środa, 16 grudnia 2015

ćma barowa

Kiedy śnisz się komuś jako postać umierająca w męczarniach, która wymiotuje własną krwią - myślisz sobie będzie słabo. 

Dwa miesiące temu powiedziałam "kurczę, jestem szczęśliwa. wszystko jest takie, jak być powinno i chcę aby tak było już zawsze". Ohh nooo...I tak samo jak umiera jednorożec, kiedy powiesz "ojtam ojtam", tak samo bogowie śmieją się z Ciebie wtedy, gdy powiesz im o swoich marzeniach. 

W ciągu zaledwie kilku dni, domek z kart rozsypał się na moich oczach. Tytus the cat odszedł za tęczowy most, pociągając za sobą lawinę zdarzeń, które z krainy szczęśliwości zabrały mnie w miejsce, w którym niekoniecznie chciałabym być. 

Człowiek jest podły - do wszystkiego przywyka. Przywykłam i ja do tej nowej rzeczywistości, w której go nie ma. Pojawiła się mała Prada, która bardzo szybko zagospodarowała przestrzeń wokół nas. Zagospodarowała też całkowicie przestrzeń władzy nad moim snem (a raczej jego brakiem) - ale to nic, bo zawsze byłam sową, bynajmniej nie rannym ptaszkiem. 

Oglądałam właśnie amerykańską wersję "Otwórz oczy". Kolejny tam film o miłości niespełnionej i tym jak żyć. Płakałam jak głupia. Serio. I długo po tym, jak pojawiły się napisy końcowe, miałam wrażenie, że mogłabym płakać tak bez końca - nie wiedząc już sama nad czym tak płacze. I własnie tak - jedno wydarzenie, które wybija cię z przyzwyczajeń - z tego że coś jest, a potem nagle tego nie ma, sprawia że kompletnie tracisz grunt pod nogami.

Jest nowy kot - młody, zabawny, kochający i w dodatku przez wszystkich wokół uwielbiany. A mnie ogarnia coraz większy smutek. Umrzeć? Tego się nie robi człowiekowi.

Czuję złość, nad którą nie zawsze mogę zapanować. Przez 90% czasu trzymam w ryzach wszystko tak, jak zwykle. Może trochę bardziej przegnę z ironią, żartem, złośliwym komentarzem. Czasem wpadnę w fazę udowadniania swojej wartości, zbędnego popisu, wymądrzania, opowiadania idiotycznych historii. Przez pozostałe 10%, gdy nikogo nie ma wokół mnie i nie odgrywam konkretnej roli, złość i smutek biją się o swoje miejsce.

I na co zdała się ta cała kontrola? Pilnowałam zakręcania gazu, zamykałam drzwi i okna, pytałam "gdzie jest Tytus?" wychodząc z domu nawet na chwilę. A to i tak w niczym nie pomogło. Bo prawda jest taka, że jest całe mnóstwo rzeczy nad którymi nie mam kontroli i nigdy mieć nie będę.

Jestem jak ćma barowa Hoppera, siedzę przy barze życia i samotnie sączę kolejnego drinka. Widać mnie przez grubą szybę oświetlonego pomieszczenia, do którego nikt nie wchodzi.  

sobota, 28 listopada 2015

Tylko koty przetrwają nadchodzącą apokalipsę.

Dziewczęta "mojego pokroju" nie mają nigdy chusteczek do nosa. Widać to szczególnie zimą, kiedy to statystyczne 10% społeczeństwa smarka smętnie w rękaw podczas podróży autobusem. Taka tam kolejna obserwacja z transportu miejskiego.

Kiedyś słyszałam, że robią to całkowicie celowo, wszak idealnym motywem na podryw jest słynne „cześć, masz chusteczkę?”, które to uruchamia lawinę pasji, namiętności i uczuć longlasting.

Wczoraj zadzwoniła do mnie moja matka (w zasadzie to zadzwoniła kilka dni temu, ale ja oczywiście nie miałam czasu oddzwonić), okazało się że kliknęła coś w telefonie, zawirusowała wszystko i jeszcze pobrało jej opłatę za sms premium w kwocie 6,43. 

