów, które sobie nadaje. Bo przecież kosz na pranie nigdy nie będzie
pusty, lodówka za to nigdy nie będzie pełna – prawda? A przypomnę – to
najlepsze lata mojego życia, yolo.
Tytusowi
z kolei odwala, cały czas próbuje strzelić ciepłym moczem poza kuwetę – w czym
mu usilnie przeszkadzam zasadzając się na niego po kątach i pilnując porządku.
Czeka nas wyprawa do weta, poprzedzona polowaniem z chochelką na pobranie
materiału badawczego. A wszystko to na półmetku zawieszania kociej siatki dla
małych futrzastych samobójców, która ma mu umożliwić bezstresowe (dla mnie)
wylegiwanie się na balkonie i gruchanie z ptaszkami (albo ptaszki).
Ech,
chyba dopiero dzisiaj zdałam sobie tak naprawdę sprawę, że Tytus ma już 13 lat
i nie młodnieje (co najwyżej – lnieje) i ta perspektywa jest dla mnie wielce
dołująca. Tak jak pewna Pani, którą spotkałam na przejściu dla pieszych na
Rakowcu, a która zwróciła moją uwagę tym, że lata świetności miała już dawno za
sobą.