Bóg dał mi talent. Nie przyjęłam - jestem ateistką
czwartek, 9 lutego 2017
Czwartek.
Mówią, że każda zmiana jest dobra. 2017 będzie prawdopodobnie rokiem zmian.
Całe popołudnie i wieczór świat się kręci w mojej głowie. Tracę równowagę, tracę grunt, mam ściśnięty mózg. Bardzo dziwne uczucie, które każe mi googlować w Internetach hasła "objawy tętniaka", czy "guz mózgu" w 3 krokach.
Bardzo dużo dziś miałam dyskusji apropos wymagań wobec ludzi. Moje podobno są "za duże". Tymczasem powoli godzę się na to, że się nie godzę i przyjdzie mi za to zapłacić jakąś cenę.
I mimo że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował koncertowo zepsuć Ci dzień - dla równowagi znajdzie się ktoś, kto sprawi, że się uśmiechniesz pod nosem.
Środa. Parking Leclerk. 2h parkowania za darmo. Albo bardziej deskryptywnie- 30min siedzenia w aucie za free.
Na zewnątrz minus 10, ale to nic, bo wewnątrz denim 40.
Idalia Tomczak i Konrad Olszewski odprowadzają mnie do domu w popoludniowym korku z Muzo FM. Zawsze śmieje się na imię Idalia.
Dlatego o poranku pod Leclerkiem wita mnie dzisiaj Ania z audycją "Bisior i Anna"
Z głosnikow leci Skunk Anansie, a ja siedzę w zimnym już samochodzie, wbita w sukienkę, której rolą jest sprawić wrażenie.
"Darkness come, I feel magnificent" śpiewa Skin. A ja nie jadłam śniadania, więc wpierdalam śliwkę w czekoladzie, której zresztą nie lubię.
Śliwki w czekoladzie kojarzą mi się z ojcem, który je uwielbiał. Prawdopodobnie więc przeniosłam uczucia które miałam do niego, na bogu ducha winną śliwkę. Głębokie, wiem.
Ostatnio zasypiam wcześnie, ale I tak ledwo wstaje z lożka. Wszystko wokół jest jakieś takie zamarźnięte.
https://youtu.be/-1Cx2TLvW2o
poniedziałek, 6 lutego 2017
Krzyk Wilhelma (ang. Wilhelm scream) – filmowy efekt dźwiękowy po raz pierwszy wykorzystany w 1951 roku w filmie Distant Drums.
Kiedyś chodziło się nad Wisłę i krzyczało. Kiedyś, to dobre słowo. Odnosi się do tego co było i tego co będzie.
"Youshouldembraceyourfears and yourshortcomings and quirkinessinstead of fighting with them"
Czytałam ostatnio wypowiedź Lenona. Cytat jak wiele innych w internecie. Taka tam bzdura do powielania na wallach mojego ulubionego gatunku facebookowiczów. poza kiczem, który naturalnie odbił się ode mnie, w głowie zabrzmiała mi część o anulowaniu siebie.
Anulowanie - zatracanie swojej osobowości, po to by sprostać oczekiwaniom innych ludzi.
Zaczyna się od "jesteś"
Jesteś zbyt dominująca, jesteś męcząca, jesteś przemądrzała, jesteś zbyt głośna, jesteś osobą, która pali za sobą mosty. Cała masa "jesteś", prawda?
Poza jesteś, mamy jeszcze moje ulubione - "powinnaś".
Powinnaś jest o tyle lepsze, że otulone jest grubą warstwą troski, która niczym folia bąbelkowa sprawia, że masz ochotę rozgniatać ją palcami i słuchać jak pęka.
Powinnaś zachować się tak, a nie inaczej, powinnaś czuć to, a nie tamto, powinnaś być z pewnością kimś innym niż jesteś.
I tak, w którymś momencie orientujesz się, że większość czasu tracisz na dostosowywanie się do innych ludzi, na staranie się. Spalasz się w tym wszystkim na tyle skutecznie, że nie pozostaje Ci nic więcej poza poczuciem winy. Bo nadal jest nie tak.
W Małym życiu pojawia się bohater, który wykorzystany w dzieciństwie, przez całe swoje dorosłe życie przeprasza, że nie spełnia oczekiwań innych ludzi. Jest to bohater, który mnie wkurza, irytuje, przyprawia o katusze. Widzę w nim czasem siebie.
Nie wiem kiedy zaczęłam dostosowywać się do innych ludzi. Nie wiem, kiedy zaczęłam tłumić w sobie emocje i pokazywać tylko te, które są lubiane, tolerowane, pożądane. Nie wiem kiedy zaczęła się ta powolna anulacja siebie.
