wtorek, 29 listopada 2011

M. przepięknie wygląda w ciąży. A mi zdecydowanie odbija..

Kiedy umówiłyśmy się na spacer w niedzielę, nie mogłam przestać jej zasłaniać i ochraniać. Całkowicie automatycznie trzymałam ręce wyciągnięte blisko tak, aby w odpowiednim momencie ją złapać lub kogoś odepchnąć. Nieustannie przewidywałam potencjalne zagrożenie i czułam lęk przed tym, że coś mogło by jej się stać. 

Niezwykłe uczucie. I chyba zaczynam rozumieć spanikowanych tatusiów. 

M. krzyczała na mnie co chwilę, że nie jest chora, chroma, niepełnosprawna. I ja to przecież wiem... Ale świadomość, że właśnie teraz mogłaby chociaż złamać paznokieć lub zmarznąć, wydawała mi się przerażająca.

Spacerując po 1500 metrów dojrzałam wtedy kogoś, kogo znam z widzenia. Na przedzie szła....dziewczyna w ciąży. Strasznie się ucieszyłam. Pomyślałam wtedy, że czasami jednak czegoś zazdroszczę. Takiego banalnego, infantylnego, cukierkowo różowego spokoju. Małej stabilizacji. Czasami. 

Spojrzałam się na M., uśmiechnęłam pod nosem i jełąm dalej podziwiać dekuparze i podstawki do herbaty z Dawidem Bowie, kątem oka łypiąc jednak na wszystkich wokół i upewniając się, że nie potrącą.

 

czwartek, 24 listopada 2011

Spleen

Spleen tak ładnie kojarzy się ze słowem splendor albo z takim angielskim splendid.. Różnica jest jednak mało subtelna.

Jaczewskaja przypomniała mi wczoraj Kandahar. Jest w nim taka scena, kiedy jeden z talibów biegnie w stronę domu, w który następnie uderza sowiecka rakieta. Podmuch odrzuca go na kilka metrów. Tam, gdzie była jego rodzina, jest tylko ogień. Kiedy wreszcie udaje mu się wstać - z początku bardzo powoli i niezdarnie, zdaje się przypominać szmacianą kukłę.

Po chwili wzbiera w nim tak gigantyczna wściekłość i ból, że idąc w kierunku rosyjskich żołnierzy, mógłby ich wszystkich zabić w kilka sekund - gołymi rękoma. A potem usiąść i się nie ruszać.

Bo kiedy wreszcie uda ci się zawyć z całej siły, kiedy stracisz nad sobą kontrolę – czasami zostaje tylko pustka.

Nic.

Zero.

Echo studni.

To chyba jeden z niewielu momentów, kiedy jesteś w stanie zdobyć się na całkowitą bezwzględność postanowień. Czuję się jak ten talib. Siedzę i słyszę echo tej studni. Z tą różnicą, że był tu tylko czarny kot.


wtorek, 22 listopada 2011

motherfucking


Jak ona pięknie przeklina.

poniedziałek, 21 listopada 2011

reaktywacja



Poznajecie mojego starego kumpla?

sobota, 19 listopada 2011

sputnik, kozy, Kandahar

Maraton filmowy Sputnika. 


Start: 22:30, oficjalny koniec: 4:00. 

Nieoficjalnie jednak zasnęłam w połowie filmu drugiego, gdzieś pomiędzy sceną wbijania igły w żyłę, a dyskusją o wazie z dynastii Q-coś tam. Oczywiście kulturalnie, bo zakrywając się boczkiem kurtką, tak aby towarzyszki nie widziały.

Zresztą dziw aż, bo wygód brakowało. Przede wszystkim siedziałam sztywno na soli (taka nowa wersja karnego jeża) ze względu na wylane na pośladek wino czerwone, które to nieszczelnie przebywać raczyło w moim przenośnym termokubku (czy to już alkoholizm, skoro ciągle z nim biegam po mieście?). 

