piątek, 31 grudnia 2010

Życzenia Noworoczne, a co!

Piekarnik działa na całego. Porwana sylwestrowym szauem zajmuje się czymś, co nie było mi dane przez dosyć długi czas - gotowaniem. Zdążyłam już zapomnieć jak dużo mi to sprawia radości :] W dzisiejszym menu zapiekanka z cukinii w gorgozolli, pasta z bakłażana na ostro, sałatka z brokułów oraz łosoś na sałacie z winegretem :D I am a swedisch chef! I am a home chicken. I am a legend.:D


Wszystkim tym, którzy są w trakcie prasowania swoich kreacji balowych i których jedynie cienka warstwa cekinów dzieli od perfekcyjnego outfitu na dzisiejszy wieczór, życzę szczęścia w trafieniu na "wolną linię" o godzinie 00:00 :-)

Nauczona doświadczeniem, nie zakupiłam noworocznych rac i petard, które to niewiadomo jakim sposobem, zawsze wpadają do domu, zamiast na ogródek. Niemniej jednak wierzę w to, iż wieczór ten bedzie równie ekscytujący bez nich, co z ich obecnością. A jak nie, to zawsze można liczyć na nieśmiertelne Roxette i sąsiadów.

Have fun people! :-)

new year

Za niecałe 23 godziny skończy się cudowny rok 2010. Dla większości jest to czas rachunku sumienia i nowych postanowień. Przypomina mi się obejrzane dzisiaj zdjęcie, które przedstawiało kobietę, mówiącą do swojego męża, iż "rodzice chcą ci złożyć życzenia noworoczne". Zamyślony mężczyzna odpowiedział:  "nie dziękuje, te z zeszłego roku jeszcze się nie spełniły".

Rok temu modliłam się o to, aby rok 2009-ty jak najszybciej się skończył. Z utęsknieniem wypatrywałam 2010-go, wierząc w to, że przyniesie on zmiany, nowe szanse i przede wszystkim więcej spokoju. Człowiek naiwnie wierzy w to, że to symboliczne przejście w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia coś zmieni. To trochę tak jak z dietą, którą zawsze zaczyna się od poniedziałku, od nowego miesiąca, czy od nowego roku właśnie. Za każdym razem okazuje się, że symbolika przejścia to jedynie usprawiedliwienie dla naszej wewnętrznej idnolencji dokonywania zmian.

Jutrzejsze wybicie godziny 24:00 nic nie zmieni, poza datą w zegarku, poza cyfrą "0", która na 365 dni zamieni się w cyfrę "1". Wszelkie zmiany jakie mogą zajść, powinny zacząć się już, teraz, w tym momencie. Bez konieczności oczekiwania na kolejny symboliczny moment.

Za dużo w Nas oczekiwań wobec rytuałów przejścia. Za dużo chęci, aby zwalać winę na okoliczności. To nie ja - to sytuacja w jakiej się znajduje....O wielka naiwności :] Pokusa płynięcia z prądem jest niezwykle silna właśnie wtedy, kiedy zaczynamy mieć poczucie, że życie przecieka nam przez palce. Mamy wtedy ochotę na poddanie się okolicznościom, czyli na zwyczajne zrzeczenie się odpowiedzialności za wszystkie nasze błędy, niedopatrzenia i problemy.

Czegóż sobie życzę w Nowym Roku? Życzę sobie tego, aby owe okoliczności nie wpłynęły na to kim jestem. Przez chwilę kompletnie o tym zapomniałam. Zepchnęłam jak najdalej wszystkie swoje przekonania i sposób postrzegania otoczenia. Tymczasem wszystkie moje heurystyki zakotwiczenia są od dawna zdefiniowane. Wszelkie próby ich zagłuszania kończą się zawsze jednakowo. Źle.

Mniej naiwności, więcej cynizmu? Czy ja to naprawdę powiedziałam? Hah. Nie. Nie chcę być tym człowiekiem, którym stałam się w ostatnich miesiącach. Nie chcę bawić się w gry, które wymagają ode mnie przyjęcia konkretnej taktyki, robienia tego, co w danej chwili jest skuteczne i korzystne. Chcę być tym kim jestem i kim zawsze bylam. Nic nie udawać. Bo mimo usilnych prób, mimo przekornej chęci bycia złem wcielonym, wcale nim nie jestem. Kiedy postępuje źle, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nie spływa to po mnie jak po kaczce. Zawsze wraca. Zawsze podwójnie lub potrójnie. 

