wtorek, 24 maja 2011

foto story nerd


Widząc to zdjęcie już wiecie, że to nie żarty. Big bang theory może się schować. Seks w wielkim mieście to przy nas marna bajeczka dla dzieci ( tym bardziej, że w naszej wersji nie ma ani wielkiego miasta, ani tego drugiego, którego imienia nie wolno wymieniać).

A zaczęło się tak niewinnie...jak zawsze zresztą!


Aleksandra J - wieczny student z biletem na komunikację miejską "normalny".  Obiecawszy mi niewinny spacer nad Wisłą, który wyobrażałam sobie tak:


...zareagowała oburzeniem, na niewinne pytanie, czy może dla odmiany napijemy się clabmejta?


Przyznaje, zabrakło mi sił na jałowe spory. Nie zastanawiając się więc długo, umożliwiłam Aleksandrze J przejście przez pierwsze cztery kroki, z metody 12-tu kroków ( pierwsze piwo, drugie, trzecie i czwarte). Wywołało to niekłamaną radość na twarzy wyżej wymienionej oraz standardowy juz napad małpiego rozumu w stylu "na Fina".



Zdjęć zbierania akrobatki z ziemi nie będę załączać, gdyż ( nie oszukujmy się) jestem przekupna :-)




Paulina Cz. - na mieście znana szerzej jako męska odpowiedź  na Justina Biebera. Najczęściej ubiera się w cudze ubrania i potem narzeka, że są za krótkie lub za ciasne. Czerwoną bluzę nosi w celu ukrycia pojawiających się na jej twarzy rumieńców ( dlaczego się tam pojawiają, nie muszę chyba dodawać). 

Wieczór planowała spędzić na szydełkowaniu w zaciszu domowym. I wszystko poszłoby po jej myśli, gdyby nie...




Marianna M. - dziewczyna bezdomna, niepraktykująca. Wydaje jej się, że ma prawdziwą bluzę adidasa, a kawę pija tylko z piwem. Dziewczyna wychowana w duchu wartości katolickich - wie co to dyscyplina i egzorcyzmy. Uwielbia mąkę Szymanowską i jedzenie z podłogi. 

A to było tak..

Paulina Cz. zmierzała dziarskim krokiem do domu, w ręku prawym dzierżąc szydełko, a w lewym siatkę pełną włóczki. Tymczasem Marianna M. zmierzała do jednej ze swoich melin - tym razem na Pradze. Dziewczęta tak skutecznie się odprowadziły, że pierwsza zamiast w Mińsku, wylądowała w Otwocku, a druga zamiast na Wschodnim, ocknęła się na peronie 9 i 3/4, gdzie próbowała wmówić obsłudze, że ściana przed nią jest tylko iluzją.




Kiedy dwie ofiary losu dotarły do naszego szacownego grona - przyznaje, iż okazałam zawód związany z brakiem pokrowca na skuter, który Pau miała mi wyszydełkować. Marianna tymczasem opowiadała niestworzone historie o jednorożcach ( taaaaaaki był), bezdomnych oraz rowach.


Jaczewska nie wyglądała na przekonaną...



Ja tym bardziej..Dlatego pogroziłam Mariannie M. palcem ( nynynyny) i ruszyłam zdobywać pieczyste! Szef kuchnii długo opierał się przed przyrządzeniem zacnego posiłku sugerując, iż kuchnia jest już nieczynna. Przekonałam go jednak tłumacząc, iż siedzące na tarasie kotki, to żadne szlachcianki - zwyczajne dachowce. Kanapka wydaje się więc całkowicie adekwatna!






Radości stało się zadość :-)

Okazało się, że najedzone kociaki potrafią party hard. Nasza gangsterska przeszłość dała więc o sobie znać, a słoma wychodziła wszystkimi butami!
Jaczewska zaczęła nam opowiadać o złotych czasach, kiedy urywała z mercedesów znaczki, okradała staruszki, a studentom zabierała pięć telefonów. 


Marianna siedziała przerażona i nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się  naprawdę..


 A może to tylko kwestia skarpetek noszonych do sandałów sprawiła, że ta krasnaja dziewoszka posmutniała? Ja nie paniemaju....ja nie prażałskaja, ja nie mówić ukraiński.