No ale wróćmy do pięknego kina rosyjskiego! Kandahar, jak sprawdziłam w internetach, to film o dziewuszce, co to wraca do Afganistanu, aby ratować siostrę bez nóg, co to się w tym kraju ostała i poinformowała drugą (drogą listowną) o swoim rychłym zgonie samobójczym. Czyli, że będą "momenty".

I tak sobie siedzimy, a tu piloci, samolot, porwanie i 378 dni uwięzienia załogi w Kandaharze. Towarzyszka ma niepocieszona, ja na tej soli się nie ruszam, a Iwan popija zaprawioną colę i wyjada popcorn (zresztą nie popijałam tego wina myśląc, ze ona na serio colę pije i jakoś mi  głupio z tym winem było).

Anyway, film okazał się piękny. Przyjaźń, barany, talibowie, Koran, wódeczka, samoloty, wybuchające od granatu kobiety (tu towarzyszki me miały jeszcze nadzieję, że film wróci w stronę kobiet, co się ratują) i znowu przyjaźń. 

Jedna taka stwierdziła nawet, że gdybym się w tym Afganistanie rozbiła i w niewolę wzięta była, to od razu z dwóch rozgrzanych kamieni powstała by prostownica, a ja wciskałabym talibom, ze kozy są moje i czy może nie chcą pohandlować? (podłe to takie z jej strony).

Drugi film był fajny. Spało mi się jak zawsze wyśmienicie.

czwartek, 17 listopada 2011

into the wilde

Pewnego pięknego niedzielnego poranka, obudziwszy się o godzinie 8:30, postanowiłam pobiec rączo na dworzec pekape, celem odbycia podróży do miasta Ł. Okoliczności, pech oraz inne fatum sprawiły, że nie zostawiłam sobie niezbędnego marginesu na spokojny spacer przez miasto, w związku z czym ostatnie 600 metrów dzielących mnie od peronu musiałam przebiec galopem (co jak nietrudno się domyśleć, przyprawiło mnie niemalże o zawał serca i osiem opatrunków gipsowych). 

Przebiegając koło bezdomnego ujrzałam, iż z dwóch różnych kierunków nadbiegają (również opóźnione) moje towarzyszki doli i niedoli.

Zasapane, wpadłyśmy do wagonu pełnego kur wioskowych, salcesonu oraz przedniej maści konduktorów, roboczo zwanych Ryszard. Rozentuzjazmowane faktem całkiem niezłej synchronizacji zegarków, poczułyśmy pierwszy głód. Pech chciał, że jedyną posiadającą koszyczek piknikowy byłam ja (dzięki Tygrys:*).

Iwanko, całkowicie zapomniawszy o konwenansach, rzuciła się jak diabeł tasmański na trzymaną przeze mnie kanapkę, po czym wypluła ją przed siebie z głośnym okrzykiem „z paaaarówką!” (chwytając drugą ręką leżącego obok banana). Miks, wykorzystując chwilę mojej nieuwagi podczas zakupu biletu, pożarła ją bez wybrzydzania wraz z papierkiem.


Po półtorej godziny filozoficznych dyskusji dotarłyśmy do stacji Łódź Widzew. I tu po raz pierwszy zadziałał brak orientacji w terenie. Wszystkie, jakeśmy tam siedziały, byłyśmy przekonane (święcie), że Łódź Kaliska, to główny dworzec Łodzi. I nawet kiedy po kolejnej godzinie podróży z Łodzi Widzew do Łódź Kaliska, wysiadłyśmy na powyższej, żywo dyskutowałyśmy o tym, jak to było tu kiedyś inaczej i że okolica strasznie się zmieniła.



Łódź natomiast przywitała nas piękną zimową pogodą, temperaturą minus dwieście w cieniu oraz brakiem pojęcia o tym gdzie mamy się kierować. Szczęśliwie, okazało się, że oprócz scyzoryka do otwierania wina, termokubka „Ernst&Young, dziwko”, posiadamy w zestawie naszego małego podróżnika GPS z komórki! Uratowane!


Przez zawieje i zamiecie, parki i chodniki…


..i z przerwą na partyjkę brydża...

