Jak widać, jestem strasznie sentymentalna. Słucham tego kawałka z typową dla siebie emfazą :) W naszej dorodnej grupce: nimfomanka (przyjdziecie razem, czy dojdzie sama?), niestabilna psychicznie ekolożka (ahoj studnie w Sudanie! :)) i arcymenel (pijemy, kurwa!), jestem i ja sentymentalna dziwka (Ajłanaholdjorhend).
Kiedy Tix zajęta była dobieraniem się po kolei do wszystkich sprzętów kuchennych oraz kota, którego roboczo nazwę „Puchatkiem”….
..ja i moje ręce zajęci byliśmy zastępowaniem miksera, nowym urządzeniem wielozadaniowym o wszystko mówiącej nazwie „Knixer”. A wszystko to było mniej więcej tak:
Spotkanie miało odbyć się punktualnie o 21.06. Miałyśmy bowiem piec ciasteczka. Wszyscy przyszli o 20, oprócz Miksa, który był na czas. W pośpiechu jednak zapomniał zabrać z domu miksera. Ku swej rozpaczy, instrukcja pieczenia ciasteczek brzmiała następująco: „blablablablabla….ubić na puszystą masę”.
Puszystą, kurwa, masę! – wykrzyknęła Miks z rozpaczą w głosie. W kuchni zapadła cisza jak makiem zasiał (takie zawieszenie jak w modzie na sukces, kiedy Bruk przynaje Ridżowi, że ich córka, jest synem jego brata, z romansu z jej siostrą bliźniaczką, która nieskutecznie spłonęła w katastrofie lotniczej, pod kołami samochodu jej szalonej matki, która to zresztą okazała się być zaginionym w pożarze basenu wujkiem Stiwenem).
Na szczęście nie boje się ubrudzić swoich rączek, tak więc ochoczo zabrałam się za miksowanie masy ciastkowej własnymi ręcami. Pix jak zwykle zadbała o odpowiednią oprawę muzyczną (Nas nie dogoniat), jako i również trzymała miskę, w której zawzięcie machałam rękoma, łyżkami, nożem, kotem, a także szufelką od kuwety dla wzmocnienia efektu (ma bowiem areo.. aoro, aeo, kur… aerodynamiczny (uff!) kształt)
Podczas kuchennych rewolucji doszłyśmy do wniosku, iż każda z nas powinna posiadać swoje alter ego, które od tej pory pokazywać będzie światu/gościom/rodzinie i inspekcji podatkowej.
Tix, w związku ze związkiem, otrzymała więc status nimfomanki, czyli niewiele się zmieniło. Pix zdecydowała się na stukniętą misjonarkę, której największym stresem są: studnie w Sudanie, głodne dzieci i wycinka drzew w Amazonii. Jako, że powyższa cierpi na alergię na futro zwierzęce, uznałyśmy pomysł pocierania się kotem po twarzy, za tani, skuteczny i niezawodny w materii wywołania efektu łez. Miks, jednogłośnie okrzyknięty został menelem z zespołem Tourrette’a, który dla niepoznaki będzie od tej pory chodzić w krynolinach i opowiadać o swojej babci Wiktorii, herbu trzaska.
Najedzone ciastkami, napite płynem do naczyń ( popularnie zwanym desperado) ( oraz! Ja nie, bo ja prowadzę) uznałyśmy, iż pora, aby o naszym życiu zadecydowała mo-neta ( Tymbarka nie było akurat pod ręką).
Rożek, czy reszka? – wykrzyknęła przejęta Tix. Niektórym się poszczęści, innym nie. Tak oto zadecydowały dwa złote ( właśnie! Gdzie są moje dwa złote?!)
wtorek, 16 sierpnia 2011
Podobno ludzie mają pseudonimy po to, aby rozłożyć na nie swój nadmiar bycia. Mam ich wiele – od Knixa, po Mrocznego Bałwana (sic!). Swój nadmiar rozkładam czasami na Trogloerudytę. I jak każdy człowiek potrzebuje czasami czegoś na kształt cezury - niczym dieta "od poniedziałku".
Chciałabym zacząć od początku. Nie od „tabula rasa” – bo to już nigdy nie będzie możliwe. Ale od nowego akapitu – pamiętając, że kilka stron jest już zapisanych. Korzystając z tego, co na tych stronnicach się znajduje. Popularnie nazywa się to „uczeniem się na błędach”, z czego zawsze miałam dwa z minusemJ Popełniam błędy i to się nie zmienia. Można jednak nauczyć się z tym żyć. Z czasem udaje się w końcu popełniać nowe. Bo w każdym z nas jest pewna nieprzekraczalna granica, do której w końcu docieramy, mimo że przez dłuższy czas rozciągamy przestrzeń pomiędzy tym co akceptujemy, a co nie.
Zmieniło się moje postrzeganie świata. Nie umiem już spacerować z nosem przy ziemi - co kiedyś przysparzało mi dodatkowej gotówki w kieszeni. Idąc, obserwuje okolice, dostrzegam rzeczy, których nigdy wcześniej nie dostrzegałam, zatrzymuje się i czytam napisy, przy których wcześniej bym się nie zatrzymała. Zrobienie zwykłego zdjęcia, sprawia mi radość.