Po kolei przeszłam z nią proces formatowania telefonu, a następnie blokowania usług ponad normatywnych. Taka w sumie kontrola rodzicielska, ale świadczona  w odwrotną stronę. Jak bardzo uderzyło mnie wtedy to, że rzeczy proste i oczywiste dla mnie, jak czyszczenie cookisów, formatowanie dysku, czy przenoszenie danych z telefonu na kartę SIM, są dla moich rodziców nieosiągalne. Różnica pokoleniowa, której się trochę boję.

Co, jeśli za 20 lat ktoś będzie pokazywał mi jak włączyć i wyłączyć domowego androida? Co jeśli nie będę wiedziała gdzie kupuje się bilet na tunel czasoprzestrzenny? Jedyna nadzieja w tym, że ten świat wcale nie przetrwa tak długo, by zdążyć mnie upokorzyć nieporadnością w obsłudze urządzeń 6-tej generacji, albo zwyczajnym grzebaniem w śmietniku za butelkami po piwie.

Podobno grozi nam wszystkim piękna katastrofa. Grożący Ziemi raz na 150 lat impuls elektromagnetyczny wprost ze słońca, jest w stanie zresetować naszą cywilizację (ostatni rozbłysk miał miejsce w 1859 roku). Wyobraźmy sobie nasze przebudzenie w świecie, w którym nie ma prądu, a co za tym idzie...nie ma Facebooka, smartfonów i komputerów (i już w tym momencie 80% grupy wiekowej 15-30 umiera w konwulsjach).

Bloga pisałabym w notesie, a lajki musiałabym zbierać osobiście - długopisem. Kuchenne rewolucje Magdy Gessler, zastąpione zostałyby przez "Kuchnię w czasach apokalipsy" - czyli puszka tuńczyka na 3000 sposobów. A święto lasu - czyli brak wieczornej kąpieli, stałoby się świętem permanentnym (yay!). 

Na szczęście zostałyby nam książki. Już bez towarzystwa kieliszka czerwonego wina i płyty CD odtwarzanej w tle.

Pytanie, czy my zostalibyśmy ludźmi? W to niestety szczerze wątpię - czego dowodem jest nasza wczorajsza dyskusja preepersowa. Przygotowując się na koniec świata, nie wyobrażam go sobie absolutnie w stylistyce Larsa von Tiera, czyli pięknym. Najbliższa mi jest stylistyka 30 dni potem. Każdy z nas jest nosicielem wirusa, który może uaktywnić się w chwili, kiedy wszystko to, co do tej pory znaliśmy ulegnie zniszczeniu. 

I tak jak wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tak i koniec świata nie ma w sobie nic pięknego. A powód ku temu jest bardzo prosty. Pędzący rozwój cywilizacji może i zrobił ze świata globalną wioskę. Rozwój infrastruktury i cyfryzacja doprowadziła do tego, że kontakt z kimkolwiek z drugiego końca świata, jest możliwy na jedno wciśnięcie guzika. Facebook, ogłosił swój reason to believe - "to make world open and more connected". 

Tymczasem, chyba nigdy w historii cywilizacji nie byliśmy sobie tak odlegli jak dzisiaj. Internetowe rozmowy o pierdołach, wyparły rzadsze, acz bardziej szczere interakcję. Zalew internetowej głupoty, pozbawia nas wrażliwości na to wszystko co piękne wokół. Zamiast być i czuć, fotografujemy rzeczywistość małymi kamerami naszych smartfonów, przegapiając tak naprawdę wszystko to co ma zapach i strukturę. Oglądając kolejne wydanie wiadomości na TVN24, bezradnie wzruszamy ramionami nad tym wszystkim, co przecież nas nie dotyczy. A pokonując codzienną drogę do pracy, nie dostrzegamy już widoku innego, niż ten na przesuwanym za pomocą naszego kciuka ekranie. 

Odłączeni od prądu, będziemy się musieli nauczyć siebie od nowa.






środa, 25 listopada 2015

dokąd zmierza nasz świat


Piątek, 13go. Europa modli się za Paryż, Europa pali znicze, kładzie kwiatki, a liderzy wszystkich partii politycznych (lewackie i liberalne szmaty, które sprowadziły islam do Polski również) składają kondolencje pod ambasadą Francji. Duduś pokazał schylając się fragment łysiny, Ewa jak zawsze mówiła łamiącym się głosem, który wyciska łzy, a Basia, jak to Basia - nawoływała do nie atakowania uchodźców. Taka sobota po takim piątku.

Paryż wart jest mszy. Ale Paryż jest świecki.

