profesor Higgins opowie Wam bajkę!
Była sobie kiedyś dziewczyna, o imieniu Eliza. Bardzo prosta dusza z niej była i biedna. Chorowała na nieznaną nikomu chorobę, zwaną syndromem Touretta...
Komunikowała się z ludźmi jedynie poprzez "szmatę", "ja jebię" oraz "frajery i chóje". Wypluwała te słowa niczym kałasznikow jakiś. I co gorsze w tej historii było, to to, że komunikaty te były całkiem zrozumiałe dla całego otoczenia. I ja, Drogie dziatki, byłam jedyną, która niestosowność owych przekleństw w ustach (jakby nie było) damy, dostrzegłam!
Dziewczyna owa, na nauki kindersztuby, z początku zareagowała agresją! Pluła, gryzła była i warczała. Dosłyszeć się dało jedynie wyrazy "arghh", "jam jest Damian", "sześćsześćsześć". A głowa jej nie dość, że straciła na urodzie, to jeszcze poczęła się wokół własnej osi kręcić.
Rany bolesne w walce tej poniosłam. A czy szczepione było to dziecko, nie wiem, ale się dowiem.....Zresztą! Zawsze uważałam, że dziewczęta powinny być prowadzone w smyczy i w kagańcu, motyla noga! Mniejsza o większość, przejdźmy do dramatycznej historii, która to wydarzyła się roku pańskiego 2011, w grudniu.
Jak wszyscy wiemy, grudzień miesiącem wigilii różnej maści jest, dlatego nawiedziło dom starego profesora całkiem pokaźne stadko dziewcząt z dobrych domów, a nawet i ze słynnych Nowolipek!. Postanowił więc profesor, swoją wychowanicę do ludzi wyprowadzić i w ten sposób postępy w nauce ocenić.
Plan zaiste szczwany. Aczkolwiek, wielkie było zdziwienie moje, kiedy pannica owa, na złą drogę całą resztę biednych dziefczynek sprowadziła!
Na pierwszy plan poszła Mary, z domu Myszkin.
Która z panny delikatnej i powabnej, w sekundę przeistoczyła się w wulgarną postać rodem ze Złego, przemierzającą warszawskie ulice celem bójki drogą zaczepki wywołanej!
Tymczasem Aleksandrija S. złapała leżącą najbliżej Aleksandriję J. i przycisnąwszy ją do łóżka (doprawdy, nie wiem skąd wytrzasnęła łóżko w tym porządnym domu) jęła jej ręce wykręcać, krzycząc coś w stylu "huzia na Józia", czy "ciasto było ekstra, szmato!".
Nic to jednak w porównaniu z samą Elizą, która zaczepiwszy biedną Annou X. jęła jej mówić, że ma jakieś laski do zrobienia, czy inne zadania urągające porządnej niewieście... Kiedy Annou bronić się zaczęła, że ona nie zrobi, że nie umie, że nie chce - Eliza wykrzyczała jej w twarz: "do buzi, do buzi!". I tak oto Annou łkała łzami kobiety upodlonej.
Profesor Higgins doznał głębokiej porażki na polu edukacyjno-wychowawczym. Doznany szok spowodował, iż krzycząc najgorsze bezeceństwa w stronę wszystkich zgromadzonych, rzucił najgłośniejsze z możliwych "chu* mnie to obchodzi!".
I tak oto, kończy się ta smutna opowieść. Nie ma happy endu. Z życia wzięta to bowiem historia jest.