Jeśli wierzysz w ludzi, w ich szczerość, intencje i zdolności do minimalnego rozeznania w tym co dobre a co złe, jesteś naiwny. Ja wierzę. Jestem więc naiwna. Mimo wszystko wolę być naiwna. Nie chcę zmienić się w cynika, który wszystko wokół siebie rozpatruje z perspektywy podstępu, tudzież gry z niejasnymi zasadami. Przez chwilę próbowałam, bo tak łatwiej. I wiem już, ze nie potrafię. Nie na dłuższą metę.

Robert Smith z The Cure śpiewa o tym, iż chce więcej i więcej. Więcej zabawy, więcej bólu, więcej kłamstw. Jedyne czego mieć nie może, to więcej czasu i nadziei. Postanowienie noworoczne? Być sobą. Znać swoją wartość. Nawet jeśli oznacza to bycie naiwnym. I don't give a fuck.

czwartek, 30 grudnia 2010

sprawdzam!




W jednym z moich ulubionych filmów, główny bohater wypowiada zdanie "Nie myśl, że mnie znasz. Twoje przeczucia są gówno warte".  Czasami mam ochotę powiedzieć to samo. Wielu osobom wydaje się, iż bardzo dobrze mnie znają i potrafią przewidzieć większość moich zachowań i reakcji. Nie przeczę, że istnieją ludzie, którzy faktycznie to potrafią. Tymczasem ja sama nie jestem ich już pewna, więc tym bardziej ośmielę się odebrać innym prawo do mojej przewidywalności.

Mam taką teorię, że każda kolejna osoba, która pojawia się w twoim życiu ma de facto jeszcze bardziej przejebane niż poprzednia. Zaczynasz od tabula rasa, potem na kartce pojawiają się małe bazgroły. Z biegiem czasu, kartka pełna jest kolejnych rysunków, podkreśleń, przekreśleń, a nawet dziur - wybitych w niej  w stanie niestabilności emocjonalnej. Cały cymes w tym, że notatki rzadko kiedy nanoszone są ołówkiem. Najczęściej jest to chamski czarny długopis, dzięki czemu raz naniesionych uwag nie da się już wymazać.

Ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Ten, kto odchodzi zostawia ślad, którego nie da się w żaden sposób usunąć. Z czasem dopiero zaczyna być jakby bledszy, mniej wyraźny. Ten kto przychodzi natomiast, ma problem. Wszystko to co mówi i robi wywołuje nasze skojarzenia. Nawet jeśli brzmi dobrze, w popłochu wertujemy nasze notatki, by chwilę później stwierdzić z tryumfem - Ha! To już było. Sprawdzam!

Bardzo ciężko jest być z kimś, bez odczuwania pokusy zajrzenia w swoje notatki. Czasami jest to wręcz niemożliwe. Dlatego też zamiast być łatwiej, z każdym kolejnym doświadczeniem, jest jakby trudniej. Trudniej, bo wydaje się nam, że nic nas już nie może zaskoczyć. Było już "misiu", były kwiaty i wszystkie te jarmarczne dodatki. I kiedy znowu się pojawiają, zamiast wzbudzić radość, przywołują analogicze sytuacje.

Ciekawe, czy z czasem można nauczyć się żyć bez kartki. Bez standardowych odpowiedzi, bez gotowych scenariuszy i bez pilnego notowania ku potomności. Ciekawe.

photoshop

Uwielbiam patrzeć na ludzi na przystankach wtedy, kiedy sie żegnaja. Jest w tym coś intymnego i rozczulającego, kiedy on patrzy na nią, ona na niego ( dla politycznej poprawności dodam: on na niego i ona na nią). I nie ma w tym falszu. Nie ma udawania. Jest radość ze wspólnie spędzonego czasu. Coś jak lotniskowa scena w Love Actually. Niezmiennie wzrusza moje obgryzione z romantyzmu serduszko. Jest ona jak piękne zdjęcie obrobione w photoshopie. Wszystko na nim wydaje się być idealne.

Analizowałam dzisiaj wszystkie swoje ogólnożyciowe "happy endings". I dotarło do mnie, że mam jakąś niesamowitą zdolność do robienia z siebie idioty. Coś jak patrzenie na kogoś pełnym skupienia i namiętności wzrokiem i oblewanie się w tym samym momencie gorącą herbatą. Coś jak machanie na pożegnanie, po czym wywinięcie eleganckiego orła tuż pod drzwiami autobusu. Coś jak nagły napad onomatopei, zamiast poprawnej składni gramatyki polskiej i  wybuch neologistycznego kaszlu, który za każdym razem niezmiernie mnie dziwi.

