Mniej piszę, ale może nieco lepiej, bo nie jest to strumień świadomości wylewany bez ładu i składu na internetowe kartki, tylko coś co dobrze przemyślę? Ale pewnie wszyscy na swój sposób się zmieniamy w tym, co i jak robimy.
Kasia staje się "słitaśna" publicznie (chociaż pewnie w głębi duszy zawsze taka była) i z szańców wegetarianizmu, feminizmu i ekologii, zatrzymuje się na chwilę po to, by opowiedzieć o tym, co tak naprawdę dla niej ważne - lokalnie, a nie globalnie. Bo wojujące feministki też obierają kartofle - z tą różnicą, że wtedy kiedy chcą i dla kogo chcą.
Martó siedzi w rozgrzanym do czerwoności pociągu nach Budapest. Spalona słońcem czyta "Podróż" i cytuje mi fragmenty. Wiem jednak, że przede wszystkim myśli o shared bathroom w hostelu Pest oraz o magnesie z napisem Balaton, którego nie ma.
Najpiękniejsza ze zwierzyńca siada wieczorami w oknie i paląc wolno papierosa rozmyśla nad insanity, które dosłowne jest i w przenośni. I po kilku tygodniach okazuje się, że coś jest źle. Wujek google udziela odpowiedzi, ale tylko dosłownie. Bo w przenośni nigdy nie wiadomo.
Tytus pyta Pau o drogę do Chin. Mój kochany mandnaryński kotek lubi sikać do walizki dzień przed wyjazdem. Lubi też wymiotować na pościel w środku nocy i szaleje z głodu 24/7.
Synapsa wyjada resztki czekoladek z Moskwy, przegryzając rybą w pomidorach z terminem ważności 2013 i skrobiąc jednocześnie łyżeczką od herbaty po dnie słoika Nutelli (nie ufam ludziom, którzy nie lubią czekolady i to się zawsze sprawdza).
Zostawiłam jej bardzo mało prowiantu i nagle myślę, że gdybym w tym kraju na W (H?) dojadała, to teraz stanęłoby mi w gardle.
Pociąg jedzie, krajobraz się zmienia.
Secrets of Sahara włączyło się w ipodzie w trybie shuffle. I pomyślałam sobie, że był to przecież strasznie denny serial, z wyjątkowo beznadziejnym włoskim dubbingiem. A i tak niezmiennie pozostawał w mojej pamięci, jako jedno z najfajniejszych wspomnień dzieciństwa. Tak jest i chyba z sogenante miłością. Kochamy nie dlatego, że ktoś jest piękny, mądry, ładnie ubrany, czy uposażony (jakkolwiek by tego ostatniego nie rozumieć), ale dlatego, że czujemy się jak przy tym durnym dubbingowanym serialu. Beztrosko. Z dziecinną ciekawością, otwartą buzią i niewypowiedzianym na głos "co będzie dalej?".
Podobno nie jest tak, że niespełnione marzenia kończą się tragedią. Tragedią kończą się marzenia spełnione. Tak pisze Dygat i tak go cytuje MariPaz. A ja myślę, że wszystko jest kwestią naturalności. Bo zarówno egzaltacja, jak i powściągliwość są jak niemiecki lektor w romantycznym filmie ona i on, ona i ona, oraz on i on.
Nad brzegiem pewnej rzeczki, siedziały sobie smuteczki.
Jeden był o tym, że szczęścia jest jakby za mało, by starczyło wszystkim. Jest jak za krótkie spodnie. Jak dziura na kolanie, gdy nie ma z czego przyszyć łaty i jak moje japonki, które po 4 latach używania, starły się do grubości pół milimetra.
Drugi był o tym, że czasem wybieramy łatwiejsze szczęście, "robimy to co trzeba", rezygnujemy z tak wielu rzeczy tylko po to, by zadowolić innych. Mieszkamy tu, a nie tam, uczymy się "zawodu", chodzimy utartymi ścieżkami, które oświetla żarówka osram.
A trzeci o tym, że nie umiem być już tak beztroska jak kiedyś i być może zbyt wielu rzeczy się boje. Że samolot ucieknie, że dostane mandat za picie piwa na ulicy, że to i że tamto.
Czwarty smuteczek mówi o tym, że ryba za 3000 HUF okazała się być karpiem, a piąty o tym, że upiłam się winem o 13.
Nad brzegiem Balatonu usiadłam więc i płakałam. Nad brzegiem Balatonu usiadłam też i kochałam.


