niedziela, 25 grudnia 2011

Relase the Kraken!

Podsumowanie ostatnich 48 godzin wygląda następująco:

Spożyłam posiłki, które w swej ilości przekroczyły dawkę podawaną mi w ciągu ostatniego miesiąca (w ramach darów od dobrych ludzi). Ujrzawszy na świątecznym stole śledzie (sic!) oszalałam! Telewizji nie oglądałam od (bodajże) Wielkanocy. Dzisiaj obejrzałam chyba z osiem filmów, kilka seriali i wszystkiemu co robię towarzyszy jakaś wartka akcja w HBO. It's a madness, bo nawet książkę czytam przy włączonym telewizorze. 

W ramach prezentów gwiazdkowych, przypadły mi w udziale kolorowe lakiery do paznokci. Siedzę więc sobie i z upodobaniem maluje paznokcie raz na czerwono, raz na granatowo. Zważywszy na moją ekstrawagancką sukienkę i upięte w kok włosy - Kraken został wypuszczony!

Po raz pierwszy w tym roku nie życzono mi męża, rodziny i stadka dziatek. Uważam to za spory postęp. Podobnie jak encyklopedyczny album o fotografii, który ucieszył mnie bardziej niż cokolwiek innego. A to moje ulubione zdjęcie z powyższego:

Trochę tak się dziś czuje. Z brzuszkiem jak afrykańskie dziecko, przebrana w eteryczność, a jednak trochę jak lama w taksówce.




sobota, 24 grudnia 2011

wiem/nie wiem/jeden pies?

What you don't know, can't make you unhappy - znalezione dzisiaj w google readerze. 

Tymczasem opowiadanie, które sobie czytam, kończy się zdaniem "Nie pytaj, bo wiedzieć nie trzeba, co gotuje nam los, tobie i mnie". W kontekście dzisiejszej dyskusji o tym, czy lepiej wiedzieć czy nie wiedzieć, dosyć to wszystko zabawne, albowiem mam czasami wrażenie, że kiedy już zacznę o czymś myśleć, to nagle wszystko wokół zdaje się dodawać swoje pięć groszy. Artykuł, książka, obrazek - traktują o tym samym i każą Ci się zastanawiać.

I mimo wszystko, chyba wolałabym wiedzieć, niż nie wiedzieć. Chociażby po to, by umieć wykorzystać dla siebie zdobytą raz wiedzę. Aby wiedzieć jaka akcja rodzi konkretną reakcję. To chyba nie jest głupie podejście, prawda? 

Wiedząc, jak wyglądały wszystkie święta do tej pory, umiem docenić to co mam teraz. Umiem cieszyć się z tego, że kiedy biorę z szafki baaaaardzo stary kubeczek (jest chyba starszy ode mnie) i nalewam sobie do niego fanty, która w ciągu kilku sekund wylewa się przez otwór, o którego istnieniu nie miałam pojęcia i kiedy zalewa podłogę blat, szafki i wszystko wokół - moja matka śmieje się z tego, a siostra podbiega ze szmatką, aby mi pomóc. Kiedyś, byłoby to zarzewiem jakiejś małej wojenki, bo w nerwowej atmosferze kłótni każdego z każdym, taki "wypadek" byłby doskonałą iskrą, podpalającą czekający w pogotowiu lont.

Święta są teraz czymś zupełnie innym. Wszyscy dorośliśmy - i dzieci i rodzice. Dojrzeliśmy do tego by być rodziną. Umiemy z sobą rozmawiać. I dopiero teraz wszyscy możemy zachowywać się dziecinnie od niechcenia - grając razem w memory i wyzywając się żartobliwie od szmat (sic!), kiedy ktoś komuś podbierze wypatrzone elementy. 

W tym roku podejrzewam nawet, że i matka i ojczym popalali sianko ze żłoba, bo poziom absurdu w ich wykonaniu dawno przekroczył ustalone normy - co uwieczniłam na zdjęciu i niebawem udostępnię :>

Centralnym punktem stał się nagle Włodek, który skupia na sobie uwagę wszystkich wokół, czym jednocześnie zwolnił mnie z roli najmłodszego w rodzinie. Hah, okazuje się, że jestem jedyną osobą, na którą reaguje tak dużym wzruszeniem! Co do niego nie podejdę - łzy leją się strumieniami:P Nie wiem, czy jest to kwestia mojej fryzury, czy bardziej mikrej ilości czasu, którą ostatnio z nim spędzam?

I tak oto, wracam mało płynnie do tego, że nigdy nie wiadomo co się w między czasie wydarzy - i tobie i mnie. Nie da się określić momentu, w którym stajemy się dla siebie potworami. Tak samo jak nie da się określić chwili, kiedy przestajemy nimi dla siebie być. 


piątek, 23 grudnia 2011

od Redakcji



czwartek, 22 grudnia 2011

Z pamiętnika Bridget Jones

Była sobie pewna pechowa dziewczynka, która pędząc do budynku z marmuru i złota, wylała na siebie całą oliwę z obiadu (który to przyrządziła sobie po raz pierwszy od miesiąca). Pech chciał, że tego dnia budynek ów odwiedzać miał szef wszystkich szefów. Świadoma skali problemu Bridget, spędziła w łazience pół godziny, piorąc spodnie i susząc je pożyczoną od koleżanki suszarką. Prostownica miała posłużyć jej za żelazko, aczkolwiek plama słabo zeszła, więc sensu prostowania również nie było.

