Bóg dał mi talent. Nie przyjęłam - jestem ateistką
poniedziałek, 31 października 2011
Noce z niedzieli na poniedziałek, to regularna bezsenność. Specyficzne przyzwyczajenie. Tylko kot wydawał z siebie pomruki zadowolenia, lekko poirytowany jednakowoż faktem, że wiercę się jak szalona i nie pozwalam mu na dłuższą drzemkę na upodobanych sobie ostatnio plecach (moich).
I tak sobie myślę, (bo cała noc rozważań, to wystarczająco dużo czasu, aby omówić z sobą najdziwniejsze nawet okołodniowe tematy) że jeśli ktoś pisze in public, że just get over it, że już mu wisi i powiewa, to ani nie get over, ani nie powiewa. Bo gdyby tak było, to nie znalazłby nawet kawałka miejsca na taką informację, zarówno w głowie, jak i na swojej tablicy ogłoszeń parafialnych. Taka to więc swoista sprzeczność. No ale dawno nie czytałam, więc się na pewno być może odzwyczaiłam. Szczególnie od tego in public, co teoretycznie powinno iść przecież in privat.
Z pisaniem bloga jest taki problem, że można w nim łatwo odnaleźć siebie. Czytasz coś, co ktoś napisał i myślisz "to chyba o mnie!". Tymczasem, często jest to tylko zbieranina bardzo chaotyczna i przypadkowa. Brak w niej konkretnego kierunku, czy nawet sensu. To nie dzienniczek ucznia, czy karta szpitalna "dzień po dniu" - mocz w normie, ciśnienie podwyższone, dieta lekkostrawna.
Z rzeczywistości realnej, to mam wrażenie, że zaniki pamięci sięgają już zenitu. Spędziwszy chwilę w kawiarni, wyszłam z niej nie płacąc rachunku. Dzwoniąc do kogoś z jakąś sprawą, zapominam z jaką, już w momencie pojawienia się sygnału.
Ubawiły mnie dziś didaskalia. Czasami mam taką właśnie wizję, że obok greckiego chóru, który czasem zawyje w tle "uuuuu" lub "ohhhh", w kluczowych momentach moich epickich występów, autor umieścił fikuśne didaskalia, typu "zadawszy pytanie o hummus, a patrząc na halumi, główna bohaterka ma na czole napis świetlny retarded".
Marzy mi się marsz po grobach w środku nocy. Z termosem wina za pazuchą i koszyczkiem piknikowym z wikliny.
Na zakończenie tego cudownego miesiąca - nic innego, tylko dubstep.
Rachatłukum.
I za mały i za wąski. I to nie dla mnie. I stało się. I się nie odstanie. Ale to nie moje przecież.
I pluje. I zapominam o tym, że to mnie przecież nie rusza. Idę chodnikiem, po którym ciągle chodzę, ale się przecież kojarzy. Tak jak i pora roku, która niezmiennie kończy się wpadnięciem w zaspę.
I tak uczą. Masz te lat dwa i nic nie wiesz. Jedyne co, że ktoś zmieni ci pieluchę. To jest przecież pewne. I to jest twoja krzywda na lat kolejnych naście - że zawsze gdzieś jest, przebywa. Tak czy inaczej. Taka pseudo norma, z którą nie masz przecież jak walczyć. Ona jest, była i będzie.
A spróbuj pomyśleć, że nie. Że nie trzeba. Że się oduczyć można. Gówno prawda.
Ale co mnie to w zasadzie obchodzi.
sobota, 29 października 2011
Rozpoczął się grobbing. A mi najbardziej podoba się to, że tak jak na Boże Narodzenie, większość mieszkańców tego cudownego miasta, wraca do swoich domów. I będzie cicho i będzie spokojnie.
Rachatłukum to taka turecka słodkość. To też książka, która od samego początku poraża wulgarnością, która po jakimś czasie przestaje kłuć w oczy. Jeszcze później dociera do Ciebie, że w każdym z momentów, w których się pojawia, jest jak najbardziej uzasadniona.
To taka w sumie prosta historia samotności, którą odczuwasz wręcz fizycznie wtedy, kiedy raz na zawsze żegnasz się z kimś, kto znaczy dla Ciebie więcej, niż ty sam. To też historia radzenia sobie z informacją, że nic nie możesz zrobić, a to że było pięknie i to, że kogoś kochasz, nie ma już najmniejszego znaczenia. There is nothing you can do. Bo jeśli zaczniesz próbować, to nawet i dobre wspomnienia przestaną górować nad tym co dzieje się tu i teraz. Przechodząc przez całą historię "my", grzebiąc patykiem w tym co było a nie jest, raz po raz i dzień po dniu serwujesz sobie sadomasochistyczną frajdę ciągłego pytania "dlaczego?".
