poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Hu hu



Piekę chleb z półproduktów, nie ufam ludziom, którzy jedzą zupki instant.

Do czego to doszło, że artystycznie spełniam się aktualnie już tylko w kuchni? Nie ma dla mnie nic bardziej odstresowującego i twórczego, niż dodawanie dwa do dwóch + szczypta soli. Sama wpędzam się w stereotyp kuchenny, z nieskrywana przyjemnością macający słodkie bataty w osiedlowym sklepie Carrefour Złote Tarasy.

Moim marzeniem zawsze była zabawa wkrętarko – wiertarką.

Mam na szczęście swoje alter ego, które najchętniej całymi dniami biegałoby po Castoramie, Leroy Meriln i Obitaktorobi. Gdyby zostawić mnie w którymś z tych sklepów na godzinę, z pewnością wydałabym tam całą pensję. Wszystkie te śrubki, uszczelki i kolanka, są dla mnie niczym diamenty, dla bohaterek hollywodzkich superprodukcji. Zresztą kolanka to jest to, co misie lubią najbardziej!




To nie koniec moich paranormal activities. Odkryłam niedawno, że mam też manię prześladowczą. Wydaje mi się, że wszyscy są na wakacjach, tylko nie ja. Machają radośnie zimnym lechem na sopockiej plaży, lub (co gorsza), wrzucają słodką focię kolejnej orientalnej potrawy, konsumowanej w jakiejś ABSOLUTNIE nieturystycznej miejscówce w Tajlandii. Yeah, right.

A żeby padało!

Pozostaje mi żyć weekendami długimi i przygodami chłopców oraz dziewczynek z ekipy z Newcastle. 

Pozostaje mi siedzieć na zydelku na balkonie 2x1 metra i obserwować sklep wędkarski Sienna, w którym do późnej nocy toczy się prawdziwe życie (może nieco zbyt głośne i wulgarne, ale nie jestem małostkowa).


Pozostaje mi wreszcie jazda na Stefanie i wrażenie (przy użyciu niewielkiej ilości wyobraźni), iż powietrze na mojej twarzy, to lekka letnia bryza jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu, a nie po prostu… gorące powietrze.

piątek, 2 sierpnia 2013

wtorek, 16 lipca 2013

6/666




Tytus spał mi dziś na głowie. Zastanawiam się, czy to dlatego, że wzięłam wolny dzień i wykorzystałam go na sprzątanie mieszkania? Cierpię chyba na chroniczną nieszczęśliwość z dupy. Wszystko jest lepiej niż zwykle, a w 6 sekund zmienia się w gorzej. Czasem trwa kolejne 6, a czasem i 666.

Do tego nie umiem przypomnieć sobie tytułu piosenki.

wtorek, 2 lipca 2013

Harder, faster, better, stronger

Leksykon relacji międzyludzkich

Dla Mari Paz postanowiłam napisać krótki przewodnik/ leksykon/słownik po relacjach (obowiązujący nie tylko w małym mieście Warszawa)

Moi drodzy Czytelnicy, na początek kilka suchych faktów:

  • Ludzie mają różnie i ludzie robią różnie;
  •  Ludzie różnie performują w relacjach z innymi ludźmi;
  • Są psy rasowe i kundle (ale to bardziej dla fanów kynologii);
  • W dzisiejszych czasach umawianie się na randki jest jak szukanie pracy – albo przez Internet, albo cię ktoś poleci.
Na potrzeby dzisiejszego wpisu, dokonałam małego apartheidu (znaczy się segregacji) typów relacyjnych.

Pierwszy typ, to krótkodystansowiec.  Uzależniony jest od emocji – szczególnie tych intensywnych. I nie ma w tym nic złego – życie, a przede wszystkim „młodość”, rzecz krótka i trzeba ją jak najlepiej wykorzystać. Harder,  faster, better, stronger.

Dziewczyny chodzą za garaże i pokazują sobie tatuaże (by Mari Paz).

Można przeżyć życie w całej masie 24 miesięcznych relacji, zapewniając sobie ciągły przypływ świeżych wrażeń.  Tym bardziej, że moje osobiste Prawo Murphiego mówi, iż wzrost zainteresowania Twoją osobą jest wprost proporcjonalny do długości związku, w którym jesteś (czytaj:  im dłużej misiaczkujesz i pysiaczkujesz na stałe, tym więcej potencjalnych kandydatów do łóżka).

Drugi typ związkowca, to anty- związkowiec. Nie uznaje żadnych, nawet najkrótszych relacji – są one zwyczajnie zbędne i zaburzają stabilne dążenie do celu podstawowego anty-związkowca: utrzymanie status quo.

Anty – związkowcy najczęściej zapominają o tym, by powiadomić osoby z którymi łączą je relacje seksualne, o fakcie swojego nieangażowania się w relacje, co często prowadzi do nieporozumień i lekomanii.

