piątek, 30 września 2011

Jeśli pszczoła czuje, że umiera, jak najszybciej opuszcza swoją kolonię. Mówi się wtedy, że leci na swoje ostatnie polowanie. Nie chce tak na oczach wszystkich.

Taka oto ciekawostka. Czytam ostatnio zaskakująco wiele, o rzeczach bez znaczenia.


Tytus leży koło mnie i się wtula. Literalnie. Żąda ode mnie jedynie chrupków, wody i czystej kuwety. I chyba kocha. Chociaż po próbie kąpieli z bąbelkami obraził się na godzinę.

Śpi ostatnio na mojej klatce piersiowej. I trochę mi się ciężko oddycha.

wtorek, 27 września 2011



Ohh Damon Damon.

kicz na poziomie

W filmach cenię sobie przede wszystkim obrazy i muzykę. Reszta, to tylko poboczny wątek. Dawno nie wyszłam z kina absolutnie oczarowana kiczem na wysokim poziomie. High five, Drive.


Tak czasami widzę swoje życie. Niektóre sceny są bardzo kiczowate. Ale mają w sobie magię, której za nic w świecie bym nie oddała. Są takie chwile, gdzie wszystko w jakiś sposób się zgrywa, które odtwarzam sobie w głowie i przeżywam niejako na nowo, na wysokim wdechu. Wszystko to bywa pięknie pokazane, dobrze oświetlone, nieprzegadane. Tak jak scena w windzie.

niedziela, 25 września 2011

vs. kot

Kot leży na mojej nodze i mruczy głośniej niż peerlowski odkurzacz Czajka. Jeszcze nie wie, że wieczorem czeka go kąpiel. Gdyby wiedział, nie okazywałby mi tyle miłości.

Psychicznie przygotowuje się na rany cięte oraz focha, jakiego strzeli mi, kiedy skończymy. 

Hey kitty, kitty..

sobota, 24 września 2011

wczoraj/jutro

Nie wiem, czy wiele może zmienić się w jeden tylko wieczór. Nie wiem, czy zmiana pewnych zachowań to kwestia postanowienia, czy jednak bardzo długi proces. Niemniej jednak moment w którym zrozumiałam, że od bardzo dawna grzebię w przeszłości i jednocześnie projektuje przyszłość, był dla mnie bardzo zaskakujący. 

Myślę zdecydowanie za dużo. Analizuje, rozbieram na czynniki pierwsze, tworze najbardziej prawdopodobne scenariusze. A fokusując się na tym co było oraz na tym co będzie, kompletnie zapominam o teraźniejszości. O tym co dzieje się tutaj. O tym co dzieje się teraz.

A przecież jest to w zasadzie jedyna rzecz, która się liczy. Tu oraz teraz. Bo wracając do ostatniego obrazka andrzejrysuje - co było to było, co będzie to będzie. I tyle. Proste. Nie ma więc sensu rozgrzebywać. Nie ma sensu tworzenie rachunku prawdopodobieństwa (tak samo, jak nie miało dla mnie sensu na studiach). Fajne są te wszystkie chwile, które po prostu się dzieją. I sprawiają, że można się z czegoś cieszyć nie zastanawiając się, czy jutro nadal będzie takie fajne.

piątek, 23 września 2011

Dzisiaj przywiózł mnie do pracy autobus widmo. Kierowca pojazdu zjeżdżającego do zajezdni, wypuścił wszystkich pasażerów kilka przystanków od mojego biura. Na moją żartobliwą prośbę, czy nie mógłby mnie podwieźć na miejsce, całkiem nieoczekiwanie się zgodził. Wysiadając, uśmiechnęłam się do siebie i pomyślałam, że to strasznie miłe.

Dziś jest pierwszy dzień jesieni. Liście spadają, jakby w poczuciu rezygnacji. Bardzo lubię jesień.



a moment,
a love,
a dream,
a laugh,
a kiss,
a cry,
our rights,
our wrongs.

czwartek, 22 września 2011


Kocham śniadanie u Tiffaniego. Zresztą cięgle do niego powracam. Chyba dlatego, że czasami robię dokładnie to samo co Holly. Staję przed szybą miejsca, do którego nie  powinnam wchodzić i wlepiona w znajdujące się tam rzeczy, pije kawę i jem bajgla. Mam dzięki temu poczucie, że to zwykłe śniadanie, nie jest już takie zwykłe. Nabiera znaczenia.

Zawsze mi się wydawało, że chodzi o to by nie popełniać w życiu tych samych błędów. Aby się ich wystrzegać. Tymczasem niedawno uświadomiłam sobie, że to zdecydowanie zbyt proste podejście. Czysta utopia. 

Nie da się ich uniknąć. Cały cymes w tym, aby za każdym razem były po prostu chociaż trochę lepsze. Moje. Mniej zwyczajne.

Usłyszałam wczoraj, że czasem, jak jest się już tak bardzo zmęczonym – wręcz fizycznie wyczerpanym, jest się w stanie „odpuścić”. Wszystkie budowane wokół bariery na chwilę puszczają i zaczyna się czuć wszystko wokół intensywniej niż kiedykolwiek dotąd. Pamiętam, że przydarzyło mi się coś takiego w Portugalii. Wdrapawszy się na wysuniętą w morze skałę, byłam tak strasznie zmęczona, że widok który zobaczyłam na jej szczycie, powalił mnie na kolana. Kawałek mango smakował mi wówczas lepiej, niż cokolwiek innego.

Takie chwile zdarzają się rzadko. Wracając do rzeczywistości, tracimy umiejętność czerpania z otoczenia wszystkimi zmysłami. Bronimy się przed nadmiarem, starannie selekcjonujemy, przepuszczamy doznania przez sito. Chyba po to, by nie zwariować.

Tymczasem chyba rzeczywiście jest tak, że każdy z nas uzależniony jest od pewnego typu emocji. Unika ich jak może po to, aby w którymś momencie odpuścić i czuć jeszcze mocniej niż dotychczas.

To trochę jak powstrzymywanie się od płaczu. Kiedy po długim czasie, pozwolimy sobie w końcu na łzy, wylatują one z nas nieprzerwanym strumieniem, przeradzając się niekiedy w  ryk. Intensywnie.

Na samym końcu rodzinę Buendiów zjadły mrówki. Tak jest i z tą piosenką.