Kiedy główny bohater, spotyka po kilku miesiącach swoją żonę, próbuje z nią rozmawiać o tym co było...I tak siedzieliśmy znowu, rozmawiając godzina po godzinie. O tym wszystkim, o czym się nie rozmawia. Bo jeśli się o tym rozmawia, to już jest nieodwołalnie źle. To już jest za późno. To i rozmowa nie ma już wtedy sensu.
Ironia losu. Kiedy już zaczynasz poruszać najpoważniejsze z tematów, jest już wtedy zazwyczaj za późno. Zdajesz sobie sprawę z faktu, że spóźniłeś się o całe lata świetlne z rozmową, która powinna się była odbyć w zupełnie innej formie i przede wszystkim w zupełnie innym czasie.
Śmieszne. Pamiętam co robiłam rok temu o tej samej porze. Oglądając wielką paradę halloweenową w Nowym Jorku pomyślałam, że po powrocie wszystko się zmieni. Patrząc na wielką walizkę w rogu pokoju wiedziałam, że ja już z tą walizką odejdę.
Od długiego już czasu nie umiem się wydrzeć. Nie umiem się wściec tak, aby zacząć krzyczeć. Nie umiem też dać z siebie więcej, niż te kilka łez spływających ukradkiem po jednym lub drugim policzku. I nie wiem, czy jest mi na tyle wszystko jedno, czy tez po prostu wyczerpałam wszelki limit na obie te atrakcje.
Rachatłukum. Dziwna to mieszanka twardej i miękkiej struktury.
Mimo, iż wieść gminna niosła, że kupiłam sobie stadko owiec i zakładam "serowo-wełniany" kombinat, śpieszę donieść, iż wszystko to z palca wyssane było. Nie zaprzeczam co prawda, iż myśl ta chodziła mi po głowie, nie jeden, nie dwa razy, aczkolwiek wydarzenia pewnego ciepłego popołudnia, skutecznie wybiły mi to z głowy.
A wszystko to było tak:
Siedząc sobie na zielonej trawie i studiując pilnie dzieła zabrane Grocholi, ujrzałam zbliżającego się ku mnie młodzieńca. Zacny ów jegomość, błysnąłwszy złotym uśmiechem, zapytał po ormiańsku "blaha blaa bllla bleee bluu blii bleee"? (tak mniej więcej brzmiało to z mojej perspektywy). Odpowiedziałam nieśmiało, iż nie znam ormiańskiego, nie znam rosyjskiego i dajże mi chłopcze spokój!
Niezrażony tą ciętą ripostą chłopiec, usiadł na trawie koło mnie i siedzi...Cóż więc mogłam począć, poza zagłębieniem się w moją pasjonującą lekturę? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Jednakże przyczajone z tyłu głowy przeczucia mówiły mi, że to nie koniec tej historii...
Niepomny różnic kulturowych, płciowych i językowych chłopiec, rozpoczął ze mną ożywioną dyskusję na jakieś tematy, z których rozumiałam jedynie "wojna", "Karabach", "blizny", "piękna", "koza", "stopa procentowa" oraz "teletubisie". Nie byłam za bardzo w stanie odpowiedzieć (nie, żebym w ogóle chciała), toteż siedziałam cicho, starając się jedynie raz w czas wtrącić, że chce poczytać powieści i że nie mam ochoty rozmawiać.
Po kilkunastu minutach tej ciekawej rozmowy, chłopiec spytał (bardziej na migi), czy może mnie odprowadzić. Zaskoczona tym zuchwalstwem, pokazałam na słuchawki, na książkę i wydusiłam z siebie, że niet i że ja podumać bym chciała. Natenczas, pożegnaliśmy się oficjalnie i radość mię ogarnęła wielka, że sytuacja sama się jako tako rozwiazać raczyła.
Jakież było me zdziwienie pół godziny później, kiedy ten sam osobnik okazał się stać za mną na pobliskim przejściu dla pieszych. Udając zaskoczenie, że i ja tam jestem, złożył mi ponownie propozycję asysty w spacerze. Trochę już bardziej poirytowana, odburknęłam że nie, że sobie nie życzę i że sio.