Wiem natomiast, że w końcu następuje taki moment, kiedy musisz się nauczyć akceptować to kim jesteś, jaki jesteś i że w ogóle jesteś. Żałuje, że nie urodziłam się w innej rzeczywistości. Być może byłabym dzisiaj kimś innym - bardziej pewnym swojej wartości, asertywnym, godnym, nie tak szorstkim, nie tak kontrolującym rzeczywistość wokół siebie.
Ołówki z gumką wymyślono dlatego, że ludzie popełniają błędy – ja też je popełniam. Każdego dnia od nowa. Czasem najgłupsze na świecie, czasem nie. I jedyną osobą, którą powinno to obchodzić i która ma prawo to oceniać powinnam być ja sama – i tak od zawsze najsurowszy obserwator wszelakich wpadek, potknięć, wywaleń, czy gradacyjnie – wypierdoleń.
A cała reszta widowni – przede wszystkim tej, która ma najsłabsze miejsca w tym spektaklu, może się ode mnie zwyczajnie <parental advisory>
Toni Erdmann zmęczył mnie psychicznie. Kolejna, po Shirley Valentine komedia, na której widownia ryczy ze śmiechu. A ja myślę sobie „z czego się kurwa śmiejecie?”. Co śmiesznego w tym, że kobieta w średnim wieku rozmawia już tylko ze ścianą? Co śmiesznego w tym, jak bardzo jesteśmy w swoich dążeniach do sukcesu samotni ? Czy samotność w tłumie otaczających nas ludzi jest taka śmieszna?
To tak naprawdę kolejne głosy w dyskusji o tym, jak bardzo jesteśmy w stanie dostosowywać się do otaczającego nas świata i jak bardzo jesteśmy w tym wszystkim nieprawdziwi. To opowieść o tym, jak bardzo nie potrafimy rozmawiać ( z sobą oczywiście, bo paplać o wszystkim i niczym z innymi ludźmi potrafimy wyborowo).
Whitney Shmuck śpiewa o największej miłości ze wszystkich – miłości do siebie. W niej znajdziesz swoją siłę mówi, nie będę szła w niczyim cieniu, bo wierzę w siebie - powtarza, polegam na sobie – wykrzykuje fałszując niemożebnie.
I tylko ten fałsz mnie przekonuje. Bo tylko on jest w tym wszystkim prawdziwy. Cała reszta to tylko
Kiedy śnisz się komuś jako postać umierająca w męczarniach, która wymiotuje własną krwią - myślisz sobie będzie słabo.
Dwa miesiące temu powiedziałam "kurczę, jestem szczęśliwa. wszystko jest takie, jak być powinno i chcę aby tak było już zawsze". Ohh nooo...I tak samo jak umiera jednorożec, kiedy powiesz "ojtam ojtam", tak samo bogowie śmieją się z Ciebie wtedy, gdy powiesz im o swoich marzeniach.
W ciągu zaledwie kilku dni, domek z kart rozsypał się na moich oczach. Tytus the cat odszedł za tęczowy most, pociągając za sobą lawinę zdarzeń, które z krainy szczęśliwości zabrały mnie w miejsce, w którym niekoniecznie chciałabym być.
Człowiek jest podły - do wszystkiego przywyka. Przywykłam i ja do tej nowej rzeczywistości, w której go nie ma. Pojawiła się mała Prada, która bardzo szybko zagospodarowała przestrzeń wokół nas. Zagospodarowała też całkowicie przestrzeń władzy nad moim snem (a raczej jego brakiem) - ale to nic, bo zawsze byłam sową, bynajmniej nie rannym ptaszkiem.
Oglądałam właśnie amerykańską wersję "Otwórz oczy". Kolejny tam film o miłości niespełnionej i tym jak żyć. Płakałam jak głupia. Serio. I długo po tym, jak pojawiły się napisy końcowe, miałam wrażenie, że mogłabym płakać tak bez końca - nie wiedząc już sama nad czym tak płacze. I własnie tak - jedno wydarzenie, które wybija cię z przyzwyczajeń - z tego że coś jest, a potem nagle tego nie ma, sprawia że kompletnie tracisz grunt pod nogami.
Jest nowy kot - młody, zabawny, kochający i w dodatku przez wszystkich wokół uwielbiany. A mnie ogarnia coraz większy smutek. Umrzeć? Tego się nie robi człowiekowi.