...dotarłyśmy wreszcie do mekki każdego podróżnika. Świątyni rozpusty i jednocześnie jedynego dystrybutora guilty pleasure na Polskę – MC!



Nie trzeba było wiele, aby spacer w czterech kurtkach, trzynastu szalikach i ośmiu bluzach, zaczął nam sprawiać jako taką przyjemność. Najedzone i zaopatrzone w wino „imyglykos”, ruszyłyśmy śmiało na poszukiwanie Piotrkowskiej.



Spacerowałyśmy i spacerowałyśmy, nie chcąc uronić ani fragmentu pejzażu otaczającego Alaskę Polski centralnej. Spacery te zaprowadziły nas (po niecałych 40 minutach marszu) do kawiarni o roboczej nazwie „jest ciepło”. A może nie tyle zaprowadziły, co Iwan zastrajkowała i na partyzanta wskoczyła do pomieszczenia krzycząc „chuja nie czuję!, wchodzimy!”.

I tak oto mijał nam kwadrans za kwadransem, nim wyrażając myśli wszystkich zaproponowała „Wracamy?”. Wydaje mi się, że motywacją była tu nie tyle świetna pogoda, co szok, jaki Iwankowa przeżyła, kiedy Dżin z telefonu w trzech pytaniach odkrył, że po głowie chodzi jej Glen Close. Ja tam nie wiem. Może tak, a może nie.


Droga powrotna obfitowała w wiele wydarzeń. Iwankowa wszędzie widziała literki, a na dodatek, wybierając wyborne wino i przekąseczki na powrót, takeśmy się w Żabce zasiedziały, że nam tramwaj spierdolił  uciekł, a no i pociąg w sumie też.


Jako, że niedziela to taka po długim weekendzie była, wiadomo, że tłum dziki ludzi będzie chciał z nami o miejsca rywalizować (nienumerowane oczywiście). Co ma wisieć nie utonie, a kto pije ostatki, ten piękny i gładki. Nie ma to w zasadzie znaczenia w tej historii, ale ładnie brzmi.

Jak się domyślacie, nikt do naszego ośmioosobowego przedziału nie dosiadł się! A wszystko to dzięki pomocy Renaty....


...drodzy Państwo, poznajcie Renatę! Szmatę bez biletu!


Choć miałyśmy ją za głupią dzikuskę, to właśnie ona (czemu wtórował mój nienaturalny rechot za każdym razem, kiedy ktoś zbliżał się do drzwi przedziału oraz striptease Iwanko wraz z pokazywaniem uroczych rajstopek denim 20) uratowała naszą świeżo zaanektowaną przestrzeń. A lepienie jej ze wszystkich naszych ubrań, zajęło Paulince jedynie 12 minut, 45 sekund.

Mimo licznych prób nawiązania konwersacji na poziomie, już wkrótce każdy zajął się sobą. Renata tępo patrzyła w okno, Iwanko z Miksem rozwiązywały sudoku (jedno, przez 2 godziny),  Paulina i Ola czytały natomiast najnowsze wydanie Blasków i Cieni, komentując raz to Cichopków, a raz Ibisza.

Słowem podsumowania:

Uczestników: 5 + Renatka + rajstopki Iwana
Wypite jednostki alkoholu na głowę: 6
Godziny w podróży: 5,5
Zbędne godziny podróży: 1
Rozwiązane sudoku: 0
Ilość dwuzłotówek wrzuconych do niedziałającego Rubinsteina: 1
Średnia temperatura w przedziale: 35 stopni

wtorek, 15 listopada 2011


Atwood stwierdziła, że niektórzy ludzie nie potrafią powiedzieć, gdzie boli. Nie potrafią się uspokoić. Nie potrafią przestać wyć. I to chyba prawda. Ja przecież też nie potrafię. I tak jak dzisiaj czuję, że nie jestem wstanie wskazać. Pod wieloma względami wszystko wygląda lepiej, niż dotychczas. Ale jest coś takiego nieokreślonego, co nie pozwala powiedzieć - ok. Lepiej, to więcej niż gorzej. Nawet jeśli nie wystarcza.