Bridget odczuwała (oprócz uporczywej bezsenności) dosyć uciążliwy ból w okolicach pępka. Jako, że ów bolał ją już drugi dzień i puchł, postanowiła udać się po poradę do specjalisty przełożonego. Ten z miejsca stwierdził przepuchlinę pępkową, co doprowadziło biedną przewrażliwioną sierot(k)ę do łez. Udawszy się szybko do chirurga, w myślach żegnała się ze światem, ludźmi i słodyczami. Zapalenie w bolącym miejscu okazało się wyleczalne i niegroźne, aczkolwiek gmeranie w nim za pomocą wziernika, czy innego urządzenia do najprzyjemniejszych rzeczy w jej życiu, nie należało.

I tak oto, zbliżamy się do kulminacyjnej części przygód naszej bohaterki!

Szacowna Bridget postanowiła wstawić pranie i spakować prezenty. Pranie, owszem, wstawiła. Zapomniała jednak dodać płynu do prania (o tym do płukania nie wspomnę). Kiedy natomiast doszło do pakowania prezentów, okazało się, że Bridget jest być może kobiecą wersją doktora Frankensteina, jako że przygotowane przez nią pakunki w niczym nie przypominały prezentów, acz co najwyżej "zemstę kuriera".

Ehh. Siedzi więc sobie spokojnie Bridget i czyta wywiad z Janem Turnauem, by uspokoić rozedrgane nerwy i dobić zmęczone kilkudniową bezsennością oczy. O ironio, puentą wywiadu jest stwierdzenie, iż najważniejsze w życiu to się wyspać. I bijąc się z myślami (nie wiemy czy to ona je bije, czy one ją) pomyślała, że nawet najprostsze pod słońcem rzeczy nie są wcale takie proste. Nie ma nic bardziej frustrującego niż ogromne zmęczenie, którego w żaden sposób nie można zaspokoić. Panie Janie, Panie Janie, rano wstań, rano wstań.


Posłałam już, więc teraz idę spać.

wtorek, 20 grudnia 2011

Drogie dzieci..

profesor Higgins opowie Wam bajkę!


Była sobie kiedyś dziewczyna, o imieniu Eliza. Bardzo prosta dusza z niej była i biedna. Chorowała na nieznaną nikomu chorobę, zwaną syndromem Touretta...


Komunikowała się z ludźmi jedynie poprzez "szmatę", "ja jebię" oraz "frajery i chóje". Wypluwała te słowa niczym kałasznikow jakiś. I co gorsze w tej historii było, to to, że komunikaty te były całkiem zrozumiałe dla całego otoczenia. I ja, Drogie dziatki, byłam jedyną, która niestosowność owych przekleństw w ustach (jakby nie było) damy, dostrzegłam!

Dziewczyna owa, na nauki kindersztuby, z początku zareagowała agresją! Pluła, gryzła była i warczała. Dosłyszeć się dało jedynie wyrazy "arghh", "jam jest Damian", "sześćsześćsześć". A głowa jej nie dość, że straciła na urodzie, to jeszcze poczęła się wokół własnej osi kręcić.


Rany bolesne w walce tej poniosłam. A czy szczepione było to dziecko, nie wiem, ale się dowiem.....Zresztą! Zawsze uważałam, że dziewczęta powinny być prowadzone w smyczy i w kagańcu, motyla noga! Mniejsza o większość, przejdźmy do dramatycznej historii, która to wydarzyła się roku pańskiego 2011, w grudniu.

Jak wszyscy wiemy, grudzień miesiącem wigilii różnej maści jest, dlatego nawiedziło dom starego profesora całkiem pokaźne stadko dziewcząt z dobrych domów, a nawet i ze słynnych Nowolipek!. Postanowił więc profesor, swoją wychowanicę do ludzi wyprowadzić i w ten sposób postępy w nauce ocenić. 

Plan zaiste szczwany. Aczkolwiek, wielkie było zdziwienie moje, kiedy pannica owa, na złą drogę całą resztę biednych dziefczynek sprowadziła!

Na pierwszy plan poszła Mary, z domu Myszkin.


Która z panny delikatnej i powabnej, w sekundę przeistoczyła się w wulgarną postać rodem ze Złego, przemierzającą warszawskie ulice celem bójki drogą zaczepki wywołanej!

Tymczasem Aleksandrija S. złapała leżącą najbliżej Aleksandriję J. i przycisnąwszy ją do łóżka (doprawdy, nie wiem skąd wytrzasnęła łóżko w tym porządnym domu) jęła jej ręce wykręcać, krzycząc coś w stylu "huzia na Józia", czy "ciasto było ekstra, szmato!".