Europa pokazuje miękkie podbrzusze. Wypina się swoją bezradnością w całej okazałości. 

Jadę autobusem linii 172 - kierunek Sadyba. Rozważam wszystkie geopolityczne uwarunkowania, międlę w ustach przekleństwa, przypominając sobie kolejne andrzejrysuje, które nie są jedynie śmiesznym żartem. I wtem spotykam jej spojrzenie. Wyczuwam ją momentalnie, patrząc na zachłanność jej wzroku. Dziewczyna otwiera metodycznie rafaello, zjada naprędce, po czym zabiera się za kruche ciasteczka. Cała siatka zakupów wypchana jest słodyczami. Obie to wiemy. Ona wie, że ja wiem. A ja wiem, że ona wie. Całość tych zakupów, za wyjątkiem plastikowej siatki (bo biodegradowalna) wylądują wkrótce w muszli WC jej mieszkania.  Spotykam ją zresztą 3 tygodnie później - w tym samym autobusie, z taką samą siatką i takim samym umęczonym spojrzeniem. Kolejny przykład człowieka, któremu nie jestem w stanie pomóc, chociaż na swój sposób dobrze go rozumiem.

Świat się zmienia i to w bardzo złym kierunku, a ona po prostu wpierdala te swoje słodycze. Na swój sposób jest oderwana od piątku 13go i tego co może się jeszcze wydarzyć. Cytując Hemingwaya - nie pytaj o to, komu bije dzwon - bije on Tobie.

Rozmowa o lęku przed samotnością (szczególnie tą w sile wieku) wróciła do mnie jak bumerang. Moja matka regularnie powtarza, że podstawowym problemem mojego "stylu" życia jest samotność. Mimo, że mam ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami, to na swój sposób jest to lęk, który funkcjonuje zagnieżdżony gdzieś głęboko we mnie. Tak samo jak wieczny lęk przed zależnością, czy też lęk przed różnicami pokoleniowymi, które obserwuje już nawet w kontakcie z Domiczem. .

Będąc już trochę po trzydziestce, nadal nie czuje się osobą dorosłą (zastanawiam się regularnie, kiedy w końcu poczuje, że to już ten moment?). Nadal czuje tę niepewność związaną z poznawaniem innych ludzi (co tak naprawdę o mnie myślą?), tylko trochę lepiej to ukrywam, wychodząc zapewne na pewną siebie. Wszyscy się przejmują, tylko Ewelina ma wyjebane na wszystko.

Miałam pisać o tym, dokąd zmierza nasz świat, ale mimowolnie zastanawiam się nad tym dokąd zmierzam ja sama i jak bardzo z biegiem czasu, coraz więcej we mnie obaw o nieposadzenie drzewa.

Yes, this fear's got a hold on me.






poniedziałek, 27 lipca 2015

What if

Już jakiś czas temu zaakceptowałam fakt, iż blog ma dla mnie bardziej rolę terapeutyczną, niż literacko-twórczą. Można by to odnieść do teorii, iż w czasie snu, kiedy śnią nam się dziwne rzeczy ubrane w napotkane przez nas w ostatnich dniach przedmioty, nasz mózg pozbywa się z pamięci krótkotrwałej tego, co nie znalazło się w którejś z długoterminowych szufladek i/lub/bądź nie jest nam już potrzebne.

Tak trochę jest i teraz. Bo bardzo długo zbiera mi się na pisanie, aż wtem i nagle muszę opisać co kłębi się w mojej głowie, bo inaczej zwariuje. Mam taką zabawną manierę, że często kiedy idę do pracy, słucham starej antysystemowej piosenki, o tej:





Maniera o tyle zabawna, że pracując od 4 lat w świecie wielkiej finansjery, coraz bardziej oddalam się od „jutro będę duży”, a co raz bardziej pozostaje w ramionach „dzisiaj jestem mały”. I nie ma w tym oczywiście nic złego – raz w czas się nad tym zastanowię, pomyślę że może trzeba coś zmienić, zacząć się realizować i żyć with arms wide open. Potem na trochę o tym zapominam, bo mimo wszystko bywa zabawnie, a trawa wszędzie jest przecież zieleńsza. Nie różnię się tu niczym od tysięcy osób czyniących podobnie. 

I siedzę w tym domu ze szkła, niczym Cezary Baryka na dorobku i słyszę pytanie „What if money was no object?”