Czuję złość, nad którą nie zawsze mogę zapanować. Przez 90% czasu trzymam w ryzach wszystko tak, jak zwykle. Może trochę bardziej przegnę z ironią, żartem, złośliwym komentarzem. Czasem wpadnę w fazę udowadniania swojej wartości, zbędnego popisu, wymądrzania, opowiadania idiotycznych historii. Przez pozostałe 10%, gdy nikogo nie ma wokół mnie i nie odgrywam konkretnej roli, złość i smutek biją się o swoje miejsce.
I na co zdała się ta cała kontrola? Pilnowałam zakręcania gazu, zamykałam drzwi i okna, pytałam "gdzie jest Tytus?" wychodząc z domu nawet na chwilę. A to i tak w niczym nie pomogło. Bo prawda jest taka, że jest całe mnóstwo rzeczy nad którymi nie mam kontroli i nigdy mieć nie będę.
Jestem jak ćma barowa Hoppera, siedzę przy barze życia i samotnie sączę kolejnego drinka. Widać mnie przez grubą szybę oświetlonego pomieszczenia, do którego nikt nie wchodzi.
Dziewczęta "mojego pokroju" nie mają nigdy chusteczek do nosa. Widać to szczególnie zimą, kiedy to statystyczne 10% społeczeństwa smarka smętnie w rękaw podczas podróży autobusem. Taka tam kolejna obserwacja z transportu miejskiego.
Kiedyś słyszałam, że robią to całkowicie celowo, wszak idealnym motywem na podryw jest słynne „cześć, masz chusteczkę?”, które to uruchamia lawinę pasji, namiętności i uczuć longlasting.
Wczoraj zadzwoniła do mnie moja matka (w zasadzie to zadzwoniła kilka dni temu, ale ja oczywiście nie miałam czasu oddzwonić), okazało się że kliknęła coś w telefonie, zawirusowała wszystko i jeszcze pobrało jej opłatę za sms premium w kwocie 6,43.
Po kolei przeszłam z nią proces formatowania telefonu, a następnie blokowania usług ponad normatywnych. Taka w sumie kontrola rodzicielska, ale świadczona w odwrotną stronę. Jak bardzo uderzyło mnie wtedy to, że rzeczy proste i oczywiste dla mnie, jak czyszczenie cookisów, formatowanie dysku, czy przenoszenie danych z telefonu na kartę SIM, są dla moich rodziców nieosiągalne. Różnica pokoleniowa, której się trochę boję.
Co, jeśli za 20 lat ktoś będzie pokazywał mi jak włączyć i wyłączyć domowego androida? Co jeśli nie będę wiedziała gdzie kupuje się bilet na tunel czasoprzestrzenny? Jedyna nadzieja w tym, że ten świat wcale nie przetrwa tak długo, by zdążyć mnie upokorzyć nieporadnością w obsłudze urządzeń 6-tej generacji, albo zwyczajnym grzebaniem w śmietniku za butelkami po piwie.
Podobno grozi nam wszystkim piękna katastrofa. Grożący Ziemi raz na 150 lat impuls elektromagnetyczny wprost ze słońca, jest w stanie zresetować naszą cywilizację (ostatni rozbłysk miał miejsce w 1859 roku). Wyobraźmy sobie nasze przebudzenie w świecie, w którym nie ma prądu, a co za tym idzie...nie ma Facebooka, smartfonów i komputerów (i już w tym momencie 80% grupy wiekowej 15-30 umiera w konwulsjach).
Bloga pisałabym w notesie, a lajki musiałabym zbierać osobiście - długopisem. Kuchenne rewolucje Magdy Gessler, zastąpione zostałyby przez "Kuchnię w czasach apokalipsy" - czyli puszka tuńczyka na 3000 sposobów. A święto lasu - czyli brak wieczornej kąpieli, stałoby się świętem permanentnym (yay!).
Na szczęście zostałyby nam książki. Już bez towarzystwa kieliszka czerwonego wina i płyty CD odtwarzanej w tle.
Pytanie, czy my zostalibyśmy ludźmi? W to niestety szczerze wątpię - czego dowodem jest nasza wczorajsza dyskusja preepersowa. Przygotowując się na koniec świata, nie wyobrażam go sobie absolutnie w stylistyce Larsa von Tiera, czyli pięknym. Najbliższa mi jest stylistyka 30 dni potem. Każdy z nas jest nosicielem wirusa, który może uaktywnić się w chwili, kiedy wszystko to, co do tej pory znaliśmy ulegnie zniszczeniu.
