Piekę
chleb z półproduktów, nie ufam ludziom, którzy jedzą zupki instant.
Do czego to doszło, że artystycznie
spełniam się aktualnie już tylko w kuchni? Nie ma dla mnie nic bardziej odstresowującego
i twórczego, niż dodawanie dwa do dwóch + szczypta soli. Sama wpędzam się w
stereotyp kuchenny, z nieskrywana przyjemnością macający słodkie bataty w
osiedlowym sklepie Carrefour Złote Tarasy.
Moim
marzeniem zawsze była zabawa wkrętarko – wiertarką.
Mam na szczęście swoje alter ego, które
najchętniej całymi dniami biegałoby po Castoramie, Leroy Meriln i Obitaktorobi.
Gdyby zostawić mnie w którymś z tych sklepów na godzinę, z pewnością wydałabym
tam całą pensję. Wszystkie te śrubki, uszczelki i kolanka, są dla mnie niczym
diamenty, dla bohaterek hollywodzkich superprodukcji. Zresztą kolanka to jest
to, co misie lubią najbardziej!
To nie koniec moich paranormal activities.
Odkryłam niedawno, że mam też manię prześladowczą. Wydaje mi się, że wszyscy są
na wakacjach, tylko nie ja. Machają radośnie zimnym lechem na sopockiej plaży,
lub (co gorsza), wrzucają słodką focię kolejnej orientalnej potrawy,
konsumowanej w jakiejś ABSOLUTNIE nieturystycznej miejscówce w Tajlandii. Yeah,
right.
A żeby padało!
Pozostaje mi żyć weekendami długimi i
przygodami chłopców oraz dziewczynek z ekipy z Newcastle.
Pozostaje mi siedzieć na
zydelku na balkonie 2x1 metra i obserwować sklep wędkarski Sienna, w którym do
późnej nocy toczy się prawdziwe życie (może nieco zbyt głośne i wulgarne, ale
nie jestem małostkowa).
Pozostaje mi wreszcie jazda na Stefanie i wrażenie
(przy użyciu niewielkiej ilości wyobraźni), iż powietrze na mojej twarzy, to
lekka letnia bryza jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu, a nie po prostu…
gorące powietrze.