Spacer (do kościoła, gdzie pali się świeczki w intencji) przebiegał cicho i spokojnie. Wtem jednakowoż, ujrzałam natręta w odbiciu sklepowej wystawy i odwróciwszy się gwałtownie dostrzegłam, iż nie tylko jegomość nie odpuścił, ale jeszcze się chowa jak szpieg z krainy deszczowców za budynkami i samochodami, cały czas depcząc mi jednak po piętach!
Przyznam całkowicie szczerze, że oblałam się nieco zimnym potem, a wspomnienie o słowach "wojna" i "blizna", roztoczyło przede mną wizję szarpnela uderzającego w głowę prześladowcy, który to na skutek takowej rany wojennej, całkowicie oszalał i obrał mnie sobie właśnie za cel swojego stalkingu...
Próbując go zgubić dobre 10 minut, wparowałam do najbliższego sklepu z pamiątkami, gdzie o pomoc poprosiłam znającą angielski sprzedawczynię. Kiedy po kilku minutach spokoju, mój niechciany narzeczony wparował do środka, w dość niewybrednych słowach wyjaśniłam mu, że na małżeństwo jestem już za stara, a szydełkowanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Sprzedawczyni dzielnie tłumaczyła, aż wspólnymi siłami udało nam się rozwieść z chłopcem o roboczym imieniu Szczepan.
Przyznam szczerze, że nogi miałam jak z waty, bo nieprzyzwyczajona jestem do tego typu randek w ciemno. W dodatku w środku dnia!
Jak okazało się wieczorem, niektórzy krajowi amanci mają w zwyczaju prześladowanie dziewczyn, które uznają za interesujące (zapomniałam nadmienić, że wyglądałam jak Rosjanka, tudzież inna niemiejscowa, co oznaczało w skrócie, że marzę o tajnym romansie) i czekanie pod ich oknem tak długo, aż oblubienica zostanie im oddana w jasyr.
Słowa typu "a fe a fe, idź sobie" są zdecydowanie zbyt eufemistyczne i zastosować należy nieco mocniejsze w wyrazie "paszoł na chuj". Jak nauczyli, tak zapamiętałam :)
Jakiż szok przeżyłam, kiedy dnia następnego, podczas kolejnej wędrówki przez miasto, wyskoczył przede mną jak Filip z konopi mój niedoszły mąż! Nie czekając na kolejne dowody miłości, poczęłam uciekać przez ulicę gdzie oczy poniosą. O wielka naiwności! Nie odpuścił! i biegnie toto za mną i krzyczy "Mój ci on" (czy jakoś tak).
Tymczasem wprawne me oko dostrzegło swym kątem patrol policji, leniwie wygrzewający się w słońcu. Pomna wskazówek i rad tubylczych, podbiegłam do dzielnych funkcjonariuszy i dobrodusznie (najlepiej jak umiałam) wyrecytowałam: "Heeelp, yyyy this guy..yyyyy paszoł won"! (i tu, wskazałam na oblubieńca).
Mężni policjanci zastawili nachalnemu drogę i w żołnierskich słowach wyjaśnili, że ślubu nie będzie (sorry). Kiedy niepocieszony Szczepan oddalał się w kierunku zachodzącego słońca, pełna wdzięczności wydukałam, że ja spasiba :) Otrzymawszy zwrotne "prażałsta", uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam na poszukiwanie mojego przysmaku, czyli pierożka z kartoszką. Ośmielona sukcesami lingwistycznymi, nie tylko spytałam w sklepie, czy pierożek jest, ale również zagadnęłam o jego cenę i przekazałam sprzedawczyni wyliczoną kwotę! (wot tak!)
Może tylko mi się wydaje, ale jeszcze długo potem unosiła się nade mną jakaś dziwna łuna światła, która oświatlała dumę, jaka mnie wówczas ogarnęła.
I tak oto zmierzam do meritum - czyli powodów odwołania mojej decyzji o pozostaniu na Kaukazie i rozwoju przemysłu nabiałowego oraz odzieżowego za pomocą własnych owiec. Moje serce zostało złamane....Mówił, że kocha, a jeden malutki patrol policji sprawił, że zaniechał starań :( buu. Smutno. Ale tak to chyba w życiu wygląda, słowa, słowa, słowa. Na wiatr! Nie należy więc ufać temu, co mówią ludzie. Nie słowa, a czyny - jak to głosi taki jeden znany truizm.