I tak jak wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tak i koniec świata nie ma w sobie nic pięknego. A powód ku temu jest bardzo prosty. Pędzący rozwój cywilizacji może i zrobił ze świata globalną wioskę. Rozwój infrastruktury i cyfryzacja doprowadziła do tego, że kontakt z kimkolwiek z drugiego końca świata, jest możliwy na jedno wciśnięcie guzika. Facebook, ogłosił swój reason to believe - "to make world open and more connected".
Tymczasem, chyba nigdy w historii cywilizacji nie byliśmy sobie tak odlegli jak dzisiaj. Internetowe rozmowy o pierdołach, wyparły rzadsze, acz bardziej szczere interakcję. Zalew internetowej głupoty, pozbawia nas wrażliwości na to wszystko co piękne wokół. Zamiast być i czuć, fotografujemy rzeczywistość małymi kamerami naszych smartfonów, przegapiając tak naprawdę wszystko to co ma zapach i strukturę. Oglądając kolejne wydanie wiadomości na TVN24, bezradnie wzruszamy ramionami nad tym wszystkim, co przecież nas nie dotyczy. A pokonując codzienną drogę do pracy, nie dostrzegamy już widoku innego, niż ten na przesuwanym za pomocą naszego kciuka ekranie.
Odłączeni od prądu, będziemy się musieli nauczyć siebie od nowa.
Piątek, 13go. Europa modli się za Paryż, Europa pali znicze, kładzie kwiatki, a liderzy wszystkich partii politycznych (lewackie i liberalne szmaty, które sprowadziły islam do Polski również) składają kondolencje pod ambasadą Francji. Duduś pokazał schylając się fragment łysiny, Ewa jak zawsze mówiła łamiącym się głosem, który wyciska łzy, a Basia, jak to Basia - nawoływała do nie atakowania uchodźców. Taka sobota po takim piątku.
Paryż wart jest mszy. Ale Paryż jest świecki.
Europa pokazuje miękkie podbrzusze. Wypina się swoją bezradnością w całej okazałości.
Jadę autobusem linii 172 - kierunek Sadyba. Rozważam wszystkie geopolityczne uwarunkowania, międlę w ustach przekleństwa, przypominając sobie kolejne andrzejrysuje, które nie są jedynie śmiesznym żartem. I wtem spotykam jej spojrzenie. Wyczuwam ją momentalnie, patrząc na zachłanność jej wzroku. Dziewczyna otwiera metodycznie rafaello, zjada naprędce, po czym zabiera się za kruche ciasteczka. Cała siatka zakupów wypchana jest słodyczami. Obie to wiemy. Ona wie, że ja wiem. A ja wiem, że ona wie. Całość tych zakupów, za wyjątkiem plastikowej siatki (bo biodegradowalna) wylądują wkrótce w muszli WC jej mieszkania. Spotykam ją zresztą 3 tygodnie później - w tym samym autobusie, z taką samą siatką i takim samym umęczonym spojrzeniem. Kolejny przykład człowieka, któremu nie jestem w stanie pomóc, chociaż na swój sposób dobrze go rozumiem.
Świat się zmienia i to w bardzo złym kierunku, a ona po prostu wpierdala te swoje słodycze. Na swój sposób jest oderwana od piątku 13go i tego co może się jeszcze wydarzyć. Cytując Hemingwaya - nie pytaj o to, komu bije dzwon - bije on Tobie.
Rozmowa o lęku przed samotnością (szczególnie tą w sile wieku) wróciła do mnie jak bumerang. Moja matka regularnie powtarza, że podstawowym problemem mojego "stylu" życia jest samotność. Mimo, że mam ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami, to na swój sposób jest to lęk, który funkcjonuje zagnieżdżony gdzieś głęboko we mnie. Tak samo jak wieczny lęk przed zależnością, czy też lęk przed różnicami pokoleniowymi, które obserwuje już nawet w kontakcie z Domiczem. .
Będąc już trochę po trzydziestce, nadal nie czuje się osobą dorosłą (zastanawiam się regularnie, kiedy w końcu poczuje, że to już ten moment?). Nadal czuje tę niepewność związaną z poznawaniem innych ludzi (co tak naprawdę o mnie myślą?), tylko trochę lepiej to ukrywam, wychodząc zapewne na pewną siebie. Wszyscy się przejmują, tylko Ewelina ma wyjebane na wszystko.
Miałam pisać o tym, dokąd zmierza nasz świat, ale mimowolnie zastanawiam się nad tym dokąd zmierzam ja sama i jak bardzo z biegiem czasu, coraz więcej we mnie obaw o nieposadzenie drzewa.