No właśnie, co? Nie zrozumcie mnie źle – lubię pracę w marketingu i to bardzo. Co prawda nie jest tak, że jestem w 100% przekonana, że to jest właśnie to co chciałabym robić całe życie. Chciałabym na pewno pisać książki, ale posądzam się o brak talentu. Dodatkowo mam takie przeczucie, graniczące z pewnością, że marzenie to jest bardziej tęsknotą za intelektualnym wyzwaniem, freelance’m i wyobrażeniem na temat, niż realną perspektywą. 

Realnie, to uwielbiam naprawiać różne rzeczy - remontować, składać i malować (i tutaj ciepło myślę o Ukaszu – bo gdzieś podskórnie czuję, że on kocha to jeszcze bardziej niż ja i gdyby money was no object, pewnie nie miałby nic przeciwko temu, by się tym na co dzień zajmować). 

Kocham też gotować i gdybym mogła nie wychodziłabym z kuchni, ale.. (no tak, zawsze jest jakieś ale) nie stać mnie na własny lokal i karierę Magdy Gessler. Gdyby jednak money was no object, nie miałabym nic przeciwko temu aby gotować, remontować i urządzać. Czyżbym chciała zostać klasyczną kurą domową (miałam właśnie rozszczepić atom, ale zrobiłam lemoniadę)? Lata walki o emancypację kobiet, a Pani z banku chce gotować i wykonywać wszelakie prace DIY?! Widły w dłoń, płomień pal! (Btw - widziałam ostatnio Kazię Szczukę w pieleszach domowych programu „Ugotowani” i nie sprawiała wrażenia męczennicy kuchennej, kiedy gotowała dla wszystkich zupę). 

What if, what if? 

To teraz trochę backgroundu, backstage’u i wnętrzności. 
Męczy mnie (i to chyba najlepsze słowo) poczucie sprawiedliwości, lęk przez zależnością (tudzież byciem ciężarem) i zaskakująca potrzeba akceptacji, aprecjacji, otrzymywania złotych gwiazdek. 

Poczucie sprawiedliwości jest mega irytującą wadą (i wcale nie piszę o swoich wadach jak kandydat na rozmowie kwalifikacyjnej, który odpowiada na to pytanie per „jestem zbyt punktualny i zbyt pracowity”). Poczucie to sprawia, że bardzo często myślę kategoriami każdemu po równo, ty dajesz to i ja daję etc. Życie nie jest jednak tak jednowymiarowe i nigdy nie jest w tak sztywny sposób sprawiedliwe. 

Do tej pory pamiętam, jak mama kupowała w sklepie na rogu „U Pani Tereski” czekoladę alpejską (tą jeszcze taką starą, w białym papierku z górami) - teraz jest tam jakiś sklep rowerowy, ale to nieistotna dygresja. Dzieliła ją wtedy na porcje. Każdy dostawał 1,5 paska. Gdzieś w tej historii upatruje początków owej wewnętrznej, policzalnej na kostki czekolady sprawiedliwości. Myśląc o tym, konkluduję również , że najmłodsze dziecko zawsze czuje się niesprawiedliwie traktowane – idzie wcześniej spać, nie może wypić kawy jak starsze siostry, nie jest zapraszane do rodzinnej narady – dlatego też sprawiedliwość może nabierać dla niego większego znaczenia. Ciągle dąży do tego by mieć tyle samo co rodzeństwo. Tyle samo uwagi, tyle samo troski. 

Lęk przed zależnością, to słaba sprawa, mówię Wam! Szczególnie kiedy podpisujesz akt notarialny i wiążesz się z Bankiem na 30 lat. Zwłaszcza, gdy masz poczcie, że o tak wiele spraw musisz zadbać. Lęk przed tym, że podwinie mi się noga jest tak duży, że zabezpieczanie się na wszystkie sposoby stało się w którymś momencie sposobem na życie. Myśląc o zmianie pracy, w pierwszej kolejności myślę o warunkach finansowych, a nie o tym gdzie idę i co będę robić. Uderzyło mnie to dzisiaj ze zdwojoną mocą. Czemu mało, czemu więcej? Bo lubię poszaleć na answer.com i zalando? Bo mam stałą rezerwację w Atelier Amaro? A może lubię jazdę drogimi samochodami (z którymi mam zresztą tyle wspólnego co z aquareobikiem)? Nic z tych rzeczy.