Nic to jednak w porównaniu z samą Elizą, która zaczepiwszy biedną Annou X. jęła jej mówić, że ma jakieś laski do zrobienia, czy inne zadania urągające porządnej niewieście... Kiedy Annou bronić się zaczęła, że ona nie zrobi, że nie umie, że nie chce - Eliza wykrzyczała jej w twarz: "do buzi, do buzi!". I tak oto Annou łkała łzami kobiety upodlonej.


Profesor Higgins doznał głębokiej porażki na polu edukacyjno-wychowawczym. Doznany szok spowodował, iż krzycząc najgorsze bezeceństwa w stronę wszystkich zgromadzonych, rzucił najgłośniejsze z możliwych "chu* mnie to obchodzi!".

I tak oto, kończy się ta smutna opowieść. Nie ma happy endu. Z życia wzięta to bowiem historia jest.

People are curious. A few people are...

Pisanie jest sztuką. Pisanie jest szmatą. Oba zdania są prawdziwe. 


Przeczytałam sobie wczoraj wszystko to, co napisałam i dumnie nazwałam opowieścią. Zaczęłam metodycznie kasować duże fragmenty i poczułam się z tym jakby lepiej. Dramaturgia sięgnęłaby zenitu, gdybym miała to wszystko wydrukowane i mogła systematycznie drzeć ułożony w stosiki egzemplarz. Mogłabym wsłuchiwać się w dźwięk rozdzieranego papieru, a potem z satysfakcją wynieść worek pełen śmieci. A tak, wystarczyło jedno kliknięcie, by kilkaset godzin mojego czasu poszło się jebać.

Taka Oriana Fallaci, miała na przesłuchaniu cały świat. Pytanie brzmi, czy pisanie to sztuka doboru odpowiednich słów, czy szmata ubarwiania rzeczywistości tak, aby ochy i achy wznosiły się nad trupem piszącego, jeszcze wiele lat po jego zejściu. 

Dla kontrastu, myślę sobie o takiej Munro, która być może nieprzypadkowo znalazła się w tym samym numerze Książek, co Fallaci. Opowiada mi ona o ludziach w taki oto sposób:

People are curious. A few people are. ... They will put things together, knowing all along that they may be mistaken. You see them going around with notebooks, scraping the dirt off gravestones, reading microfilm, just in the hope of seeing this trickle in time, making a connection, rescuing one thing from the rubbish.

Niewiele znam osób, które naprawdę są ciekawe tego, co je otacza. Czasami i ja przestaje być ciekawa, zaczynam żyć z prądem, poddaje się temu co w danym momencie się wydarza. 

W jednym zdaniu usłyszałam ostatnio, że zbyt wiele uwagi poświęcam na myślenie o tym co dobre, a co złe. Że za bardzo się przejmuje. Trochę przekleństwo. Trochę nie. Czasem wydaje mi się, że owa munrowska ciekawość sprawia, iż niezmiennie próbuje uratować jakąś rzecz ze śmieci.

Zbyt często ulegamy złudzeniu, że jesteśmy w stanie zmieniać rzeczywistość inną niż nasza. Prawda jest taka, że nawet własną trudno zmienić. Lubię tkwić w pewnych nienaruszalnych dla siebie ramach. I chociaż każdego dnia o poranku, powtarzam sobie, że będę poważniejsza, mniej rozbiegana i przestanę na każdym kroku żartować z rzeczy poważnych i tych nieco mniej - to nie potrafię wprowadzić tego planu w życie. Tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam, że czasem sama nie wiem, czy to jestem jeszcze ja, czy nie. 

Obserwując to co mnie otacza, myślę sobie, że nie mam prawa mówić innym, co powinni robić ze swoim życiem. Każdy doskonale wie co robi i dlaczego. I mimo wszystko, te najważniejsze decyzje podejmujemy sami. Jeśli jest tak jak jest, to dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Czasem potrafią na nas wpłynąć impulsy z zewnątrz, ale przeważnie są jedynie usprawiedliwieniem dla naszych własnych decyzji, rozkładając nieco ciężar i czyniąc życie nieco znośniejszym.

Pisząc, chciałabym wierzyć, że nie trzeba cierpieć za miliony, aby ktoś zechciał poświęcić Ci trochę swojego czasu. Ale trzeba też zaliczyć szmatę do arsenału swoich ingrediencji.

Do Majo weszła właśnie Olga Tokarczuk. Zawstydziłam się. 

poniedziałek, 19 grudnia 2011

The future will be confusing!


Aż dziw bierze, jak ironiczny bywa czasem los.

I skoro sama tłumaczyłam dzisiaj jak kuriozalne jest pojęcie diety "od poniedziałku", które to daje nam ciągły powód do odkładania naszych postanowień na kolejny "znaczący" moment, sprawiając tym samym, iż bez problemu znajdujemy usprawiedliwienie dla swojego braku konsekwencji, to może sama zacznę wreszcie o tym pamiętać.

Rok, to dużo. And things will never be the same :)