Patrząc niepewnie na swoje stopięta, zwróciła tym samym uwagę wszystkich! Nie pomogły moje prośby, apele i dyskretne znaki. Podłe padalce, wyśmiały przeurocze skarpetki dziewczyny z dobrego domu!


Mówiłam  - nie godzi się! Zostawcie tą biedną dziewczynę w spokoju! I tak przecież musi sama przed sobą udawać, że ma oryginalną bluzę. Nie można jej tak dobijać! 



Na nic okazała się moja interwencja. Raz rozjuszone - nie dały się uspokoić i przez resztę wieczoru śpiewały "suck my dick"  w wersji a'capella.

Jaki więc morał z tej historii? Friendship is like peeing on yourself: everyone can see it, but only you get the warm feeling that it brings





sobota, 21 maja 2011

tears in rain

Patrzę na śpiącą i myślę sobie, że jeśli tak ma wyglądać miłość, to ma w sobie więcej z karykatury. Miłość o wychudzonej twarzy i wielkich oczach, która za każdym razem zaciska zęby i dalej się stara. Miłość, która powinna mieć twarz uśmiechnietą i spokojną, a ma zapłakaną, smutną i zmęczoną. To prawda, że sen rozumu, tworzy potwory, które straszą nas wtedy, gdy zgaśnie światło.

Jest taka scena z Blade Runnera, kiedy Roy mówi, że wszystkie jego wspomnienia zostaną zagubione, niczym łzy pośród deszczu. W tej scenie replikant ma w sobie dużo więcej tak zwanego człowieczeństwa, niż niejeden człowiek. Nie wiem czemu, ale za każdym razem doprowadza mnie to do łez.

Time to die - mówi. I odpuszcza.


środa, 18 maja 2011

przyszło żądanie okupu

smutno mi, Boże

Schodzę dziś na dół w pełnym rynsztunku. Zasiadam dumnie za kierownicą Stefana. Wiatr  rozwiewa mi włosy, przechodnie uśmiechają się przyjaźnie. Straż miejska patrzy dziwnym, acz niegroźnym wzrokiem. Chcąc zmienić pas, spoglądam w lusterko. Nic nie widzę. A czemuż to - pomyślałam? Niedomyłam? Oczęta zmęczone?

Nie.

Lusterka zajebali.

Koniec bajki, smutno mi Boże.





środa, 4 maja 2011

customer service po polsku :-)

Zakupiwszy nowy kask do skutera, otrzymałam w dniu dzisiejszym produkt nie do końca spełniający moje wymagania. Kask wydaje z siebie aromat rozpuszczalnika do farby, który to w 30 sekund wypełnił cały nasz dosyć pojemny ( w sensie kubatury) biurowiec na Wierzbowej.
 
Napisałam więc krótkiego maila z zapytaniem, czymże sobie zasłużyłam na taką niespodziankę (cytuję słowo w słowo)
Nie napisali Państwo że kask śmierdzi jak nieczyszczona kocia kuweta:) A tak serio, jak maksymalna chemia. Zakładam, że nie założyłby Pan tego na głowę, prawda? I co oznacza - z czasem wywietrzeje? Mam go sobie trzymać na sznurku za oknem do zimy? :-)
A oto wyciąg z mailowej korespondencji z Panem z działu obsługi klienta:
 
>Nie napisali Państwo że kask śmierdzi jak nieczyszczona kocia kuweta:)

No faktycznie, ale nie omieszkamy wziąć uwagi naszych Klientów do serca i przy następnej aukcji zamieścimy informację, że kaski te najlepiej nadają się dla kotów-punków, które niechętnie się myją ;-)


> Zakładam, że nie założyłby Pan tego na głowę, prawda?

Nieprawda :-) Ba, nie tylko założyłbym, ale już zakładałem - może nie konkretnie ten kask, który Pani otrzymała - ogólnie kaski Awina. I mimo tego,że moja czupryna nie nadaje się raczej do reklamowania
szamponów do włosów, ale zapewniam, to nie dlatego, że przymierzałem kaski pachnące kocią kuwetą ;-) (to pewnie genetyka).