Kolejnym typem jest typ „rozpiera mnie miłość”, zwany potocznie poliamorystą. Poliamorysta chodzi sobie po świecie i kocha wszystkich ludzi. Jest fanem geometrii, a w szczególności trójkątów rozwartokątnych. #kochamwszystkich  #lovelovelove #jestęTchórzę

Są wreszcie długodystansowe zające. Osoby te wchodzą w długie związki z innymi osobami, gdyż lubią porządek. Kiedy ich relacja przestaje być ekscytująca, skoczą sobie to tu, to tam – zapewniając jednocześnie, że osoba z którą są, jest najważniejsza na świecie, a seks to seks. Na imprezy i wakacje  zawsze udają się z partnerem, a mały numerek na boku jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził (nie bądźmy pruderyjni!).

Na samym końcu łańcucha pokarmowego znajdują się zwyczajni długodystansowcy. Typ ten jest rzadko spotykany w przyrodzie i podlega ścisłej ochronie ONZ, ZTM i UOKiKu. Typ ten jest jednakowoż moim ulubionym. Od typu krótkodystansowca różni się dziesięcioma szczegółami (obrazki wkrótce) oraz życiowym mottem, które zazwyczaj haftują sobie na koszulce: „Słowa mają znaczenie tylko wtedy, kiedy trwają”.

Cechuje mnie aktualnie całkowicie bezinteresowna nienawiść do ludzi.  Dlatego tylko dzisiaj, każdy lajk lub komentarz oznacza akces do „Let’s hate people together!” i jedną złotą gwiazdkę na gównometrze.

Pozdrawiam!

czwartek, 27 czerwca 2013

Godzina 0:40, otworzyłam wino i piję je sama. Panta rhei, szczególnie wino.

wtorek, 25 czerwca 2013

Just get to the finish line...then you can die.


Z Jaczesko spędzamy niedzielę na robieniu sobie przerwy pomiędzy ścieraniem kurzy, a myciem podłogi (sponsored by Procter&Gamble) - przebieżka 5 km wokół łazienek w orzeźwiającej temperaturze 30 stopni (dla niezaznajomionych z tematem - główną nagrodą zestawu startowego biegu kobiet, okazało się być Pronto do kurzu, yeah).

Jaczesko z kolei,  okazało się być prosiakiem i kiedy to wpadłyśmy (czyt. dopełzłyśmy) razem na metę, trzymając się triumfalnie za łapki - wysunęła do przodu swoje futro, przez co oficjalnie dobiegła sekundę przede mną. Na skutek machlojek organizatorów, spadłam więc co najmniej 5 pozycji niżej od tej (nie bójmy się tego słowa) oszustki matrymonialnej!

Zważywszy na powyższe, poniższe i wszelakie inne okoliczności, nie mam skrupułów by nadmienić, że dziewczę owo troszku się spociło (nie bez znaczenia jest tu użyty wcześniej deskryptor "prosiak"), podczas gdy inne biegaczki (np. te z czasem gorszym o sekundę) nic na swej świeżości i oszałamiającej urodzie nie straciły. 

Pozdrawiam!



środa, 19 czerwca 2013

W Polsce o porządek dba Małgorzata Rozenek




Dzwoni do mnie Malwa i proponując spotkanie mówi, że chyba już nie spotykam się z ludźmi, którzy mają dzieci. 

Dzieci... dzieci.....dzieci?! Myślę naprędce – urodziła? Tymczasem mały Franek ma 1,5 roku…Ekhm.

Czas przecieka mi między palcami, a ten wolny pędzi obok mnie niczym Pendolino. Próbuję go złapać jak najwięcej, co przeważnie kończy się mniej więcej tak:



Nie mam czasu, by napisać o tym wszystkim co roi się w mojej głowie.  Na przykład o tym, jak zawieszam się w lotniskowej skmce i w  slow motion obserwuje otoczenie bardziej jako kolory, niż kształty. 

W głowie mam jakby konkluzję, że w tym kraju niewiele się zmieni, jeśli same kobiety nie mają nic przeciw umieszczaniu w pakiecie startowym "biegu kobiet", opakowania pronto do kurzu..

Parady równości donikąd nas nie doprowadzą, jeśli będą jedynie niedzielnym spacerem zblazowanych ludzi, których teoretycznie łączy ta sama idea, a praktycznie nie łączy w zasadzie nic. Dziewczęta na lewo, panowie na prawo. Płcie "wątpliwe" niech się rozdwoją. Trochę to wszystko słabe. 

Na Siennej unoszą się dźwięki gospel (niedziele) i allah akbar (poniedziałki i środy do 23). Jest też sklep wędkarski, w którym panowie kręcą jakieś lody, bo po wędki jakoś nikt nie przychodzi. Okolica pełna jest dyszących spadającym tynkiem kamienic, a na jednej z nich pojawia się napis "I'm sorry", który bezwiednie przywodzi mi na myśl peszkową frazę "Sorry Polsko!". 

No bo sorry Polsko, sorry! Rewolucje odbywają się tu tylko w kuchni, a o porządek dba rozciągnięta w uśmiechu, jak gumka od majtek, Perfekcyjna Pani Domu..

I wszędzie te cholerne komary.