Głupie to wszystko. Zwyczajnie boje się tego, że mogłabym mieć długi, że ktoś musiałby mi pomagać, że musiałabym o coś prosić. Boje się tego, że jeśli ktoś bliski będzie potrzebował mojej pomocy, to ja nie będę mogła nic zrobić. W tym wszystkim jest oczywiście drugie dno – udowadnianie potrzeby swojego istnienia (Spójrzcie na nią – jak ona sobie świetnie radzi. Lajków tysiąc!) 

Punkt trzeci – akceptacja. Szlag jasny mnie trafił, kiedy rzucając ostatnio zdanie „i co, niedobry ten chłodnik?”, zobaczyłam w sobie 100% mojej mamy. Nie…na pewno niedobry ten obiad (pochwal mnie!), ej, paczcie, znalazłam ten kluczyk (wow, jaka jesteś spostrzegawcza) etc.



In the land of gods and monsters I was an angel 
Living in the garden of evil 
Screwed up, scared, doing anything that I needed 
Shining like a fiery beacon 
 You got that medicine I need 
Fame, liquor, love, give it to me slowly 
Put your hands on my waist, do it softly
 Me and God, we don’t get along so now I sing 


No i what if, kurważ? 

Gdyby tak było, może nie próbowałabym niczym Elsa Mars walczyć o swój kawałek sławy, swoje 5 minut. Nie musiałabym ukrywać, że dwóch nóżek mam jakby mniej... Może nie próbowałabym się na każdym kroku zmieniać, zaczynać o nowa, zakładać chomąto. Może w takiej rzeczywistości spróbowałabym się polubić i zaakceptować fakt, że na Marsie jest życie, czego jestem koronnym dowodem. 

What if, to też dla mnie taka wersja „muszę vs. chcę”. Tymczasem za każdym wyborem stoją jego konsekwencje. Czasem ten wybór jest pozorny. W jednym z odcinków Six feet under, pierwsza scena pokazuje śmierć kolejnego klienta domu pogrzebowego Fisherów. 21 - letni chłopak znajduje się w obcej dzielnicy, gdzie psuje mu się samochód. Podchodzi do niego grupka gangsterów i pytają skąd tu się wziął. Bohater odpowiada butnie, że z brzucha swojej matki, dziwko (na potrzeby lekkiej cenzury pojawia się tu brzuch). Bohater ginie od strzału w głowę. Jego wyborem było zachowanie się jak mężczyzna, nieokazanie strachu. Konsekwencją jest natomiast śmierć. 

Na co dzień nie stoimy przed aż tak zerojedynkowymi wyborami, niemniej żadnego z nich nie można umniejszać i relatywizować. Dla każdego śmierć oznacza co innego. A i różne rzeczy jesteśmy w stanie zrobić w obrębie „musieć”, by obronić swoje status quo. 

Chcę powiedzieć osiedlowemu dozorcy, że jest głupim buraczanym chamem, muszę się jednak powstrzymywać (bynajmniej nie z poczucia kultury), aby on i jego koledzy z osiedla nie podpalili mi drzwi, albo nie zostawili psiej kupy na wycieraczce. 

Chcę powiedzieć całemu światu, że mam genialną dziewczynę, ale muszę się hamować bo boje się sprowadzania mojego życia do tego z kim śpię. Polska to nie Szwecja yoł. 

Chcę mieć prawo do mówienia tego co myślę in general, jest to jednak najmniej pożądana i oczekiwana przez społeczeństwo umiejętność, dlatego muszę robić to ostrożnie, niczym spacer po linie – some people just simply can’t handle the truth (by Always) 

Oglądam „what if” i chcę mi się płakać. Muszę wracać do pracy.

piątek, 6 marca 2015

Kiedy byliśmy młodzi o coś nam chodziło

Chyba nadszedł już ten czas, kiedy w kuluarowych rozmowach używam słów „dzisiejsza młodzież”, „dzisiejsze pokolenie nastolatków” czy „za moich czasów”. Aua. Boli. #PierwszaZmarszczka #WhenWeWereYoung

Tylko nie wiem w zasadzie, czy jest to wynikiem tego co wypada, czy realnego postawienia się  w gronie ludzi dorosłych.