Niewiadomo jakim sposobem ciągle pakuje się w jakieś kłopoty. Nie wiem czy jest to wynik braku myślenia perspektywistycznego, czy donkiszoterii charakterystycznej dla mnie niemalże od szczeniaka. Zawsze mi się wydawało, że do obrony kogoś wystarczy sama chęć i wola walki. Nie raz okazywało się, że nie. Dlatego też wykształciłam w sobie coś na kształt poczucia humoru, które zastąpić miało deficyty sił fizycznych.

Od maleńkiego byłam więc atrakcją wszelkich rodzinnych imprez. Dziecko "powiedz kawał". Kiedy tylko pojawiały się sytuację zbliżające wszystkich do wielkiego wybuchu, interweniowałam, robiąc z siebie kompletnego klowna. Zostało mi to niestety do dzisiaj. Trudne tematy obracam w żart. Kiedy nie chcę o czymś rozmawiać, tym bardziej żartuje. Smieje się z raka, przeszczepów wątroby, czy złamanych kończyn.

Myślę, że bycie komediantem nieuchronnie sprawia, iż nie przestaje ci być obcy także dramat. Ktoś mi powiedział, że powinnam mieć swoją skałę do cyklicznego rzucania się w dowód miłości :] Tymczasem w którymś momencie dochodzisz do takiego punktu przegięcia, w którym tą swoją skałę opchniesz w komisie za jedno piwo. Kiedy zaczyna do Ciebie docierać, że swoimi staraniami nie przykryjesz tych wszystkich wad, które  w Tobie siedzą, a innym jest coraz łatwiej je dostrzegać i rozkładać na części pierwsze. Więc może faktycznie warto zwyczajnie odpuścić. Zdjęcie poprawione z photoshopie jest ładne i smaczne, ale nie oddaje rzeczywistości. Nie ufam więc osobowościom cyfrowym. wolę te analogowe. W dodatku na czarno białej kliszy.

Ha-ha






niedziela, 26 grudnia 2010

smoczek z komisu

Muszę przyznać, że trochę inaczej wyobrażałam sobie święta w gronie rodziny. W tym roku w wyjątkowo małym gronie - sama najbliższa rodzina i jej nowy członek, nietryb, Włodek. O dziwo mega zabawnie, na luzie i z wzajemnymi przytykami w iście pajtonowskim stylu.

Mój dzień został ustawiony przez "smoczek z komisu". Jak się okazało, podczas kolejnych wspominek z cyklu "a u Nas w Kazachstanie" - mój pierwszy smoczek pochodził z komisu :D. Pierwsze lego natomiast z Pewexu - ale nie dla mnie, a dla najstarszej siostry, po której lego otrzymała z kolei średnia, a jego w dużej mierze zniszczone resztki - ja. Podobnie zresztą było z butami. Zakładam więc, że mój rozmiar rzędu 36-37, nie jest wynikiem genetyki, a wiecznie za małego obuwia :-)

Z rodziną podobno dobrze tylko na zdjęciach. Czasem udaje się troszkę więcej. Czego bym nie mówiła na jej temat, to wiem że zawsze mogę na nią liczyć. I to jest fajna perspektywa. Akceptują moje małe fanaberie i szaleństwa - niewątpliwy plus bycia najmłodszą w rodzinie. Ile lat bym nie miała, zawsze będę mała. Malutka. Gówniarz i gnojek. Kiedyś mnie to wkurzało. Dzisiaj - cieszy. Mała. Heh.

sobota, 25 grudnia 2010

z popielnika na Wojtusia

Przypomniała mi się dzisiaj piosenka, którą zawsze śpiewała mi mama. Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga. Nie mam co prawda pewności, że śpiewała ją właśnie mnie - istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu słyszałam ten utwór, kiedy wykonywała go moim starszym siostrom. Ale wolę wierzyć, że mimo braku zdjęć z dzieciństwa, mogła ją śpiewać specjalnie dla mnie.

Pamiętam na pewno, że kiedyś, nakłoniona moimi licznymi postękiwaniami, mama przeczytała mi na dobranoc bajkę - Wilk i zając. Nie wiem jak to możliwe, ale do tej pory pamiętam klatka po klatce, jak siada koło mnie na łóżku, otwiera mocno zużytą już książkę i czyta z lekko rosyjskim akcentem.

Zawsze wzbudzałam lekkie przerażenie całej rodziny, ponieważ pamiętałam rzeczy, o których w zasadzie nie mam prawa pamiętać - czasami nawet chwile spędzone w żłobku. Wracają do mnie bardzo wyraźnie, jak film odtwarzany w magnetowidzie.