> Mam go sobie trzymać na sznurku za oknem do zimy? :-)

Myślę, że spokojnie wystarczy do lata :-) A poważnie - jak możemy Pani pomóc? Mamy wystawić na naszych aukcjach konwaliowy Brise, czy może dodawać je gratis do każdego kasku, a Pani wysłać zaległy? ;-)
 

sobota, 30 kwietnia 2011

gravity

Dlaczego grawitacja w ogóle istnieje? Dlaczego dwie masy mają się ku sobie? 

Ponieważ istnieje czasoprzestrzeń. 

Co to znaczy dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie nie jest prawdopodobnie możliwa. Chociażby dlatego, że chyba nikt tak naprawdę nie rozumie czym grawitacja tak naprawdę jest. Nie można jej jednoznacznie określić, zamknąć w pewnych ramach, nadać tytuł, wagę, czy rozmiar.

Czasami wyobrażam sobie, że grawitacji nie ma. Że pływam swobodnie pomiędzy sufitem, a podłogą. Że wyciągam przed siebie ręce lub lewituje swobodnie w pozycji horyzontalnej. Odbijam się od ściany i lecę dalej, robię powietrznego fikołka, śmieję się z tego i łapczywie chwytam powietrze wraz z którym unoszę się w mojej własnej czasoprzestrzeni. 

Wyobrażam sobie, ze wylatuje przez okno i dryfuje swobodnie w sobie tylko znanym kierunku. I chociaż boję się latać, wyjątkowo nie czuję strachu. Patrzę na otaczającą mnie rzeczywistość - na unoszące się wokół mnie molekuły. Wszystko zwalnia, wstrzymuje swój bieg. A ja czuje się wolna. I staram się cieszyć każdą sekundą lotu, bo w końcu ktoś wciśnie guzik "grawitacja", a ja z łomotem spadnę na ziemię.




piątek, 29 kwietnia 2011

Ty masz mnie za głupią dzikuskę


Wieczoru piątkowego drugiej części opis, obiecałam już kilka dni temu. A jako, że zawsze słowa dotrzymuje...Panie i Panowie trzymajcie się swoich gaci. Oto piątek wieczór part II, czyli "Ty masz mnie za głupią dzikuskę".

Rozentuzjazmowane faktem opuszczenia lokalu numer 132 udałyśmy się na poszukiwanie nocnego. Co jak co, ale długo szukać nie było trzeba, bo znam ich okoliczny rozkład wyśmienicie. Jaczewska, jako stała bywalczyni sieci 24h, spotkała nawet znajomych. Zakupiwszy 3 twist offy ruszyłyśmy spacerem po Dartaniana - naszego czwartego na ten wieczór muszkietera. Czarnecka nauczona doświadczeniem dostawania mandatu w każdej możliwej sytuacji w jakiej się znajduje - bardzo długo wahała się z odkręceniem swojego kapsla. Pragnienie jednak było silniejsze i wkrótce dołączyła do naszej Sodomi i Gomori. 

Dartanian, mimo swojej fobii metra, zgodził się pojechać nim aż do centrum. Aby osłodzić jej katusze przebywania pod ziemią, rozpoczęłam swój dziki taniec na rurze. Zdjęć nie opublikuje tylko dlatego, że nie ma jeszcze 22....( a poza tym wyszłam fatalnie, a jako osobowość narcystyczna....).

Anyway, bardzo sprawnie dotarłyśmy do placu zabaw naszych, gdzie ideau ( nie wahajmy się nadużyć tego słowa) sięgnął bruku. Najpierw rozochocona Pau zaczęła grać w ping-ponga z Magdą, a jako że stół miał wymiary 3 metry na 20 cm, zadanie to okazało sie ponad siły wszystkich osób zgromadzonych wokół naszych dzielnych sportsmenek....Piłka nie dotknęła stołu chyba ani razu.

Wysoki niczym ph w ustach poziom abstrakcji, sięgnął zenitu wtedy, kiedy Pau postanowiła zagrać nam ćwiczoną na specjalną okazję pioseneczkę - pt. Marsz żałobny Szopena. Podłapawszy bakcyla, cieszyłam zgromadzoną (coraz mniej licznie) gawiedź, swoimi nieudolnymi próbami powtórzenia niezapomnianego występu Pau (w celach dowodowych załączam zdjęcie). 

                                           fot. Aleksandra Jaczewska

Haters gonna hate 

Koniec aktu II, ostatniego.