State of emergency,
Is where I want to be
czwartek, 4 sierpnia 2011
Księżniczka Angina studiuję zerometrię, która opiera się na aksjomacie: „Każda linia dąży do zniknięcia, a każdy punkt do zatarcia”. Twierdzi również, że w nocy, wszystkie koty są czułe/ Czytając Topora mam wrażenie, że poziom absurdalności w książce, dotyka poziomu absurdalności rzeczywistości wokół. Niemalże.
Wykonując wczoraj misję o roboczym tytule „Matka Polka”, doszłam do wniosku, iż w pełnych zakupów siatkach brakuje mi jedynie paczki pampersów. A szalejąc na dziele AGD supermarketu oraz zachwycając się rakietkami do banbingtona za 2,99 (made not in China!), doszłam do wniosku, iż prawdopodobnie albo cofam się w rozwoju, albo ogarnia mnie szaleństwo.
Kupiłam wreszcie kieliszki do wina. Dwa. Ten drugi na wszelki wypadek – jakbym zbiła pierwszy.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
W Amsterdamie jest ponad pół miliona rowerów. Rocznie, notuje się około miliona ich kradzieży, co oznacza, że każdy rower jest kradziony średnio dwa razy w roku. Z kolei w Tajlandii kalmary łowi się "na światło" - widząc umocowane na łodziach jarzeniówki, kalmary (zupełnie odwrotnie niż ludzie) płyną w stronę światła, by faktycznie spotkać się ze stwórcą (a technicznie rzecz biorąc- skończyć na czyimś talerzu).
Zastanawiam się czy ten deszcz się kiedyś skończy. Mam nadzieję, że nie. Polubiłam spadające na twarz krople. Przestały mi już nawet przeszkadzać tworzące się na mojej głowie loki.
W Diunie pojawia się litania przeciw strachowi. Czasami mam ochotę przerobić jej treść, zastępując słowo "strach" - słowem "smutek". Chciałabym móc pozbawić go mocy na tyle, aby jedynym powodem do niego było to, że w kinie właśnie skończył się popcorn. Albo, że gdzieś tam na trawie "odpoczywa" sobie jeż.
Chciałabym, aby to wszystko było chociaż trochę łatwiejsze, chociaż trochę zwyczajniejsze, chociaż na chwilę pozbawione komplikacji. Tymczasem nawet najprostsze sytuacje to wyzwanie. Ciągle trzeba o coś walczyć, z czymś się spierać i z czymś sobie radzić.
Bohater pewnego filmu powiedział, że szukamy w swoim życiu lwa. Nie spotykając go na swojej drodze, zadowalamy się napotkaną żyrafą. Bo co jeśli lew nie przyjdzie? Mądrze powiedziane - pomyślałam. Co jednak, kiedy spotykamy na swojej drodze lwa, dla którego jesteśmy żyrafą?
Czasami chciałabym być Witkiem Długoszem z "Przypadku". Chciałabym zobaczyć trzy różne scenariusze, trzy różne historie, trzy zupełnie różne możliwości. Niestety to tak nie działa. Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. A i przypadek nie jest odpowiedzialnym za tu i teraz. "Nic nie musisz", mówi umierający ojciec Witka. No właśnie. Nie muszę. Chcę. I wiem czego chcę.
Do wszelkich prac domowych jestem zawsze pierwsza. Dlatego też, kiedy tylko padło hasło - malujemy, od razu zabrałam się do rzeczy!
Malwa nie wyglądała na przekonaną, jednak zdecydowała się dać szanse młodej zdolnej artystce! Sama zajęła się natomiast swoim nowo otwartym salonem kosmetycznym "Pomaluj pazurka". Bo lakierów jej było czterdzieści i cztery.
Tymczasem malarz-artysta zabrał się za wiekopomne dzieło malowania ścian w jednym z pokoi hotelu Europejski. Prawdziwa sztuka wymaga jednak pewnej wprawy, ćwiczeń, prób i błędów oraz licznych kieliszków wody źródlanej "Julia".
Szast, prast, abrakadabra, makabra. Dzieło zniszczenia dokonało się na oczach wszystkich!
W zasadzie również na nogach...
Na rękach...
a nawet i stopach!
a wszystko to...
tymi ręcami!
Bo malarz ów wkłada serce we wszystko co robi. Egzemplifikacja serca ( patrz wyżej).
Knix, to nie tak się robi - tłumaczył cierpliwie Mix. Człowiek nie ściana. Każdy widzi. Chociaż czasami faktycznie, można się ze ścianą jako człowiekiem zderzyć dosyć boleśnie ( tutaj pociągnęła z butelki długi łyk Julii i zamachała ręką w przekazie pouczającym).
We dwóch już, zabrały się malarze artysty za dekorację ścian, a efekty ich pracy przerosły wszelkie oczekiwania!
Radości było co niemiara! Nie osłabiła jej nawet informacja o tym, iż znajdujące się na większości ubrań farby, są niespieralne:) Podekscytowany swym dziełem malarz- artysta postanowił namalować i gospodynię, która co prawda nie zgodziła się na nagi portret, ale dzielnie siedziała przez 17 minut i 22 sekundy nieporuszona i uśmiechnięta.
Namalowany naprędce obrazek, okazał sie fantastycznym wieszakiem na bieliznę, skarpety i różańce.
Taaaak, pomyślał artysta-malarz. Wystarczy włożyć w coś trochę serca i efekty murowane!