Pamiętam taki niebieski narożnik na którym spałam wraz z mamą i taką okropną małą lampkę z żółtym abażurem, który niegdyś miał zresztą kolor biały. Pamiętam każdy jej szczegół.

Mówić zaczęłam jak miałam 8 miesięcy. Sprawnie recytowałam "kto misiowi urwał ucho" :-)
Pamiętam tatę, który miał w obowiązkach suszyć mi głowę (dosłownie i w przenośni) i pamiętam, że zawsze się strasznie wkurzałam, bo kompletnie nie umiał tego robić.

Pamietam moją siostrę, która przymuszana do kąpania mnie co wieczór, zlośliwie podtapiała mnie w wannie. Pamiętam też, że wredne siostry Kopciuszka, ciągle przywiązywały mnie do łóżeczka za pomocą plastikowych, okrągłych przytrzymywaczy do kołderki ( nie wiem jak inaczej je nazwać). Przed moją mamą udawały najświętsze siostrzyczki, podczas gdy de facto się nade mną znęcały :-)  

Pamietam również, iż od dzieciństwa wpajano mi szacunek do jedzenia i picia. Zmotywowana tą lekcją, przed podróżą do babci ( 300 km), zdecydowałam się z poświęceniem na opróżnienie dzbanka herbaty, który został po śniadaniu. Skończyło się to tragicznie, gdyż tata nie chciał uwierzyć, iż ja naprawdę co te 15 minut mam potrzebę zatrzymania się w lesie.

Pamiętam także swoją niechęć do żeberek, które to mama kazała mi zjeść mówiąc, że dopóki tego nie zrobię, nie odejdę od stołu. Żeberka owszem zjadłam. Chwilę później oddałam co wzięłam.

Pamiętam też siebie, z małą plastikową gitarą, kiedy to na koncertach Freddiego Mercury w telwizorni, wyskakiwałam wślizgiem na środek dużego pokoju i z ogromnym zacięciem wtórowałam wokaliście Queen, czując sie jak prawdziwa gwiazda rocka. Tak samo miałam z boskim Majkelem, do którego tańcowałam  już w zaciszu swojego pokoju, w niezapomnianej różowej koszuli w kratkę.

Nigdy też nie zapomnę mojego pierwszego publicznego występu na wczasach w Budach Grabskich. Przebrana za ortalionową pszczółkę Maję, śpiewałam przed tlumem rodziców i ich pociech piosenkę o tym samym tytule. W środku utworu urwałam, bo zapomniałam tekstu. Niczym nie zrażona, krzyknęłam w mikrofon "Marta, jak było dalej?". Nie straszna mi była trema. Nieznane uczucie wstydu. Szkoda, że z wiekiem to się zmienia.

Takich wspomnień jest naprawdę dużo. Wracają głównie w święta. Wtedy też zdaje sobie sprawę, że co jak co, ale siostry Kopciuszka nie są takie złe. Fajne jest to, ze możemy się od czasu do czasu spotkać, napić wina i porozmawiać na najbardziej nawet intymne tematy. Jest przy tym zawsze dużo śmiechu.

Nie myślałam, że tak będzie. Ale to bycia siostrą też się chyba po prostu dorasta.








środa, 22 grudnia 2010

rzecz o wadach

Skręcam kable. To straszna przypadłość. Wszystkie, wszędzie i całkowicie nieintencjonalnie. To tłumaczyłoby jednakowóż, czemu kręcą mi się włosy. Tak, w gruncie rzeczy moje niby proste włosy, szalenie się kręcą i pierwsza rzecz jaką powinnam mówić zaraz po przebudzeniu to "beeee" - jak baranek.


To jest mój pracowy telefon. I jego skręcony kabel. Jakbym się nie starała, to za każdym razem zapominam o tym skręconym kablu i odbierając gwałtownie przychodzącą rozmowę, równie gwałtownie słuchawka wypada mi z rąk. Gdyby telefon komórkowy miał kabel, też bym go oczywiscie w jakiś magiczny sposób skręciła.



To są moje słuchawki. Specjalnie, zamiast zwykłego gumowego kabla, kupiłam taki materiałowy. Niestety też się skręca. I mimo moich najszczerszych chęci, nie umiem zaprzestać tego procederu. Podobnie zresztą jest z szuszarką. Zdarzało się, że suszyłam włosy z głową przyciśniętą niemalże do kontaktu, bo skręcony kabel uniemożliwiał mi jakiekolwiek inne ruchy.

No więc przyznaje. Skręcam kable. Recydywistycznie skręcam. Mimo licznych uwag na ten temat, nie potrafię tego zmienić. Tak samo jak nadal bezczelnie oblizuje nóż.