Kiedy patrzę na siebie z boku, szczególnie kiedy w momentach stresu dworuje ze wszystkiego i wszystkich, nie czuje się dorosła. Hell no! Czuje jedynie, że jest to kolejna rola jaką muszę odegrać - widownia w komplecie, kurtyna w górę.

Rolę dorosłego pełnię w pracy – siedząc na dość nudnych spotkaniach biznesowych, wypowiadając zdania w stylu „zgadzam się, niemniej najnowsze badania pokazują, iż współczynnik…” aua

Pełnię ją robiąc zakupy w Auchan24, czy wybierając wreszcie kanapę w IKEI. Jestem dorosła także wtedy, kiedy pobierają mi z konta ratę kredytu, albo jak podpisuje umowę z RWE, PGNiG i Play.

Tymczasem ciągle mam w sobie to małe dziecko, które rozgląda się wokół kombinując co by tu jeszcze zbroić? To małe dziecko najchętniej kupiłoby sobie (tfu, poprosiłoby mamę o kupienie) słoik nutelli i śpiewając pod nosem „Księżyc raz odwiedził staw” snułoby zupełnie inne niż dzisiaj sny o potędze (może to była nasza – dzieciorów lat 80tych wersja dzisiejszego „baluję za hajs matki”?)

To małe dziecko wychodzi ze mnie w sytuacjach wymagających relacyjności. Wszelkie konferencje, czy spotkania biznesowe na stopie pół-formalnej są dla mnie prawdziwą koszulą Dejaniry. Palą mnie w ramiona i niczym metka nowego ubrania, wpijają mi się w kark aż do krwi. Próbując small talku czuje się jak John Rambo przypalany rozgrzanym prętem w azjatyckiej dżungli. Najczęściej chowam się więc przy jakiejś ścianie, sprawiając wrażenie, że bez mojego podparcia na pewno się zawali.

Nie umiem też patrzeć w oczy rozmówcy, który jednak oczywiście przyjdzie i uparcie mnie pod tą ścianą zagada.  Czuje się wtedy jakbym z osiedlowego sklepu ukradła śmiejżujkę i właśnie mnie złapano. Rosnąca panika zamienia się w przesadną otwartość i durne żarty. 

Z zazdrością patrzę na otaczające mnie lwy salonowe i podśpiewuje sobie pod nosem piosenkę przewodnią

I wish I was special.
But I am a creep, I am a weirdo
What the hell am I doing here?!
I don’t belong here.





piątek, 14 listopada 2014

piątek


Dzień zaczął się jakby zwyczajnie. Wstałam rano, umyłam się, ubrałam i wyszłam na przystanek – pilnując przy tym, by zupa dyniowa nie wylała się ze słoika prosto do mojej torebki. Jak zwykle pośmiałam się z ludzi i z ludźmi w pracy. Taka przecież jestem śmieszka.

Wysłuchałam kilku teorii na swój temat i poszłam spokojnie do biurka.

Następnie się popłakałam.

I niczym Truman Copote w „Z zimną krwią” siedzę pochylona nad sobą i metodą introspekcji tworzę studium zbrodni.

E jest ekstra(wertyczna)

E jest sarkastyczna

E nie zna granic

E jest zimną suką

E nie chce mieć dzieci

E jest..

Gówno wiecie wszyscy.












czwartek, 13 listopada 2014

czwartek, 13-tego

Kupiłam Tytusowi obrożę z feromonami za 56 złotych. Wcisnęłam mu też do pyska strzykawkę z syropem przeciwbólowym. Po raz pierwszy od miesiąca nie boję się iść spać.

Magda Gessler uczy ludzi jak prowadzić restaurację, jest to jednak jedynie przykrywka dla wielopoziomowej terapii psychologicznej. Magda uczy, Magda bawi, Magda łączy rodziny.
W Biedronce tymczasem mamy już jajka z wolnego wybiegu oraz tydzień włoski. MariPaz ostrzega, że wkrótce pójdziemy tam na wernisaż. 

Mam na ręcach odciski, co na długo wyklucza rajstopy o denimie mniejszym niż 20. Podciągam się na drążku trzy razy i w zasadzie jestem szczęśliwym człowiekiem.

Jest między nami tyle podobieństw, że czasami wydaje mi się, że naprawdę mam brata. 

Ale tak poza tym, ciągle czuje że jestem lekko złym człowiekiem.